Prawda

Niedziela, 5 lipca 2020 - 09:03

« Poprzedni Następny »


Plac Powstańców i inne przystanki


Paweł Zbierski 2020-03-12

Autor tekstu ze Sławomirem Matczakiem w Pirenejach - Tapis, Katalonia Południowa. FOTO:  Galeria Poray
Autor tekstu ze Sławomirem Matczakiem w Pirenejach - Tapis, Katalonia Południowa. FOTO:  Galeria Poray

-      Agnieszce i Sławkowi, mieszkańcom tego samego bloku, na Mokotowie

 

    Czekając  na samolot rejsowy z Warszawy, ze Sławomirem Matczakiem na pokładzie,  przywoływałem Gabrysia - błyskotliwego niegdyś technika oświetleniowca z Krakowa, który zapił się nieuleczalnie i dziś walczy na odwyku o każdy samodzielny oddech i o każdą sekundę bezbolesnej egzystencji. - Bo musisz wiedzieć - lubił powtarzać Gabryś  -  że  telewizja to jest jak taka stara, zużyta prezerwatywa, do niczego się już  nie nadająca, ale wciąż będąca w obrocie.


Gabryś to przecież sól tej ziemi - tak samo jak Włodek, dźwiękowiec z Gdańska, który dzielnie stał  na baczność z tą swoją długą tyczką do mikrofonu u boku, gdy grali „Odę do radości” i gdy grali „Międzynarodówkę”. Jak Rycerz Smętnego Oblicza. Stał w grudniu 70 i w sierpniu 80, stał w stanie wojennym i stał na drodze do polskiej transformacji. Stał na pogrzebie Gocłowskiego i podczas triumfalnego ingresu Głódzia do Katedry Oliwskiej. Stał jak sztywny pal Azji w momencie, gdy w Gdańsku Głódź - w otoczeniu koncelebransów a także w asyście polityków wszelkiej maści - rozwijał dopiero swoją wielokrotnie złożoną  tezę  o pośmiertnych  relacjach sanitariuszki „Inki” ze skażonymi fatalną reputacją reprezentantami  gorszego sortu Polaków. Kibice Lechii Gdańsk zapalili race.

 

- Cześć i chwała bohaterom! Cześć i chwała bohaterom! - skandowali zza transparentu z hasłem "Bóg Honor Ojczyzna", po czym zaintonowali: A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści.


Trwali na posterunku politycy: słusznego wzrostu Piotr Grzelak - w zastępstwie Pawła Adamowicza, obok maleńkiego Macieja Łopińskiego - obaj z dłońmi solidarnie splecionymi  do modlitwy.  Trwałem i ja na posterunku, między operatorem a dźwiękowcem, u stóp monumentu Bogu ducha winnej Inki. Stałem z coraz większym niepokojem, a nawet z lękiem potęgującym się w ostatniej fazie przemowy Głódzia. Włodek był bowiem coraz mocniej spuchnięty i coraz bardziej „nieobecny” w tym dziejącym się wokół arcybiskupim sabacie i najpierw boleśnie zagryzł usta aż w końcu z wyraźnym bólem przymknął także powieki i już ich nie otwierał. A jednak padł na bruk z głuchym plasknięciem dopiero w momencie, gdy metropolita gdański stawiał ostatnią kropkę w swoim gromko oklaskiwanym Słowie Arcybiskupim. Rzuciłem się najpierw w kierunku odpływającej już w niebyt głowy Włodka, podpierając tę jego cholernie ciężką głowę leżącym statywem, a potem pędem ściągałem lotną, bojową ekipę ubranych w furażerki ratowników z Semper Fidelis. „Panowie, natychmiast dawać zastrzyk! To jest wstrząs po ukąszeniu osy!” Tylko ja bowiem wiedziałem, że Włodek jest śmiertelnie uczulony. Z żabiej perspektywy, pochylony nad reanimowanym Włodkiem, widziałem  odrealnione jak w lustrach śmiechu i emanujące złością oraz dezaprobatą spojrzenia kapłanów Archidiecezji Gdańskiej. Doskonale rozjaśnione emocjami, ale też nieskażone znajomością rzeczy, twarze przerośniętych bobasów o włosach blond lub kruczoczarnych, a także twarze innych, łysawych, wyrośniętych niemowląt w koloratkach. Wszyscy mieli - jak jeden mąż - błyskwice w oczach. Bo przecież jakże to tak można było tym nieprzewidzianym incydentem zakłócić pośmiertny triumf żołnierzy wyklętych? A zarazem uderzyć w godność sanitariuszki Inki? A wszystko to na jednym z oruńskich placów, nieopodal posiadłości arcybiskupa? Zastrzyk zadziałał błyskawicznie, w ciągu sekund.

 

- Która godzina? - zapytał dźwiękowiec otwierając najpierw jedno, potem drugie oko.

I tak to właśnie uratowałem życie Włodkowi.

*

Potem już przed  odlotem Matczaka - gdy na lotnisku w Barcelonie chciałem mu postawić piwo -  zdystansował się bez wahania i kategorycznie: odstawił przecież alkohol ostatecznie, zaraz po otrzymaniu papierka z wypowiedzeniem. Po tamtym rozstaniu dyscyplinarnym wiedział bowiem, że najważniejsze to być niezależnym. Także od alkoholu. I dlatego tak bardzo starał się, by w chwli odbioru tego papierka z LT jego własna ręka nie była zbyt roztrzęsiona i spocona, czyli zbyt gorąca. I aby nie była zbyt zimna - także ze strachu. Musisz bowiem zrobić wszystko, aby roztrzęsiony był tylko ten kto dotykając cię i komunikując ci wywalenie robił to świadomie -  z własną bojaźnią i drżeniem, że to właśnie on wywala cię po kilkudziesięciu latach perfekcyjnie wykonywanej przez ciebie pracy. Tak. To on ma się bać, nie ty! Wiedział, że paradoksalnie takie dyscyplinarne odejście jest lepsze, niż powolna, trwająca latami inercja. Już w harcerstwie zawsze wybierał przecież najbardziej ryzykowne zadania, a potem latał w Tatrach na paralotni z różnymi dramatycznymi perypetiami - łącznie z zawiśnięciem wysoko w górach na linii wysokiego napięcia. To wszystko  trochę tak, jakby przez całe życie przygotowywał się do otrzymania dyscyplinarki.

 

Sławek  umożliwił mi głębokie, beznamiętne wniknięcie w całą materię TVP,  wywrócenie tej materii na drugą stronę, tak by zobaczyć od podszewki te wszystkie splątane szwy i zawiązane prowizorycznie węzełki medium oddziaływającego na masową publiczność jak korona-wirus.  Zaproponował gruntowną wiwisekcję  porównywalną może z eksploracją Witkacego w „Nienasyceniu” -  swoisty wstrząs poznawczy dotyczący polskiego światoodczucia gruntowanego w post-witkacowskiej erze Jacka Kurskiego i Zenka Martyniuka. Bo te rozpoznania, do bólu katastroficzne, oznaczającego kres istnień poszczególnych oznaczają szok, wymagając potem bardzo długiego cucenia, a może nawet intelektualnej kwarantanny. Niezbędne jest jednak - już na wstępie - wytarcie gówna z butów i z reszty ciała. Za sprawą wizyty Matczaka poczułem się gruntownie zeskanowany a potem zresetowany.

 

To właśnie  on, opowiadając  własną historię, pozwolił mi także ostatecznie zejść na ziemię.

Katalońską.

 

Przychodzi przecież taki etap kiedy telewizja ludzi telewizji brutalnie kopie w zadek. Wypadają stamtąd i nie mają nic. Bo  telewizja przecież uzależnia:

 

SŁAWOMIR MATCZAK: - Jeden z operatorów opowiadał mi: „Wreszcie! Jeszcze mam tylko dwa tygodnie i idę na emeryturę. Super, mam już dosyć tej telewizji.” To ja go pytam: - No dobra, idziesz na emeryturę i co robisz?  „ Co? Na imprezę! Chłopie, tydzień balangi! „  -Tydzień balujesz i co dalej?  „ Biorę starą i pojedziemy na dwa tygodnie w świat!” - No dobra i co po tych dwóch tygodniach? - „Jadę na działeczkę” - No świetnie, posiedzisz sobie tydzień na działeczce i znudzi ci się. Co dalej? - „Odwal się! Co ty mi tutaj zawracasz głowę!”                                                                                                                                       

 

I tacy właśnie ludzie, którzy byli uzależnieni od telewizji, w sytuacji nagłej zmiany, gdy dochodzi do wywalania z roboty - gubią się. Nagle chodzą gdzieś takie meteory wokół telewizji i często już zaglądają do kielicha. Bo przecież przez całe życie była telewizja. A teraz nie ma nic innego. Koledzy są już zajęci czym innym. A ten wypadł już z tego nurtu, ale wciąż kręci się w tej odnodze i nie może być już z tym nurtem ani nie może wyjść z tego nurtu. Ja sobie kiedyś uświadomiłem jak bardzo to jest niebezpieczna sytuacja. Bo oni nie umieją nic. Gdy zaczęła się pierwsza fala zwolnień podszedł do mnie montażysta: „Ja tu przepracowałem trzydzieści lat jako montażysta i nic innego nie umiem!”. A ja na to: - Przecież jesteś jeszcze młodym człowiekiem, zobacz ile jeszcze czasu jest przed tobą! A on powtarza: „Ale nic umiem. Ja tylko montować potrafię… 

 

Potem, po roku, widzieliśmy nekrologi. Albo się zapił albo po prostu pękł.  Bo firma, której oddał wszystko, wypluła go. To taki moloch, który pożera własne dzieci. Jeśli ktoś nie będzie miał jakiegoś innego motywu, dodatkowego zabezpieczenia, dochodu - skończy marnie. Ja sobie wtedy uświadomiłem, że  muszę mieć alternatywę. Uświadomiłem sobie, że mam umiejętności aktorskie, mogę więc uczyć, jak zachować się przed kamerą.

                                                                              *

Paradoks operacji doktora Brauna wywalającego poza burtę TVP prawie pół tysiąca ludzi polegał na tym, że formalnie wykonywał on czynność ekonomiczną, tak by mu się zgadzały słupki w exelu, jednak w praktyce - czego doświadczyłem na własnej skórze - umocowany w określonej konstelacji politycznej jego namiestnik czyli dyrektor oddziału zostawiał „swoich”, a pozbywał się „obcych”, niepewnych. Była to więc działalność  stricte polityczna.


Prof. Elżbieta Protakiewicz: „TVP to instytuacja, która zjada własny ogon...”;  FOTO:   Archiwum Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi.
Prof. Elżbieta Protakiewicz: „TVP to instytuacja, która zjada własny ogon...”;  FOTO:   Archiwum Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi.

ELŻBIETA PROTAKIEWICZ, która zaczynała swoją karierę w TVP w czasach największej prosperity:

 

„Zwolnienia w TVP były zawsze, ale za niewiedzę, brak subordynacji, indolencję, brak umiejętności pracy w zespole. Szczerze. Nie za politykę!”

                                                                          *

Matczak nie przystąpił do testu, bo uznał go za absurdalny i upokarzający dla dziennikarza: - Mieliśmy składać tekturowe pudełka, a następnie jako zespół sprzedawać je na „giełdzie”. Miał to być test na kreatywność - wyjaśnia. Właśnie owe tekturowe pudełka stały się potem dla dziennikarzy najlepszą ilustracją absurdalnej sytuacji. Matczak jasno odmówił uczestnictwa  i dostał dyscyplinarkę. 

 

AGNIESZKA ŚLIFIRSKA, przepracowała 16 lat jako wydawca portalu TVP Info i jako druga w Polsce osoba - w prawie pół tysiąca liczącym gronie - znalazła się w identycznym położeniu jak Sławomir Matczak. Też odmówiła przystąpienia do tzw. testu kompetencji, została dyscyplinarnie zwolniona, też wniosła pozew do sądu. I też po długich bojach wygrała w końcu ten proces.  Agnieszka opowie mi o  ludziach którzy nie mieli dość takiej siły, którzy nie wytrzymali i pękli.

 

MACIEJ ORŁOŚ -sam dobrowolnie odszedł z TVP w czasie dobrej zmiany, o Matczaku:

-     Myślę, że to był odważny ruch. Nie dziwię się. Myślę, że zrobiłbym tak samo, dlatego, że trzeba mieć poczucie własnej wartości i wiedzieć czemu się poddawać, a czemu nie poddawać, ze

względu na własną godność i profesjonalizm. Ludzie tacy, jak Sławek - z takim doświadczeniem i tak profesjonalni dziennikarsko - udowodnili poprzez swoją pracę na przestrzeni lat kim są i jakie mają uprawnienia. To było absurdalne. Sprawa LT nie dotyczyła mnie bezpośrednio, gdyż prawie nigdy nie byłem na etacie w TVP, zaledwie przez dwa lata, na początku mojej drogi, na początku lat dziewięćdziesiątych. W związku z tym ja to wszystko wiedziałem od kolegów, ale nie dotknęło mnie to bezpośrednio.

 

OZ LeasingTeam (LT) ZZPTiTMP Wizja do Brauna:

Nie może być zgody na takie bezprawie! A poza wszystkim, Panie prezesie, powtarzamy raz jeszcze – dziennikarz nie jest usługodawcą! To nie fryzjer, który strzyże, jak władza sobie życzy. Nie będziemy ciąć obrazków z rzeczywistości zgodnie z interesem władz telewizji, czy interesem jakiejkolwiek innej władzy. Nie pozwolimy, by za Pana przyczyną obywatele znów mieli uzasadnione poczucie, że „telewizja kłamie”.

Archiwum OZ LeasingTeam ZZPTiTMP Wizja. 22.02.                                                                               


Na początku coś ci szeptało: „nie rób tego, jesteś sam. Naprawdę. Nikt cię nie wspiera…”  Bo rzeczywiście specyfiką TVP jest fakt, że w odróżnieniu od takiej na przykład Katalonii, prawdziwych rebeliantów nikt tam nie wspiera. Telewizyjna, płynąca z prądem ławica, boi się tam buntu jak trądu. Pojedynczy, zbuntowany człowiek wpada więc w sytuację graniczną - zupełnie jak bohater z „Innego Świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Dodatkowo nie tylko koledzy z pracy ale cały trójmiejski salon urzędniczo-towarzyski, a zwłaszcza dyrektorzy różnych departamentów i rzecznicy prasowi  uznają: że gość oszalał, że wpadł w aberrację. W Warszawie jest bardzo podobnie.

 

Sławek opowiada, że prawdziwy bunt to nie jest jednorazowy wystrzał, ale, że to jest cały wieloetapowy proces, który trzeba przejść krok po kroku:

 

Etap I: odrzucenie zaprzeczenia. Rano się człowiek budzi i myśli: przecież to mi się tylko śni. To nieprawda. Za chwilę pójdę normalnie do pracy. Ale dochodzi do mnie, że to jednak nie sen. Jak w życiu. Każdy coś w życiu tracił. I nagle od zera się budził.

 

Etap II:  Szukamy winnego. Oskarżamy. Bardzo silne są emocje. To bardzo niedobry etap. Będę się mścił! Ja sobie nie pozwolę! Człowiek się w tym najbardziej spala.

 

Etap III:  Kiedy ja sobie uświadamiam, że jednak jest ten kryzys. Pojawia się myśl: szybko to załatwić. Takie negocjacje. Ja może pogadam. Dobra. Żeby tylko nie ruszać w tę inną drogę. Bo ja się boję innej drogi.

 

Etap IV:  Muszę posprzątać. Bo mleko się rozlało. Żeby dojść do tego, do pełnej świadomości,  trzeba przejść przez wszystkie poprzednie etapy.

 

Etap V:  Świadomość ostateczności: nie będę żył wiecznie. Dlatego muszę mieć alternatywę, jakieś koło ratunkowe. Ja swoje dzieci uczę: miejcie wiele zawodów. Nie uzależniajcie się od jednego źródła dochodu. Tylko wtedy będziecie mogli być wolnymi ludźmi.

 

Muszę więc  iść dalej: szukać. Podstawową zasadą Sławomira Matczaka - na przekór charakterystycznej dla TVP pokusie stagnacji -  jest być w drodze.

                                                                                *

Funkcjonariusze LT mieli stwarzać wrażenie, że są pracodawcami i że zarządzają pracownikami.

 

AGNIESZKA ŚLIFIRSKA opowiada o pannie Kmieć, która pojawiała się raz w tygodniu, na czwartym piętrze w pomieszczeniu zwanym „kazamatami”, czekając, że może przyjdą do niej pracownicy z jakimiś problemami. Oczywiście nikt nie przychodził. Wnioski o urlop wysyłało się pocztą. A resztę spraw też załatwiało się korespondencyjnie. - Po raz pierwszy zobaczyłam pracownicę  LT, gdy dostałam wymówienie - mówi Agnieszka - Wcześniej otrzymując wskazówki od „Wizji” jedynego związku zawodowego, który odważył się walczyć z LT konsekwentnie odmawiałam udziału w kolejnych etapach testów, argumentując odmowę zasadami Kodeksu Pracy i w końcu 17 kwietnia 2015 roku pracownica LT, z zawodu technik budowlany, wręczyła mi dyscyplinarkę.                                                                             

 

Bliski kolega Agnieszki z tej samej redakcji, świetny dziennikarz i wydawca po wpadnięciu do LT nagle przygasł i systematycznie tracił wolę życia. Wyglądał, jakby był wewnętrznie sparaliżowany - opowiada Ślifirska - a  na utrzymaniu miał żonę i dwoje nastoletnich dzieci. W tej sytuacji utrata pracy i znalezienie się bez żadnych życiowych zabezpieczeń to był prawdziwy dramat. Jakiś tydzień po moim odejściu dostałam wiadomość od zaszokowanego kolegi: „Czy ty wiesz, że Zbytek nie żyje!?”. „Halo, ale o co chodzi? Przecież on był w sile wieku, o trzy lata młodszy ode mnie!!!” - krzyknęłam.

 

Jak relacjonuje Agnieszka oficjalnie rodzina podała, że to był zawał serca. Pomyślałam sobie wtedy: „Jaki zawał serca? Przecież on sport uprawiał! Był jak koń!…”  Jakoś się to Agnieszce niechciało skleić w jedną całość. Na telewizyjnych korytarzach szeptali  o samobójstwie, tak jakby nie mieli własnego życia.

 

„Na pogrzebie było mnóstwo ludzi” - wspomina Agnieszka. Praktycznie na cmentarz  przyszedł wtedy cały Plac Powstańców.

                                                                          *

Z kolei w Gdańsku wystarczyło zapalić zapałkę, żeby coś wybuchło.  Nieomal do ostatniej sekundy byliśmy przekonani, by jednak nie jechać na test do Poznania. Rano prawnik Komisji Krajowej „Solidarności” dał na piśmie wykładnię, że nie musimy jechać. Podpisaliśmy nawet specjalne oświadczenia, że wstrzymujemy się z wyjazdem do czasu skonsultowania, czy operacja jest zgodna z Kodeksem Pracy. Stłoczeni byliśmy w kilkanaście osób w zakonspirowanym  małym dusznym pokoju przy Czyżewskiego 42 w Gdańsku - chyba już po raz ostatni tak solidarnie - wszyscy razem. Zawsze podziwiałem, jak w takim małym kołchozie mogli się pomieścić jednocześnie: Jola, Bożena, Piotr i Marek? A do tego każdy miał tam nad swoim biurkiem i głową podręczne archiwum z kasetami  z conajmniej dwudziestu pięciu lat życia telewizyjnego. No więc jak się tam mieścili? - Nie wiem. Czekaliśmy nie wiadomo na co. Przez telefon głośnomówiący rozmawiałem z Agatą Ławniczak ze związku „Wizja” konsultując plan gry. - Podpisujecie oświadczenia i nigdzie nie jedziecie ! - wołała przez telefon. Tak, żeby wszyscy słyszeli. Jednak nastąpił oto  gwałtowny zwrot akcji, bo w ostatniej chwili wpadł do tej kanciapy Tomek i puścił wieść, że jeśli - kurwa - nie pojedziemy - zostaniemy od razu wszyscy zwolnieni. Dyscyplinarnie! Niewiele więc - gdyby nie Tomek -  brakowało, aby Oddział w Gdańsku, jako jedyny w Polsce, w całości nie stawił się wtedy solidarnie na teście LT.

        

Ja nie pojechałem i przedstawiłem pracownikowi LT zwolnienie lekarskie. A z testu otrzymałem  0 punktów. Inni pojechali i otrzymali więcej punktów, jednak tak samo jak ja zostali za chwilę zwolnieni z pracy.

                                                                        *                                                                

2.30 pm. Z niepokojem obserwuję  w pustoszejącym barcelońskim terminalu nr 2, w samym środku nocy, tablicę przylotów, na której wciąż przesuwany jest termin lądowania samolotu rejsowego z Warszawy i popijając sobie z papierowego kubeczka kolejną kawą z automatu wspominam własne noce i dnie w tym medium do cna zużytym i skompromitowanym.

 

Błogosławieni ci, którzy tam przyszli i odeszli w porę - tacy jak Paweł Huelle, który mnie przyjmował do roboty w TVP, ale już znacznie wcześniej przyszło przecież nam obu wykuwać w standardy nowego dziennikarstwa i zmagać się w walce o wolne słowo w pierwszej siedzibie „Solidarności”, w roku 1980, przy ulicy Grunwaldzkiej 103. Próżny był to wysiłek. Bo przyjmując się do TVP i obejmując kierowanie informacją za dyrektury Huellego i prezesury Walendziaka w sensie czysto telewizyjnym, technologicznym, rzemieślniczym (bo przecież nie dziennikarskim) byłem kompletnie zielony. A musiałem się - niejako z marszu - od razu zmierzyć najpierw z pożarem w Hali Stoczni, potem z katastrofą wieżowca przy alei Wojska Polskiego. Były w tym momenty fascynujące i niezapomniane, ale  przede wszystkim były relacje z cudownymi ludźmi.

*

Wraz z upływającym czasem TVP przypominała mi jednak  coraz bardziej skrzypiącą i zardzewiałą karuzelę, na której ludzie kręcili się latami, aż do zwymiotowania. Szczęśliwie dziś mogę już swobodnie malować, filmować, pisać, czytać, chodzić po górach, kąpać w Morzu Śródziemnym i podróżować po świecie. Nie czuję się więc ofiarą dobrej zmiany. Bo nawet wyjeżdżając z tej instytucji na noszach nie pozwoliłem się ubezwłasnowolnić. Dziękuję ci, Jacku Kurski!

                                                                             *

Na początku było polowanie na „Olina” (byłego premiera Józefa Oleksego), szukanie śladów rosyjskiego szpiega Ałganowa przez zespół dziennikarzy TVP Gdańsk: wysyłano i mnie z kamerą do hoteli i restauracji kaszubskich, bym na półwyspie helskim pilnie zarejestrował „przynajmniej obrazki” do tematu, a ostatecznie bym z długiej lufy ograł kelnerów i pokojówki. Potem - w kolejnym rozdaniu medialno-politycznym - było szukanie - bezskuteczne - na redzie pływającej kliniki aborcyjnej. Mój przekaz dla Placu Powstańców był kategoryczny i jednoznaczny : ŻADNEJ KLINIKI NA HORYZONCIE JESZCZE NIE WIDAĆ! I mimo, że „Langenort” po prostu jeszcze nie dopłynął do polskiego wybrzeża, zrugali mnie na Placu, bo akurat - w tym epizodzie historii TVP - zapotrzebowanie w Warszawie było silne, żeby już dopłynął. W kwestii holenderskiej kliniki ochoczo mnie zresztą zastąpił inny redaktor, bo załapał się w ten sposób na dobrze płatny przez Warszawę wieloodcinkowy serial. Z kolei w innym momencie dziejowym było postawienie mnie na baczność i upomnienie na piśmie przez szefa informacji najpierw za ujawnienie politycznego zamiaru odwołania prezesa Rafinerii Gdańskiej a potem faktu gigantycznego zadłużenia w drukarni partyjnej gazety „Głosu Wybrzeża”. W obu przypadkach - mimo,  że informacje te były w stu procentach pewne i zweryfikowały się w czasie, mojej głowy oraz podania źródeł informacji (miałem dwa takie źródła) od ówczesnego dyrektora TVP Gdańsk zwanego „Pączusiem” zażądał baron SLD Jerzy Jędykiewicz. Wypowiedzenie już leżało w kadrach. Najbliżej  ostatecznego rozstania z TVP nie byłem jednak ani za Brauna, ani za Kurskiego, ale z powodu wiecznie żywej w tym medium - każdorazowo wskrzeszanej przy wszelkich ultraprawicowych rozdaniach - Anity G., która za pomocą obiektywu wielkości główki od szpilki, ukrytego w czarnej brezentowej torbie, zamierzyła sobie moimi rękami wykonanie sensacyjnych i demaskujących ujęć z oliwskiego, domowego ogrodu Wałęsy podczas imienin laureata pokojowej Nagrody Nobla. Moim zadaniem było na tylko bliskie podejście do pijących wspólnie wódkę Wałęsy i Kwaśniewskiego, by z ukrytej kamery uchwycić w dźwięku i w obrazie najbardziej kompromitujące fragmenty rozmowy obu byłych prezydentów. Zamiast wykonać to zadanie, w ogrodzie przy ulicy Polanki, położyłem torbę  na ławce przed najdonośniej ryczącą discopolowe kawałki kolumną głośnikową, a sam pobiegłem się najeść do syta rybą w galarecie i schabem duszonym w warzywach. Wszelkiego żarcia i picia było tam przecież pod dostatkiem za sprawą słynnego gdańskiego restauratora Rysia Kokoszki. Imieniny u Wałęsy, za czasów jednego prezesa TVP, to wszystko nic w porównaniu ze zdigitalizowaniem na etapie montażu  twarzy młodemu Wałęsie - za czasów innego prezesa TVP -  stojącemu za plecami starego Wałęsy. Stałem tak bezbronny i wściekły. Stałem za głową równie wściekłego, skądinąd bardzo dobrego montażysty Brunera, kiedy wyraźnie wbrew własnej i mojej woli, na osobiste polecenie „Pączusia” - zabieg digitalizacji twarzy wykonywał z wyraźnym  obrzydzeniem.

    

Te misje specjalne - dziennikarskie, zdjęciowe i montażowe -  oraz zabiegi manipulacyjne, ocierające się o gwałcenie podstawowych praw człowieka i obywatela charakteryzowały praktycznie wszystkie kadencje najróżniejszych prezesów TVP z nielicznymi  - takimi być może wyjątkami jak za czasów wspomnianego już Daszczyńskiego i może jeszcze Dworaka. Powiedzmy więc to sobie bardzo wyraźnie: telewizja w post-witkacowskiej Polsce - skurwiona podobnie jak w „Wojnie Światów” Szulkina - od zawsze próbowała zawładnąć świadomością milionów, zwłaszcza gdy cel tego władania wydawał się zbożny samym politykom. Podejście do tej kwestii rozpięte zostało  ostatecznie na biegunach symbolizowanych nazwiskami Donalda Tuska i Jacka Kurskiego. Bo Tusk - podobnie jak technik i oświetleniowiec Gabryś z przywołaną  już metaforą zużytej prezerwatywy - uznawał TVP za kompletnie nieistotną, a w związku z tym niewartą finansowego zaangażowania publicznej kasy, zaś Kurski wręcz przeciwnie: przekonywał, że TVP w garści monopartii jest - jako skuteczne narzędzie manipulacji - obietnicą wieloletniego rządzenia.

   

I tu przypominam sobie -  odbyty w łódzkiej filmówce tuż przed katastrofą smoleńską - błyskotliwy warsztat u Marka Markiewicza - polityka, adwokata i dziennikarza w jednym - nie ukrywającego  swoich sympatii dla PiS, jednak potrafiącego nawet na PiS patrzeć z chłodną ironią i dystansem. Siedzieliśmy więc tak sobie z Markiewiczem w czasie gorącej łódzkiej wiosny po turecku na ogromnym trawniku przy Targowej, gdy wydał się on nam trochę kabaretowym opowiadaczem bajek dla dorosłych. Krótko mówiąc - my studenci filmówki - traktowaliśmy te jego wywody jako zabawne intermezzo między poważnymi zajęciami z montażu, operatorstwa, światła i dźwięku, scenografii czy z newsów. Dopiero potem miało się okazać, że to nie są żadne bajki ludowego gawędziarza-ironisty.

  

- Niech wam się nie wydaje - tłumaczył nam studentom Markiewicz w charakterystyczny sposób cedząc: sylabizując i akcentując słowa, że posiadający sejmową większość obóz polityczny - nie znajdzie kiedyś  sposobu na finansowanie TVP. Przecież w każdej chwili można będzie przyjść do TVP z ogromnym workiem pieniędzy- argumentował.

  

Markiewicz wówczas, tuż przed rokiem 2010, okazał się prorokiem, w odróżnieniu od ówczesnej koalicji medialnej: PO, SLD, PSL i Kościoła Katolickiego. A przede wszystkim w odróżnieniu od Juliusza Brauna, zarządzającego z namaszczenia PO telewizją publiczną.  Potem zresztą, jak wiadomo, była zgoła inna koalicja, choć z tak samo mocnym udziałem Kościoła Katolickiego. 

                                                                            *

Wszystkie te obrazy - do tej pory rozmyte, rozmazane - uzyskały właśnie w Katalonii swoją ostrość i wyrazistość - tak jakbym uzbroił moje oczy w idealnie korekcyjne soczewki. Soczewki przywiózł mi w prezencie Sławomir Matczak. Dystans w czasie i w przestrzeni miał nam zagwarantować zdolność głębszego oddechu. Oto komfort dialogu pozbawionego nadmiernych emocji. Ale czy o telewizji można mówić zupełnie bez emocji? Nawet jeśli jest to historia odległa o prawie 3 tysiące kilometrów? Historia z głębokim oddechem  i wpatrywaniem się w ośnieżoną jeszcze - mimo czerwca - świętą Górę Kataloni. Wygląda na to, że także sam Matczak  skorygował w Pirenejach własne widzenie:

  

- Któregoś dnia uświadomiłem sobie, że zrobiłem 10 tysięcy relacji. Masakra. Ile można? Siadłem - wyobraź sobie - do komputera, już  po zdjęciach. Nagrałem akurat wielu ludzi. Byłem w pełni „zbriefowany”. Miałem pełną wiedzę. Zastanawiałem się tylko jak napisać pierwsze  zdanie i zapowiedź prezenterską. Ale następnego dnia rano dokładnie wiedziałem jak ten materiał ma wyglądać!  Pisałem często tekst, jechałem na zdjęcia, żeby tylko dograli ci złotouści te swoje złote myśli - bez względu na opcję polityczną i partię. W kółko to samo mówią… I wklejałem, wklejałem, wklejałem setkę w ten materiał aż mnie plecy bolały. Bo to była rutyna, która zabija.

 

Gdy wyszliśmy już poza granicę Saint Laurent, na skraj lasu, pod stopami poczuliśmy zimny, rwący strumień wypływający  z pirenejskich szczytów. Usiedliśmy  obaj na ogromnym granitowym głazie, a stopy zanurzyliśmy w lodowatym nurcie. Na horyzoncie zamajaczyła para osiołków.

                                                                              *

  Oczywiście, moglibyśmy z Matczakiem ułożyć obszerną listę meteorów telewizyjnych, krążących po roku 1989 między telewizją, biznesem i polityką, traktujących swoje role, jako komplementarne względem siebie. Na przemian: telewizyjni reporterzy i prezenterzy, partyjni aparatczycy, funkcjonariusze w spółkach skarbu państwa. Zawrót głowy, jak po sylwestrowej wódce zmieszanej z confetti i martini. Fuj. Pamiętam publicystę telewizyjnego, który po otwarciu nowej politycznej koniunktury - to była akurat AWS - obwieścił mi bez cienia zażenowania: „odchodzę stary, na jeden turnus, jako szef gabinetu nowego wojewody. Ale potem oczywiście wracam!”. I wrócił.

                                                                           *

Matczak zajął się ekonomią, z całą świadomością, że 2 + 2 równa się cztery. Zajął się ekonomią widząc, że z kultury nie wyżyje, a praca reportera politycznego to praca sezonowa. Od wyborów do wyborów. I że oznacza wciąż nowe twarze dziennikarzy…

 

-     Wklejanie polityków to nic innego, jak powielanie kłamstwa. Polityk to przecież człowiek który nie mówi tego, co myśli i nie robi tego, co mówi, czyli de facto reporter polityczny  powiela kłamstwa - skwitował Matczak i zapytał mnie znienacka: - a jak to było z  tą twoją weryfikacją?                                                               


- Tuż przed operacją wylizingowania w weryfikacji mojej osoby - za prezesa Brauna -  brał udział dyrektor Zbigniew J., osobisty protegowany Czarzastego, arcybiskupa Głódzia oraz  PSL  - zawodowo specjalista od wychowania fizycznego, do niedawna kierownik parkingu w Kurii Arcybiskupiej. Zdaniem części mediów, a nawet według własnych politycznych towarzyszy, zamieszany swego czasu w zabójstwo zakonnicy w kantorze wymiany walut. W przesłuchaniu brała także udział urzędniczka z LT, a  także wieloletni urzędnik w TVP Gdańsk Mirosław N. szef Agencji Producenckiej, bezskutecznie niegdyś startujący do sejmu z listy PZPR. Oficjalne wytypowanie mnie do zwolnienia z TVP motywowane było - co otrzymałem na piśmie - m.in. „brakiem kompetencji oraz  wykształcenia kierunkowego”. Cała ta operacja wydała mi się surrealistyczna tym bardziej, że stosunkowo niedługo przedtem obroniłem właśnie u profesor Elżbiety Protakiewicz dyplom z wynikiem celującym i ukończyłem  wydział operatorski w łódzkiej filmówce, otrzymując nawet - tuż po egzaminie od Grzegorza Królikiewicza - propozycję wykładów w Łodzi. Poza tym, akurat w dniu weryfikacji byłem już właściwie całkiem zrezygnowany. Po udanej operacji serca, aczkolwiek po zakażeniu gronkowcem, w szpitalu Uniwersytetu Medycznego umierał bowiem dokładnie w godzinach tamtej ustnej weryfikacji mój ukochany ojciec. (Klasyka polska: operacja się udała, pacjent umarł.) W takich właśnie okolicznościach zostałem wydalony z TVP do LT, a wkrótce potem zwolniony z pracy, by powrócić do niej na moment za sprawą kolejnego po Braunie prezesa TVP Janusza Daszczyńskiego. Ostatecznie kolejnego wyrzucenia mnie  domagał się od dyrektorki TVP Gdańsk osobiście Jacek Kurski na wniosek ówczesnego szefa informacji w Gdańsku i byłego rzecznika SKOK Andrzeja Dunajskiego. Pretekstem stał się mój felieton zrobiony tuż po decyzji Brytyjczyków o wyjściu z UE. Wskazywałem na liczne związki Gdańska z W. Brytanią, wspólne interesy gospodarcze, na liczne połączenia lotnicze, na gdańsko-brytyjskie przedsięwzięcia naukowe i kulturalne, na rodziny mieszane i liczną grupę naszych emigrantów. Dunajski właśnie za ten materiał straszliwie zrugał mnie na zebraniu przy całej załodze jak burą sukę, przy czym nie był w stanie podać żadnych kontrargumentów w kontrze do mojego spojrzenia. Pamiętam  krótką rozmowę z Dunajskim w telewizyjnej palarni, kiedy to ni stąd ni zowąd rzucił nagle: „Tej rzeki nie przejdę!”. To był  zresztą tytuł  znanej nam obu powieści gdańskiego pisarza Wojtka Hrynkiewicza. Miałem wrażenie, że nawiązał może do czegoś, co nas może niegdyś łączyło mentalnie, jednak dziś - w czasie dobrej zmiany - byliśmy już na radykalnie rozbieżnych biegunach. Wezwała mnie Joanna, czyli dyrektorka ośrodka, oświadczając, że właściwie to ona nic do mnie nie ma, a nawet jest jej przykro, ale że mam się wkrótce spodziewać wypowiedzenia. Skutek? Z potwornym bólem, tak jakby czołg mi wjechał na  klatkę piersiową i podejrzeniem zawału wiozła mnie już na sygnale karetka na szpitalny oddział ratunkowy. Mimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie zapanować ani nad moim sercem, ani nad resztą układu krążenia.                                                                     

                                                                      *                                                                      

Patrząc  ukradkiem na ostatni już kurs babci klozetowej z wiaderkiem na barcelońskim lotnisku -  biorę do ręki poruszający list, jaki dostałem od Sławka Matczaka, jeszcze przed jego przylotem do Katalonii:     

Przeszedłem wszystkie szczeble zawodowe od asystenta reportera, po wydawcę programu i kierownika zespołu ekonomicznego. Według klasyfikacji telewizyjnej mam tytuł starszego redaktora. W lipcu 2014 roku przeniesiono mnie z etatem do agencji pracy tymczasowej Leasing Team, skąd w kwietniu 2015 roku został dyscyplinarnie zwolniony, za odmowę udziału w tzw. teście kompetencji. Rozpocząłem batalię sądową o niezależność i dobre imię dziennikarzy. 1 marca 2016 roku wygrałem sprawę w Sądzie Okręgowym w Warszawie o odszkodowanie za bezprawne zwolnienie z pracy. Następnie wygrałem w Sądzie Apelacyjnym, a Sąd Najwyższy oddalił skargę kasacyjną. Nie wróciłem do pracy w TVP.”

Nie wrócił.  I - jak wspomniałem, pierwsze, co zrobił, to z minuty na minutę wyrzucił do kosza pełną flaszkę wódki, a potem usłyszał od swojej ukochanej żony góralki: „skoro tak bardzo ciągnie cię w góry, pojedź w te góry!” Pojechał więc w te góry i odwiedził wioskę w Nepalu, tuż po trzęsieniu ziemi. To był makabryczny i przygnębiający obraz. Jednak w Sławku wyzwoliła się wtedy energia atomowa. Poruszył  niebo i ziemię, rozbujał sieć internetową. Sprawa odbudowy z gruzów szkoły w Nepalu stała się dla niego celem i sensem życia. I oczywiście odbudował tę szkołę. 

 

Wrócił do górskich wspinaczek, do paralotni w Tatrach. A potem zabrał się za szkolenia medialne i za walkę z mową nienawiści w sieci. Wspierał między innymi medialnie Gdańsk po zamordowaniu prezydenta Gdańska. Wspominając losy Sławka myślę także o dziesiątkach innych znakomitych ludzi, którzy dosłownie i z różnych powodów, raczej bez wzajemności, oddawali swoje życie tej jednej instytucji i traktowani byli - z racji swojej wyjątkowości - jako element nie do końca pewny.

Działając w imieniu spółki Leasing Team Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (zwaną dalej „Pracodawcą”), niniejszym rozwiązuję Panu umowę o pracę na czas nieokreślony, zawartą w dniu 1 października 1996 r., bez zachowania okresu wypowiedzenia z powodu ciężkiego naruszenia przez Pana podstawowych obowiązków pracowniczych”.

Mimo moich  wielokrotnych prób - ponawianych m.in za pośrednictwem  Jacka Rakowieckiego -  skontaktowania się z EWĄ GER (szefową kadr w zarządzie doktora Brauna) nie udaje mi się z nią dłużej porozmawiać  na temat mało sławnej operacji z wylizingowaniem dziennikarzy. Raz tylko - w trakcie krótkiego połączenia telefonicznego - woła, wyraźnie na odczepnego: „To było bardzo dobre rozwiązanie! ” Po czym niegrzecznie rzuca słuchawką telefoniczną.                                      

 

JERZY BOJ, zatrudniony w telewizji publicznej od lat 70., niegdyś szef działu informacji w TVP Gdańsk: „Tym posunięciem nic nie osiągnięto. Część ludzi odeszła z zawodu, to fakt. Część nadal walczy. Osiągnięto, owszem, jedno – sprowadzenie dziennikarza do roli wyrobnika, robotnika z okresu ery rewolucji technicznej, czyli industrializacji. Powtarzam i pewnie jeszcze powtórzę. Nie maszyny a ludzie je obsługujący, nie biurka a ludzie przy nich pracujący, są najcenniejszym majątkiem firmy.” Wydaje się, że właśnie taką operacją rekomendowany przez PO i kilkakrotnie nagradzany telewizyjnym „Wiktorem” dr Braun ostatecznie oczyścił kadrowo pole reprezentującemu PiS Jackowi Kurskiemu, pozwalając mu wprowadzić na miejsce wylizingowanych - aktywistów przejętych z TV Trwam i TV Republika. Braun postawił przysłowiową kropkę nad „i” na zawierającej tysiące nazwisk wieloletniej liście strat kultury polskiej. Bo przecież zupełnie jak wieczna recydywa wygląda ta stosowana w kolejnych kadencjach politycznych praktyka wydalania z miejsc pracy tych najlepiej wykształconych, tych bardziej samodzielnych więc krytycznych, tych inteligentniejszych czyli gorzej sterowalnych, tych najbardziej utalentowanych czyli budzących zawiść. Z racji własnych interesów politycznych, żadna partia nie przyzna, że w gruncie rzeczy umacnia w ten sposób proces wzrastania mimikry w mediach publicznych.

  

Pewien wiecznie tam, pod dziś dzień pracujący człowiek, trwa  w tej instytucji, mimo, że dawno go już stamtąd wylizingowano a potem zwolniono. On jednak - mimo świadomości kompletnego absurdu w jakim się pogrąża - wciąż  tam funkcjonuje na śmieciówce starając się wyszarpywać sobie jak najwyższe stawki. Wzorując się na posągach ateńskich zapuścił sobie bujną, antyczną brodę, a młodzież uznaje go za autorytet telewizyjny, co mu wyraźnie imponuje i prawdopodobnie wystarcza do szczęścia. A w każdym razie nie zakłóca mu miarowego oddychania i prawidłowego trawienia. - „Bywa, że trzeba czasem w życiu pojechać kamerą do Koła Gospodyń Wiejskich!”. To jego ulubiona sentencja, dewiza życiowa demonstrowana adeptom sztuki dziennikarskiej. I jest w tej sprawie - w wymiarze mentalnym - w stosunku do Matczaka na drugim brzegu.

                                                                             *

Szedł szybkim zdecydowanym krokiem, zupełnie jak niedźwiedź pirenejski. I właśnie taki wyjątkowy chód, powiedziałbym rodem z harcerskiej myśli braterskiej, od razu zwracał także uwagę miejscowych, gdy Sławek wylądował wreszcie na lotnisku w stolicy Katalonii. Tuż po słynnym referendum z jesieni roku 2017, nieuznanym przez Hiszpanię oraz zakończonym zmasowanym pałowaniem przez policję uczestników oraz wtrącaniem do więzień liderów katalońskich.

 

To był dla nas obu bardzo dobry moment na odnalezienie dystansu i właściwej proporcji w patrzeniu na TVP. Bo - w co zapewne Polakowi trudno uwierzyć - skala manipulacji sprawą katalońską w mediach nie tylko hiszpańskich, ale także w przekazach głównego nurtu europejskiego, przekroczyła już wówczas ocean kłamstwa znanego nam z  instytucji zarządzanej przez narodowo-polskiego propagandystę Jacka Kurskiego. Nie radzący sobie z polityką wewnętrzną rząd Hiszpanii propagował bowiem bardzo mocno w mediach stereotyp katalońskiego separatysty-terrorysty będącego na pasku Moskwy, zaś rząd  w Madrycie - oprócz wtrącenia do więzień katalońskich liderów - zatrudnił aż sześć agencji PR by poprawiać reputację Hiszpanii w świecie. Ograniczył zarazem ustawowo opozycji katalońskiej dostęp do internetu.

                                                                     

Gdy więc po wylądowaniu opóźnionego o blisko trzy godziny samolotu z Warszawy do Barcelony Sławomir Matczak w końcu  wysypał się wraz z innymi podróżnymi w kierunku barierki dla przylatujących, wyglądał, jakby - przyśpieszając kroku - chciał w ten sposób nadrobić stracony czas. Wysoki, muskularny, z lekką podręczną torbą. Skaut-himalaista. Sprzed lat pamiętałem go ledwo, ledwo, jak przez mgłę, z dwóch oficjałek dziennikarskich, kiedy to w siedzibie BCC wręczano nam nagrody „Ostrego Pióra”. Znacznie lepiej znałem go „zdalnie”, kiedy to wielokrotnie zamawiał w Gdańsku z Placu Powstańców jakieś „surówki filmowe” do swoich autorskich materiałów. Charakterystyczna cecha bytowania w TVP znana ze słynnego filmu „Wystarczy być” była już wtedy głęboko obca zarówno Matczakowi.

                                                                        *

Po latach, gdy telewizyjną historia jest już daleko za mną, opowiadają mi o niezwykle sugestywnej scenie odgrywanej regularnie w Ośrodku Telewizji Gdańsk, gdzie dyrektorów i kierowników zmieniano przecież jak rękawiczki. Otóż dyrektorów zmieniano, ale zastępca dyrektora był wieczny, zupełnie jak w starej, dojrzałej brytyjskiej demokracji, gdzie w wysokiej cenie są bezpartyjni fachowcy. Jednak im bliżej przyglądamy się tej epizodycznej postaci w tym większe wpadamy zdumienie. Wieczny zastępca bowiem przewozi regularnie ze swojej prywatnej posesji w bagażniku swego BMW czarne, plastikowe worki szczelnie wypełnione śmieciami. Ten rytuał mają okazję obserwować członkowie KZ NSZZ „S”, gdyż to właśnie pod ich oknami - w każdy poniedziałek - rozgrywa się rozładowywanie worków. Ten urobek jest fascynujący jako świadectwo telewizyjnych epok i odzwierciedla status socjalny załogi TVP. Bo jednym razem w śmietniku znajdujemy butelki po tanim, kwaśnym winie hiszpańskim, innym razem po jarzębiaku, a w czasach stabilizacji po czarnej whisky. Na podstawie tych śmietnikowych eksploracji wiele można powiedzieć o dramatycznych ale też bardziej stabilnych dziejach tej instytucji.                              

    

TVP nie jeden raz, w różnych momentach dziejowych, robiła  wrażenie zakładu dla obłąkanych, choćby wtedy, gdy w ciągu jednego zaledwie miesiąca przez Woronicza przewinęło się nawet kilku prezesów. Przy czym każdy z prezesów po swoim odejściu inkasował oczywiście jakąś gigantyczną odprawę. Gorzej, że sytuacje te uderzały też w ludzi, a nawet ich zabijały: choćby ludzi tak zdolnych jak wspomniany już kolega Agnieszki Ślifirskiej, albo takich jak Krzyś Kalukin, reżyser, operator i montażysta w jednej osobie - czyli człowiek orkiestra - do pewnego stopnia także mój mentor, z którym trochę godzin przegadałem, przy okazji rozmaitych konkursów i przeglądów filmowych. Co jednak możliwe było dopiero po otwarciu jakiejś butelki z bardzo mocną zawartością. Dla ludzi z zewnątrz Krzysztof wydawał się kompletnie  wycofany, niedostępny, co jak się przekonałem nie do końca było prawdą. Krótka prasówka z ówczesnymi nagłówkami wiele mówi: „W TVP JEDNAK SZWEDO” - Radio Maryja, „Dzień w TVP - Farfał się pakował, Szwedo zwalniał” - Wirtualna Polska, „Zmiany w TVP - Szwedo odwołany, Orzeł zawieszony”  - WIADOMOŚCI. DZIENNIK PL.  Kalukin trafił akurat na prezesa Szwedo, który bez mrugnięcia okiem zdecydował o wypowiedzeniu pracy reżyserowi i operatorowi takich filmów takich, jak "Strajk", "Defilada" (z Fidykiem), "Lekcja angielskiego", „Rozstaje Europy” czy „Lekcja historii po kaszubsku”. Na jego pogrzebie pojawił się wielki  tłum pracowników TVP Gdańsk.                                 

                                                                           *

Po kilku operacjach w klinikach katalońskich mam już za sobą  wszystkie telewizyjne historie, próbując pamiętać o wartościowych ludziach, których Matczak przywołuje tutaj jak na seansie spirytystycznym. Jednak najważniejsi świadkowie wolą milczeć: „Nie ma do czego wracać, wszyscy mamy krew na rękach” - tłumaczy jeden z nich na oficjalnym profilu internetowym Matczaka.

                                                                          *                                                                  

Swoistym dramatem demokratycznej Polski jest - według mnie - brak syntetycznej opowieści o znacznie dłuższym niż jedna kadencja oddziaływaniu TVP na umysły odbiorców na przestrzeni  dziejów od Sokorskiego do Kurskiego. Brakuje także podobnego spojrzenia na świadomość zatrudnionych tam ludzi. Materiały, którymi dysponujemy, dotyczą jedynie jakichś fragmentów, w najlepszym wypadku konkretnych epok, a czasem zaledwie odprysków rzeczywistości. Technologia  i realizacja przekazu miała potęgujący się wpływ na rzeźbienie umysłów.  

 

BOGDAN MIŚ, z którym mam dziś zaszczyt działać w Towarzystwie Dziennikarskim:
- Zaczynałem współpracę z telewizją, gdy miała ona jeden ogólnopolski (mocno powiedziane...) czarnobiały kanał o niewielkiej rozdzielczości, jej sygnał był czysto analogowy i nie było żadnych sposobów rejestracji. Prymitywny telerecording, czyli zapis obrazu z ekranu na taśmie filmowej był dopiero przyszłością.

 

Prof. Elżbieta Protakiewicz jest nie tylko wybitną reżyserką telewizyjną i teatralną (uwielbiam zwłaszcza jej przezabawne filmy o Irenie Kwiatkowskiej) także wieloletnią, piekielnie wymagającą mistrzynią sztuki operatorskiej  oraz intelektualistką doskonale znającą medialne realia na świecie. Zapytana o swoją historię z TVP odpisała do mnie, zaczynając od uroczego nagłówka : „Wybacz Pawełku Drogi, że trochę trwało…To było tak..”

 Odkąd pamiętam zawsze stawała w obronie  profesjonalistów wyrzucanych z roboty w TVP. Głównie operatorów i realizatorów wizji. W ich sprawach słała listy otwarte do kolejnych prezesów i dyrektorów.

 

ELŻBIETA PROTAKIEWICZ:

-TVP  chyba zjada swój ogon, przykre jest to, że pozbywa się profesjonalistów. Gwoli ścisłości nie ona sama, tylko jej ludzie, którzy wykonują jakąś „misję”, nie mylić z misyjnością.

 

Przyszłam do pracy ( lata 70-te ), kiedy telewizja była Wielka, tę wielkość uznała Europa, byliśmy najlepszą telewizją… z powodów istnienia najlepszych dziennikarzy, scenografów, operatorów, reżyserów itp. Wówczas nikt nie mógł marzyć, żeby wejść na Woronicza i Plac Powstańców, jeśli nie miał dyplomu, dobrze się nie zapowiadał, albo nie był znany, w prasie, radiu, na scenie, filmie itp. O propagandzie, nierozerwalnie związanej z tą instytucją, mówi moja pani profesor do bólu szczerze:  „Propaganda, chociaż najważniejsza, była pierwszorzędnie robiona, nie czuliśmy, że jesteśmy manipulowani i nie wydawało się nam, że my manipulujemy”.  Fakt, że w tych manipulacjach TVP kluczowa jest technologia. Akurat jednak w dziedzinie zwłaszcza  technologii i nowych mediów politycznie cyniczny propagandzista Kurski wydaje się kompletnym dyletantem, z pewnością niewiele więcej wiedząc na ten temat od takiego na przykład księdza Rydzyka. Jak to się skończy? -  nie wiadomo,  trudno wykluczyć wariant wielkiej katastrofy. Jednak z drugiej strony szybko kończyć się nie musi, bo Kurski robi wrażenie człowieka bardzo żywotnego i długowiecznego.                                                                         

 

Tymczasem zdaniem przywoływanego już BOGDANA MISIA tak zwane dziennikarstwo telewizyjne całkowicie nie zniknie: „Zanikną natomiast poszczególne specjalności dziennikarskie; na przykład, z całą pewnością da się wyeliminować prezenterów. Nawet tych, występujących jedynie jako lektorzy spoza kadru. Już dziś w chińskiej telewizji mamy do złudzenia przypominającego przystojnego chłopaka... robota, który prowadzi wiadomości na jednym z kanałów. Taka będzie niewątpliwie przyszłość – bo robot-prezenter nie będzie się domagał podwyżek, nie upije się przed programem (ani po nim) i w ogóle nie będzie sprawiał żadnych kłopotów.


Musi natomiast dysponować przygotowanymi tekstami i obrazami. Tego się w pełni zautomatyzować nie da.” Zawsze więc jakiś Kurski czy Braun  się tam przydadzą.                                                                                                                     

 

ROBERT KOZAK - szef  „Wiadomości” TVP  po przełomie 89 r., pracował w BBC, był moim znakomitym nauczycielem newsów w łódzkiej filmówce:

 

- Historia Brauna to przykład powtarzania wielokrotnie tego samego błędu. Nie mogę zdradzić, kto mi to powiedział, ale to był człowiek bardzo wysoko postawiony w Unii Demokratycznej. „Wiesz, to była taka sytuacja, że ten Braun to się - kurwa - do niczego nie nadawał. No to stwierdziliśmy, że wsadzimy go w media, do Krajowej Rady, żeby tam sobie był. Jednak popełniliśmy błąd, bo nie wiedzieliśmy, że pod drugiej stronie Braun będzie miał takiego cwaniaka jak Czarzasty”. Czarzasty był także członkiem Krajowej Rady i wodził Brauna za nos. A potem Braun wystartował w konkursie na prezesa. Ja też wystartowałem. Wszystko można było śledzić w internecie więc śledziłem.


Kozak opowiada jak Braun, który był szefem Krajowej Rady, opowiadał bzdury na temat ustawy o radiofonii, twierdząc, że dotyczy ona wyłącznie TVP, chociaż dotyczyła oczywiście wszystkich mediów.                                                                                                          

 

W różnych epokach zalety ludzi perfekcyjnych, tworzących bez względu na politykę najlepsze

 produkcje, były bardziej lub mniej doceniane.

 

ELŻBIETA PROTAKIEWICZ  :

-Przyszli Pampersi, nikogo nie wyrzucili, co poniektórych odsunęli od realizacji, wizji i fonii, poutykali  w redakcjach… realizatorzy, scenografowie, operatorzy pozostali na swoich miejscach. 

Zaprosili mnie na spotkanie, było krótko, „ nie lubimy pani, ale pani umie i będzie pani dla nas pracować"… to był mój bardzo dobry okres w telewizji.

Potem już nie pamiętam. Ale było kiepsko

 

HANNA KORDALSKA-ROSIEK, magistrantka Marii Janion, polonistka i psycholog kliniczna, Działaczka „Wizji”, wieloletnia dziennikarka TVP Gdańsk, relacjonuje rozmowę z montażystą.

-     Czy odebrałeś już swoją opaskę na rękaw?

-     Jaką opaskę?

-     Nie wiesz? Przecież wszyscy o tym mówią: trzeba natychmiast pobrać opaski z napisem LT!

-     Nie będę - kurwa - nosił żadnej opaski! - krzyknął wzburzony montażysta, ale po chwili refleksji dodał - A gdzie to się odbiera?…

 

Prawdopodobnie, gdyby opowiedziany przez Kordalską makabryczny żart okazał się prawdą, wszyscy założyli by te opaski i nosili je na ramionach, jak Gwiazdę Dawida. Według Kordalskiej ludzie z LT szybko ujawnili w sobie taki swoisty syndrom osaczenia.  

 

Kordalska relacjonuje też - jak  to na polecenie dyrektora Zbigniewa J. „etażowa” - jak nazwano w ośrodku gdańskim  panią sekretarz programu - osobiście kontrolowała  w newsroomie podczas letnich upałów czy wylizingowani nie podpijają przypadkiem wody mineralnej przeznaczonej dla etatowców z TVP.  - To taka chora radość, że można ludzi gnoić - ocenia Kordalska - bo przecież w hurcie butelka takiej wody kosztuje może 50 groszy, najwyżej złotówkę.

 

Niejako w kontrze do tych opowieści  Sławek relacjonuje  mi historię wieloletniego, codziennego wymykania się z pułapki wszechobecnego serwilizmu i koniunkturalizmu. Tymczasem  serwilizm i koniunkturalizm dziennikarzy w TVP i w innych mediach publicznych wydają się zjawiskami nieuchronnym. Czy są przejawami swoistego "instynktu samozachowawczego" ludzi tam pracujących? - pytam FILIPA ŁOBODZIŃSKIEGO:

 

- Podejrzewam, że każdy przypadek może mieć różne wytłumaczenie. Jednym może chodzić o kasę, innym o stabilizację, jeszcze inni po prostu szczerze wierzą, że muszą zabić przeciwników, dalsi są chwiejni i lubią być zawsze blisko konfitur. Krótkowzroczność i głupota też mają znaczenie. Są być może i tacy, którzy starają się nie wychylać, chcą przetrwać, bo nie mają żadnego innego pomysłu na życie. Nie generalizowałbym. Natomiast ci, którzy jawnie z ekranu manifestują triumfalizm i arogancję szatniarza z Misia, to po prostu istoty, przed którymi należałoby skutecznie chronić media i odbiorców.

 

JERZY BOJ  wymyślił bardzo poręczny termin: „pieski”: „To co mi wiadomo z rozmów off records, część z nich to ludzie pragnący zrobić karierę w dziennikarstwie telewizyjnym za wszelką cenę. Część mówi otwarcie, że nie ma dla nich znaczenia etyka, a liczy się kasa. Są to ludzie  mniej lub bardziej wykształceni, często po naukach politycznych lub kierunkach dziennikarskich na uczelniach niższej klasy: „Pieski”.  „Pieskiem” bywają nawet doktoranci dziennikarstwa (znam taką osobę), szukającą swego miejsca w tym zawodzie.

 

Skłonny jestem twierdzić, że to ludzie przypadkowi, gotowi wykonywać wszystkie zlecenia nie zastanawiając się czemu służą, jakie będą ich skutki. Ich nazwiska są ukryte za nazwiskiem autora/redaktora materiału.”

 

„ Pieski” lubią każdego dnia zapisywać w swoich notesach ile zrobili łączeń dla Warszawy i sumują w ten sposób zarobione pieniądze. 

 

Jerzy Boj dodaje:  - „Pieski” dostarczają materiał – konkretne ujęcia, odpowiedź na jedno pytanie. „Pieski” czasem nie wiedzą, gdzie są, na jakiej konferencji, na jakim wydarzeniu. Mają zadanie do wykonania i wracają. Jest też inny rodzaj dziennikarzy - dziennikarzy frontowych. To ludzie nie zastanawiający się nad zasadami etycznymi rządzącymi w tym zawodzie, podejrzewam, że są przysłani przez partię. Realizują swoja wizję świata, wykorzystywani są do walki politycznej, a czasem (Gdańsk) do zemsty politycznej.”

                                                                          


<span>Autor tekstu ze Sławomirem Matczakiem w Muzeum Salwadora Dali w Figueres - Katalonia Południowa FOTO:  Galeria Poray </span>
Autor tekstu ze Sławomirem Matczakiem w Muzeum Salwadora Dali w Figueres - Katalonia Południowa FOTO:  Galeria Poray 

Z TELEWIZJĄ kontakt wydać się musiał Matczakowi bliski także z tego powodu, że od zawsze mieszkał z rodziną na Mokotowie, niedaleko głównej siedziby TVP. Wystarczyło wyjść na zewnątrz z klatki schodowej, by zobaczyć budynki na Woronicza. Wówczas wszystko to wydawało się niedotykalne, odległe mimo geograficznej bliskości. Zresztą od telewizyjnych realnych postaci  wolał  wtedy pacynki…

-     Lądowanie Amerykanów na księżycu pamiętasz?

-     Oczywiście, chociaż byłem taki malutki - Matczak unosi w górę najmniejszy palec.

-     A misia z okienka pamiętasz?

-     Jasne ! Także Jacka i Agatkę pamiętam - dodaje, tym razem pokazując dwa wskazujące palce na których umieszczone były podobne do piłeczek pinpongowych twarze dziewczynki i chłopca…To była pierwsza dobranocka, emitowana przez Telewizję Polską w latach 1962–1973              

                                                                      

MACIEJ ORŁOŚ:

-    Po 89 r. kiedy z Polsce zmienił się ustrój, kiedy skończyła się komuna, media publiczne nigdy nie zabezpieczyły się i nadal nie są zabezpieczone przed polityką i partyjniactwem. Obecnie mamy do czynienia ze swoistą kumulacją, która jest odbiciem tego wszystkiego, co się dzieje w Polsce. Zawsze było tak, że media publiczne były bezbronne, bo ustawa nie chroniła mediów publicznych przed tym ciśnieniem.

                                                                        *

Zorganizowana przed media „publiczne”  nagonka na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza nakręciła  bardzo mocno spiralę nienawiści. Nie brakuje głosów, że to TVP zabiła Adamowicza, poprzez stworzenie atmosfery zagrożenia  wobec zamordowanego. Zjawisko to dodatkowo wzmocniło także hejt w sieci internetowej - z czym z kolei wyrzucony dyscyplinarnie z pracy Sławomir Matczak podjął wojnę prowadząc masowe szkolenia dla tysięcy młodych ludzi w Polsce na temat: „jak walczyć z przemocą w sieci?” Tymczasem TVP Kurskiego atakuje kolejne ofiary, a zarazem opłaca wysokimi premiami swoich „frontowych” ludzi walczących na pierwszej linii frontu, takich jak Łukasz Sitek, ten sam który sprokurował wobec  prezydentów Gdańska i Sopotu cały serial  nienawiści.

Zajmująca się mediami w sopockim magistracie Anna Dyksińska miała pecha zderzyć się z Łukaszem Sitkiem.

 

ANNA DYKSIŃSKA:

-Nagrał moją wypowiedź do programu informacyjnego, wycinając z niej tylko ten fragment, który postawił mnie w bardzo złym świetle, robiąc ze mnie niezdarę, która nie potrafi sklecić prostego zdania. Było to okrutne, niesprawiedliwe i krzywdzące. Potrzebowałam dużo czasu, żeby się z tego otrząsnąć.

 

MONIKA DYKALSKA (do czasu dobrej zmiany dziennikarka śledcza i sądowa w Ośrodku TVP Gdańsk):

-Ja chyba bardziej niż inni zauważyłam różnicę PO-PiS. Odeszłam w kwietniu 2015 roku w związku z ciążą. Do pracy wróciłam we wrześniu 2016 i od razu dostałam propagandą "po twarzy".

Po pierwsze- codziennie rano był telefon od Pani Dyrektor:

"Proszę zrobić materiał o tym, o tym i o tym. Tylko w taki sposób, żeby uwypuklić to to i to." Oczywiście zawsze chodziło o tematy polityczne "na Adamowicza", "na Karnowskiego".

Po drugie - zajmowałam się aferą Amber Gold, gdy ta wybuchła. Po moim powrocie akurat ruszała sejmowa komisji ds. tej afery więc naturalne było, że tematem zajmę się ja. Miałam zrobić materiał przypominający główne wątki. Wszystkie wątki zawarte zostały, ale materiał musiałam "podkręcić". Na przykład w offie o liniach lotniczych LOT musiałam dodać "zatrudniony był tam syn ówczesnego premiera". Usłyszałam, że to "bardzo ważny wątek".

 

Po trzecie - zauważyłam, że zatrudniono oficerów politycznych. "Redaktorzy" Sitek i Świderski zawsze mieli kamerę wtedy, gdy potrzebowali. Robili swoje tematy, zlecone z góry, do których wydawca nie mógł się wtrącać. Gdy weszłam z jednym z nich w dyskusję nt. reformy edukacji, niemal siłą zostałam pociągnięta do gabinetu obok i usłyszałam "nie kłóć się z nim, on zaraz napisze o Tobie do Pani Dyrektor".

 

Politycy ze reguły mają krótką pamięć i gotowi są szybko wybaczać…

 

Jednak  BOGDAN BORUSEWICZ nie wytrzymał i napisał na swoistym osobistym profilu FB:   

„Wystąpiłem przeciwko TVP do sądu za kłamliwą informację, że latałem samolotem tylko po to, by wyprowadzać psa. W związku z tym Jacek Kurski wysłał na początku listopada pod mój dom ekipę, która miała to udokumentować. Była to młoda dziennikarka z ośrodka gdańskiego i operator kamery z zewnątrz. Przyjechali samochodem prywatnym. Po czterech godzinach siedzenia w samochodzie pod domem i gorączkowych telefonach do Warszawy, gdy już zapadał zmrok, dziennikarka wyszła z samochodu i zapytała o mnie i mojego psa moją sąsiadkę, która wyszła na spacer ze swoim psem. Przedstawiła się jako weterynarz i powiedziała, że sam ją wezwałem do swojego zwierzęcia. Jakie było jej zaskoczenie, gdy usłyszała, że mój pies od dawna nie żyje”.

                                                                      *                                                                                                               

Jeśli ktoś miał w sobie godność, ale też poczucie własnej wartości był wyrzucany dyscyplinarnie. Albo sam odchodził,  tak jak prof. ELŻBIETA PROTAKIEWICZ:

 

-Zaprosili mnie na pożegnanie - ciasteczka i kawę.

Nie byłam, miałam zdjęcia dla Discovery. Tak płyną losy ludzkie w TVP. Zwyczajnie zwalniają, restrukturyzują, mianują, dzwonią po wskazówki do prezesa, prezes dalej, pewnie też do prezesa. Niestety kłamią. Często nieudolnie.  Gubią się.

 

To nie jest zjawisko dzisiejsze. Narasta od wielu lat. Ale też nikt nigdy nie powiedział głośno i wyraźnie: stop. Dobrzy, wykształceni i prawi są od lat niepotrzebni. A mówić prawdę, to kompletnie nieprzydatna cecha. Szkoda, bo to jest niestety równia pochyła. Ale w dno będzie się pukać jeszcze od spodu, co przewidział Stanisław Różewicz w swoim „Spadaniu”.  Że wyrzucono Sławka?  A dlaczegóż by nie? To szkoda, przykre i niepotrzebne, naganne, ale przecież Sławków jest tam wielu i będą następni. Chociaż już nie tacy jak nasz Sławek!”  

                                                                      *

    Sławek więc odlatuje, a ja zostaję - ostatecznie sprowadzony na ziemię. Katalońską. I uspokojony. Bez złudzeń w sprawie kraju nad Wisłą i Motławą, który to kraj w ciągu zaledwie pięciu lat zrealizował wizję Witkacego i dokonał gigantycznej rewolucji generacyjnej zastępując nieżyjącego Andrzeja Wajdę Zenkiem Martyniukiem. Który stał się ojczyzną discopolo  oraz rekordzistą w produkcji  palet. Zapewne - jedynie za sprawą wielkiego sentymentu - wciąż będę  nasłuchiwał w Saint Laurent wieści stamtąd, pytając czy już udało się zgromadzić  w stolicy Polski trzysta osób w jakieś arcyważnej sprawie narodowej? Sławek odlatuje, a ja zostaję ze  świadomością ogromnego  wpływu TVP na czytelne zarysowanie enklaw, w których grupy interesariuszy zabezpieczyły  właśnie swoje srebra rodowe na kilka pokoleń, bo już zostali przekupieni własnymi pieniędzmi na tyle, aby wyśmiać każdy projekt wypowiadający obywatelskie posłuszeństwo i zakłócający istniejące status quo.   

                                                                        *

 Dopiero  na sam koniec Sławek zdradza, że tak naprawdę są z Agnieszką Ślifirską bardzo bliskimi sąsiadami, zamieszkującymi nawet  w tym samym bloku na Mokotowie.

 

 No i że kiedyś, przed laty - gdy rozpadł mu się pierwszy związek z Jolantą Pieńkowską - byli nawet parą. Niepokornych.

 

I kiedy już w stolicy Katalonii -  w hali odlotów -  robimy na pożegnanie pirenejskiego niedźwiadka, życzę mu aby jak najszybciej mógł poszybować na swojej paralotni, choćby do  tego ukochanego Nepalu. Może po kolejnym trzęsieniu ziemi.   

                                                                     

A mnie  wydaje się, że opisana tu historia wiele wyjaśnia dlaczego jest jak jest i dlaczego tak trudno uczynić, by było inaczej. I to by było na tyle: w  ciszy i w głębokiej zadumie. 

 

Katalonia Północna, Saint Laurent de Cerdans, w lutym 2020


<span>Paweł Zbierski ze Sławomirem Matczakiem w Saint Laurent de Cerdans, w Galerii Poray - Katalonia Północna. FOTO:  Galeria Poray</span>
Paweł Zbierski ze Sławomirem Matczakiem w Saint Laurent de Cerdans, w Galerii Poray - Katalonia Północna. FOTO:  Galeria Poray

Paweł Zbierski

Urodzony w Gdańsku w 1959 r. malarz, reżyser, dziennikarz telewizyjny, scenarzysta. Autor kilkudziesięciu filmów i reportaży telewizyjnych. Autor książki „Na własny rachunek”.  Absolwent UJ i łódzkiej filmówki”. Od połowy l.70. bliski współpracownik Lecha Bądkowskiego, pisarza, pierwszego rzecznika „Solidarności”, jego biograf i współzałożyciel „Samorządności” na łamach „Dziennika Bałtyckiego” , wolontariusz BIPS (Biura Informacji Prasowej Solidarności), nauczyciel akademicki. Po kilkudziesięciu latach pracy odszedł    z TVP, za prezesury Jacka Kurskiego. Emigrant we Francji. Tam autor scenariuszy do sztuk teatralnych „Le Rêve” oraz    „La Fille à la valise”. W Saint Laurent de Cerdans, w Północnej Katalonii, dyrektor artystyczny Galerii Sztuki Poray oraz założyciel (wspólnie z Aleksandrą Fontaine) Stowarzyszenia „Nous en Europe”. Członek kierowanego przez Seweryna Blumsztajna Towarzystwa Dziennikarskiego.


Skomentuj     Wyślij artykuł do znajomego:     Wydrukuj






Znasz li ten kraj

Znalezionych 265 artykuły.

Tytuł   Autor   Opublikowany

Przekonajcie mnie dlaczego mam głosować na Trzaskowskiego   Koraszewski   2020-07-01
Dyskurs narodowy i jego meandry   Kruk   2020-06-09
Widziane z ławy oskarżonych   Koraszewski   2020-06-01
Niespodziewana erekcja impotenta na placu elekcyjnym   Koraszewski   2020-05-09
Wolność jest zaledwie wstępem   Koraszewski   2020-05-06
Między świętem braku pracy a świętem gwałcenia konstytucji   Koraszewski   2020-05-02
Trzy razy NIE w bolszewickim plebiscycie na prezydenta   Koraszewski   2020-04-17
Samorząd, solidarność, samopomoc   Koraszewski   2020-04-15
Zdalna lekcja wychowawcza   Kruk   2020-04-06
Jak zbrodniczy okaże się ten rząd?   Koraszewski   2020-04-03
Kochać i być mądrym   Koraszewski   2020-04-01
Plac Powstańców i inne przystanki   Zbierski   2020-03-12
Bóg Kościołem upupiony   Koraszewski   2020-03-05
Wyścig do fotela i dylematy wyborcy   Koraszewski   2020-02-19
PiS budzi się z ręką w nocniku i przeciera oczy   Koraszewski   2020-02-15
Podanie o posadę prezydenta   Koraszewski   2020-02-12
Raport z małego miasta   Koraszewski   2020-01-23
Kości zostały rzucone   Koraszewski   2020-01-21
Diabeł hasa po Księżych Górkach   Kruk   2019-11-21
Nie cała władza w rękach postprawdziwków   Koraszewski   2019-11-18
Sen nocy listopadowej   Kruk   2019-11-12
Troski i zmartwienia z celibatem   Koraszewski   2019-10-30
Zjednoczona prawica i Halloween   Koraszewski   2019-10-26
Moralne zwierzę to oburzone zwierzę   Koraszewski   2019-10-21
Związki partnerskie w czwartej Rzeczpospolitej   Koraszewski   2019-10-16
Dzień po wyborach, Dzień Nauczyciela   Koraszewski   2019-10-14
Bób, Hummus, Włoszczyzna   Koraszewski   2019-10-02
Niedziela handlowa i Ogórek małoetyczna   Kruk   2019-10-01
Czy Polscy wybiją się i na co teraz?   Koraszewski   2019-09-28
Homo politicus vs. Homo sapiens   Koraszewski   2019-09-16
Uwagi o groźnej przewadze donosów nad doniesieniami   Koraszewski   2019-09-09
Dla kogo feralna okaże się trzynastka?   Koraszewski   2019-08-31
Kilka uwag o podwójnej lojalności   Koraszewski   2019-08-21
Przeszłość i przyszłość polskiego paralmentaryzmu   Koraszewski   2019-07-27
Ogólna teoria zatroskania   Koraszewski   2019-07-25
Struktura klasowa w świadomości aspołecznej   Koraszewski   2019-07-20
Trudno kochać i być mądrym, jeszcze trudniej nie znosić i pozostać mądrym   Koraszewski   2019-07-10
O szkodliwości palenia (na stosach) i migotaniu przedsionków (do władzy)   Koraszewski   2019-07-08
Marchewka stadnego myślenia i niechciany kij racjonalizmu   Koraszewski   2019-07-04
Wściekłość nieboszczyka i duma romantyków   Koraszewski   2019-06-24
Kronika szczęśliwego dzieciństwa   Ferus   2019-06-23
Spór o wiek zgody w czasach przyzwolenia   Koraszewski   2019-06-19
Nocne polucje wiceministra nieprawości   Kruk   2019-06-15
Jak słuchać, żeby być rozumianym?   Koraszewski   2019-06-12
Przepraszam, że przypominam raz jeszcze   Koraszewski   2019-06-06
Za Głupotę Naszą i Waszą   Koraszewski   2019-05-30
Uwagi o pełniących obowiązki  mądrych i dobrych   Koraszewski   2019-05-20
Primas Poloniae i jego niepokojący brak zgody   Koraszewski   2019-05-13
Serwus, madonna, czyli signum temporis   Koraszewski   2019-05-10
Chwała Bogu, mamy święto maryjne   Kruk   2019-05-03
Strajki szkolne czyli niesolidarna "Solidarność"   Garczyński-Gąssowski   2019-04-24
Jak będziemy obchodzić święto Konstytucji?   Koraszewski   2019-04-08
Oświata, poświata, stan umysłów   Koraszewski   2019-04-03
Niewiara szukająca zrozumienia   Koraszewski   2019-03-12
Jak sztuczna inteligencja wyssała antysemityzm z  mlekiem matki   Koraszewski   2019-03-03
Nie pluć na Ogórek, nie zanieczyszczać wagonu   Koraszewski   2019-02-11
Inspirująca „Pieśń ciszy”   Ferus   2019-02-03
Czy dzisiejsza Polska jest demokracją?   Koraszewski   2019-01-24
Błąd sprzed 30 lat, za który nadal płacimy   Koraszewski   2019-01-19
Czy można reaktywować Komisję Edukacji Narodowej   Koraszewski   2019-01-14
Człowiek, katolik, przecie nie ssak   Koraszewski   2019-01-09
Biblia Dobrej Zmiany(plagiat)Marcin Kruk    Kruk   2018-12-28
Rzecznik Praw Dziecka w państwowego Anioła Stróża zamieniony   Koraszewski   2018-12-17
Zawierzeni bez granic   Koraszewski   2018-12-03
Cała władza w ręce marginesu   Koraszewski   2018-11-28
Odnaleziony tekst Tischnera oraz portret (pewnego) Polaka AD 2018   Koraszewski   2018-11-19
Być Polką – duma czy wstyd? Refleksje na tle obchodów stulecia odzyskania niepodległości   Górska   2018-11-14
Jasnowidzolożka wraca na czarnym koniu   Kruk   2018-11-12
Patologia instytucji, czyli uwagi o "Klerze"   Górska   2018-11-03
Bal w Świątyni Opaczności Narodowej   Koraszewski   2018-11-02
Partie polityczne i dylematy parlamentaryzmu   Koraszewski   2018-10-29
Do urn obywatele, do urn   Koraszewski   2018-10-18
Polska w obiektywie Konrada Szołajskiego   Koraszewski   2018-10-16
Polak od kuchni   Kruk   2018-10-11
Ważny komunikat Skarbnicy Narodowej   Koraszewski   2018-10-08
Narodowa dyskalkulia i lokalne porachunki   Kruk   2018-10-04
Satyra na leniwych patriotów   Koraszewski   2018-09-28
Prawoznawstwo - broń się   Zajadło   2018-09-19
Preambułka   Koraszewski   2018-09-15
Raport z oblężonego miasta   Koraszewski   2018-09-12
Jaki ślad zostawiają słowa?   Koraszewski   2018-09-04
PRL Chrystusem narodów   Koraszewski   2018-08-31
Wolna prasa, wolność słowa, wolność handlu    Koraszewski   2018-08-24
Pamiętaj o nim na wszystkich swoich drogach   Lewin   2018-08-21
Doświadczony, kompetentny, rzetelny inteligent poszukuje rozwiązania   Koraszewski   2018-08-17
List otwarty do Mendy   Koraszewski   2018-08-13
Znieważenie pomnika dłuta Stanisława Milewskiego   Koraszewski   2018-07-30
Chłopiec, którego zabito, ponieważ był Żydem   Koraszewski   2018-07-15
Ksiądz pana wini, pan księdza, a wójt jeden taki, a drugi inny   Koraszewski   2018-07-13
Cała Polska myśli o pięcie   Kruk   2018-06-14
Dowcipy, memy, przysłowia    Koraszewski   2018-06-02
Wielkie kazanie o małej dziurze w drzwiach   Kruk   2018-05-23
Czy naród może zakochać się w demokracji?   Koraszewski   2018-05-16
Adoracja Jezusa Użytkowego   Kruk   2018-04-28
Żydzi z Madonną w tle   Lewin   2018-04-28
Hogwart potrzebny od zaraz   Koraszewski   2018-04-24
Płońsk miasto otwarte   Koraszewski   2018-04-18
Niziutkie ciśnienie i Nuż w bżuhu   Kruk   2018-04-13
Wzrost mendowatości w populacji mieszkańców Polski w efekcie zmian pogodowych   Koraszewski   2018-04-01
Polski Marzec – 50 rocznica   Garczyński-Gąssowski   2018-03-08

« Poprzednia strona  Następna strona »
Polecane
artykuły

Wzmacnianie układu odpornościowego



Wykluczenie Tajwanu z WHO



Drzazgę źle się czyta



Sześć lat



Pochodzenie



Papież Franciszek



Schadenfreude



Pseudonaukowa histeria...


Panstwo etc



Biły się dwa bogi


 Forma przejściowa


Wstęga Möbiusa


Przemysł produkcji kłamstw


Jesteś tym, co czytasz,



Radykalne poglądy polityczne


Einstein



Socjologia



Allah stworzyl



Uprzednie doświadczenie



Żydowski exodus



PRL Chrystusem narodów



Odrastające głowy hydry nazizmu



Homeopatia, wibracje i oszustwo


Żołnierz IDF



Prawo powrotu



Mózg i kodowanie predyktywne



Nocna rozmowa



WSzyscy wiedza



Nieustający marsz



Oświecenie Pinker



Alternatywna medycyna zabija



Kobiety ofiarami



Prometeusz



modyfikowana pszenica


Listy z naszego sadu
Redaktor naczelny:   Hili
Webmaster:   Andrzej Koraszewski
Współpracownicy:   Jacek, , Malgorzata, Andrzej, Marcin, Henryk