Prawda

Wtorek, 12 grudnia 2017 - 03:34

« Poprzedni Następny »


Podróże po Meddle Earth


Piotr Naskręcki 2017-05-28

Hatteria (tuatara - Sphenodon punctatus)
Hatteria (tuatara - Sphenodon punctatus)

“Start!” jest ostatnim słowem, jakie słyszę, a potem już tylko świst powietrza, panika w sercu i rzeka zbliżająca się z każdą nanosekundą. Właśnie w momencie, kiedy jestem gotowy na to, że będę miał zmiażdżoną czaszkę, coś mnie podciąga i znowu frunę na szczyt kanionu. Ach, skoki na bungee, sport dla odważnych i szalonych. Ale to jest Nowa Zelandia, dom szalonych narkomanów adrenaliny, ludzi którzy pierwsi dali to światu, i nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym nie spróbował. „Taa, było w porządku” mówię nonszalancko, kiedy znajduję się z powrotem na moście, z rękami głęboko w kieszeniach, żeby ukryć ich drżenie (to pewnie z zimna). Potem wsiadam do samochodu i odjeżdżam bez oglądania się.

Dwie rzeczy zawsze pociągały mnie w Nowej Zelandii. Jedną były skoki na bungee, które zawsze widziałem jako rodzaj próby generalnej do samobójstwa. Drugą było palące pragnienie zobaczenia bestii, o której czytałem po raz pierwszy jako mały chłopiec. Hatteria, tuatara, unikatowy gad, którego rodowód idzie wstecz ponad 230 milionów lat, jest jedynym nadal żyjącym członkiem gadziego rzędu Sphenodontia, znajdowanego obecnie tylko w Nowej Zelandii. W książkach i artykułach, które czytałem, przedstawiano hatterię jako coś najbliższego żyjącemu dinozaurowi, jakiego rasa ludzka kiedykolwiek ma szansę zobaczyć. Sama nazwa jest hipnotyzująca – tuatara, słowo Maori na „kolczasty grzbiet” – i wyobrażałem sobie gargantuicznego potwora, może prawdziwego, żywego smoka.


Szybko jednak stało się oczywiste dla wszystkich interesujących się hatteriami, że atrakcja tych niezwykłych gadów nie polega na ich dość rozczarowującym wyglądzie (chociaż ostro nie zgadzam się z oceną przedstawioną w gazecie w Auckland pod koniec lat 1870, gdzie nazwano je „…najbrzydszą ze wszystkich pełzających rzeczy z wyjątkiem żab”). Na pierwszy rzut oka hatterię można pomylić z dużą jaszczurką o grubych kończynach. Nie dziwi, że tak właśnie formalnie opisano pierwszą hatterię – a raczej jej czaszkę - wysłaną z Nowej Zelandii do College of Surgeons w Londynie, w 1831 r. Opisujący, John Edward Grey, wówczas asystent w dziale kolekcji gadów Muzeum Brytyjskiego, ukuł nazwę Sphenodon i umieścił ją, niepoprawnie, jak się potem okazało, wśród jaszczurek z rodziny Agamidae. Jedenaście lat później, nie zdając sobie sprawy z tego, że patrzy na to samo, ale znacznie bardziej kompletne zwierzę, Grey opisał kolejną „jaszczurkę” z Nowej Zelandii, Hatteria punctata, w oparciu o hatterię zachowaną w alkoholu (potem zmienił tę nazwę na przyjętą obecnie i „mniej barbarzyńską” Sphenodon punctatus). Dopiero jednak paleontolog, Sir Richard Owen, człowiek, który ukuł termin “dinosaur”, zauważył silne podobieństwo “jaszczurki” z Nowej Zelandii do pewnych gadów mezozoicznych odkopywanych w Afryce Południowej. Jego podejrzenie o pradawnym pochodzeniu hatterii, opublikowane przez Alberta Günthera dokładnie 150 lat temu, potwierdzili później inni zoolodzy, którzy uplasowali ten gatunek i jego skamieniałych krewnych w osobnym rzędzie gadów. Pod koniec swojego życia, kiedy było jasne, że hatteria nie jest jaszczurką, ale unikatowym zwierzęciem bliskim wymarłym gadom mezozoicznym, Grey opublikował artykuł, w którym usprawiedliwiał się i tłumaczył, że nie zauważył niezwykłych cech, ale „[…] ale w 1831 r., kiedy opisano ten rodzaj, wymagałoby wielkiej odwagi nawet sugerowanie, że jest częścią innej rodziny, podczas gdy dzisiaj można proponować rząd dla pojedynczego rodzaju z całym prawdopodobieństwem, że zostanie to zaakceptowane – co jest zdecydowanym dowodem na postęp w nauce w ciągu kilku lat”. Choć definicja postępu w nauce Greya może brzmieć staroświecko, miał rację przewidując, że nikt nie kwestionuje obecnie wyjątkowego statusu hatterii wśród współczesnych gadów.


Portret hatterii.
Portret hatterii.

Powierzchownie ciało hatterii o długości 40-70 cm przypomina grubą iguanę z szarą lub czasami zielonkawą skórą pokrytą małymi, niezachodzącymi na siebie łuskami. Niski grzebień biegnie wzdłuż grzbietu, zamieniając się na końcu w solidne, stożkowate kołki na grubym, umięśnionym ogonie. Głowa także jest pokryta małymi łuskami, ale w odróżnieniu od jaszczurek hatterie nie mają zewnętrznych otworów usznych ani nawet funkcjonalnych błon bębenkowych. Niemniej słyszą zaskakująco dobrze, chociaż ich percepcja dźwięków ogranicza się do niskich częstotliwości, takich jak niskie burczenie, jakie wydają te zwierzęta, kiedy są zagrożone. Nawiasem mówiąc, ich zdolność słyszenia tylko niskich częstotliwości powoduje, że są dziwnie zaintrygowane głosami ludzkimi, które także obejmują niższe rejestry spektrum dźwiękowego. Najsilniejsza wskazówka starożytnego pochodzenia hatterii leży w budowie ich czaszki, która nadal ma dwie pary dużych otworów połączonych mocnymi, kościstymi łukami, a są to cechy dawno utracone przez współczesne gady. Górna szczęka jest w pełni związana z resztą czaszki, co czyni ją nieelastyczną i poważnie ogranicza szybkość, z jaką hatterie mogą otwierać pyski i jak szeroko mogą je otwierać. Zamiast chwytać zdobycz bezpośrednio szczękami, hatterie muszą polegać na swoich grubych, kleistych językach, by złapać zwierzynę. Technicznym określeniem na to zachowanie jest lingual ingestion [spożywanie językowe] i spożywają aż miło. Hatterie znane są z tego, że zjadają właściwie wszystko, co uda im się złapać, a to obejmuje chrząszcze, świerszcze, dżdżownice, jaszczurki, inne hatterie, a także ptaki. Kiedy zdobycz znajdzie się w pysku hatterii, szybko zostaje posiekana na kawałki przez pojedynczy rząd zębów w dolnej żuchwie i podwójny rząd zębów u podstawy górnej. I choć hatterie mają dość potulny charakter, jeśli podrażni się je wystarczająco, ugryzą, a uczucie, jakie to daje, opisywano wielokrotnie jako dostanie się w potężne imadło, które bardziej zaciska się przy próbach uwolnienia.


Najsilniejsza wskazówka starożytnego pochodzenia hatterii leży w budowie ich czaszki, która nadal ma dwie pary dużych otworów połączonych mocnymi, kościstymi łukami, a są to cechy dawno utracone przez współczesne gady (z wyjątkiem żółwi wodnych, których przodkowie w ogóle nigdy nie mieli tych otworów).
Najsilniejsza wskazówka starożytnego pochodzenia hatterii leży w budowie ich czaszki, która nadal ma dwie pary dużych otworów połączonych mocnymi, kościstymi łukami, a są to cechy dawno utracone przez współczesne gady (z wyjątkiem żółwi wodnych, których przodkowie w ogóle nigdy nie mieli tych otworów).

Podobnie do tak wielu reliktowych gatunków hatterie uwielbiają zimno. Tak jak wszystkie gady są one ektotermiczne. Znaczy to, że temperatura ich ciała zależy od temperatury środowiska i choć mogą regulować ilość energii, która dociera do ich organizmów przez wylegiwanie się w słońcu lub chowanie w cieniu, same nie generują własnego ciepła. W odróżnieniu od większości gadów, które wolą ciepłą lub wręcz upalną pogodę, optymalna temperatura ciała hatterii wynosi 16-21°C, najmniej ze wszystkich gadów i pozostają aktywne, także kiedy temperatura spada do zdecydowanie chłodnych 7°C. Chociaż ta adaptacja do chłodnego, umiarkowanego klimatu dzisiejszej Nowej Zelandii jest prawdopodobnie stosunkowo niedawnym zjawiskiem, pozwoliła hatteriom przeżyć wszystkich ich mezozoicznych krewnych w innych częściach świata i oprzeć się konkurencji ze strony jaszczurek, z którymi dzieliły Nową Zelandię od czasu oddzielenia się od superkontynentu Godwany.


Im więcej dowiadywałem się o hatteriach, tym bardziej oczywiste stawało się, że moje szanse zobaczenia jednej z nich w naturze są skromne lub żadne. Chociaż niedawna ocena stanu gatunku hatterii brzmiała optymistycznie, ogólny obraz dalece nie jest różowy. Liczba żyjących osobników jest imponująca i mówi się, że w Nowej Zelandii żyje ich między 30 a 50 tysięcy. Niestety, większość z nich koncentruje się na małej wyspie przybrzeżnej Stephens Island. Ponadto trzydzieści cztery maleńkie wyspy mają ściśle monitorowane populacje, których wielkość waha się od kilku do kilkuset osobników, ale na lądzie Nowej Zelandii nie widziano żywych hatterii od przybycia przodków Maorysów i towarzyszącej im menażerii psów, szczurów i świń, które szybko rozprawiły się z powolnymi, smacznymi gadami i ich jajami (nie wspominając już o wielu wytępionych gatunkach rodzimych ptaków). Kiedy pod koniec lat 1700. pojawili się Anglicy, hatterię albo ngararę, jak była także nazywana, uważano na lądzie za niemal mityczne stworzenie, pamiętane tylko przez najstarszych Maorysów, a nawet oni pamiętali tylko, że było to coś, na co polowali ich dziadkowie (i podobno naprawdę się ich bali). Na szczęście kilka tych zwierząt przeżyło na małych wysepkach w Zatoce Obfitości i Cieśninie Cooka, dokąd nigdy nie udało się dotrzeć szczurom i innym przywiezionym gatunkom. Dopiero w ciągu ostatnich dwudziestu lat po olbrzymim tępieniu szczurów i wielkich postępach w hodowaniu schwytanych hatterii zawrócono spadający trend i wprowadzono nowe populacje na kilka dodatkowych wysp. Na lądzie jednak hatterie wydają się być straconą sprawą. Niemniej niektórzy ludzie po prostu odmawiają poddania się.


Na przedmieściach stolicy Wellington, na najdalszym południowym czubku Wyspy Północnej, jest dolina o nazwie Karori. Do połowy lat 1800 ten teren był pokryty niemal dziewiczymi lasami pierwotnymi, ale po przybyciu angielskich osadników wyrąbano lub spalono większość lasu, a po wybudowaniu dwóch tam, na dnie doliny powstało jezioro. Mniej więcej dwadzieścia lat temu jednak, po tym jak obie tamy wreszcie zostały wycofane z eksploatacji i nikt nie wiedział, co zrobić z tym miejscem, grupa ochrony przyrody przedstawiła śmiały plan zamiany Karori w rezerwat, odtworzenia kawałek po kawałku starego fragmentu Gondwanaland znanego jako Zelandia i zwrócenia go prawowitym, rdzennym mieszkańcom, włącznie z hatterią. Problem polega na tym, że podobnie jak niemal cały kraj, Karori było zalane inwazyjnymi roślinami, a introdukowane ssaki i ptaki świetnie sobie żyły w miejsce rodzimej fauny. W Nowej Zelandii co najmniej 30 gatunków ssaków, 34 ptaków, ponad 2 tysiące bezkręgowców i 2,2 tysiąca obcych roślin jest w pełni naturalizowanych; w rzeczywistości liczba egzotycznych, inwazyjnych gatunków roślin nasiennych przeważa obecnie nad liczbą gatunków rodzimych. I chociaż tylko część obcych przybyszów Nowej Zelandii żyła w Karori, w sposób przytłaczający dominowały nad tubylcami.


Najpoważniejszym problem, przed jakim stanął projekt Karori, były obce ssaki. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności masa lądowa, która oderwała się od wschodniej części Gondwany pod koniec kredy około 80 milionów lat temu, by stać się później Nową Zelandią, nie zaprosiła żadnych ssaków lądowych na tę podróż oceaniczną. Jedynymi włochatymi, rodzimymi mieszkańcami Nowej Zelandii była garść gatunków nietoperzy i fok. Pozostawiło to wiele potencjalnych nisz ekologicznych bez mieszkańców i szybko zapełniły je inne, dość nieoczekiwane gatunki. Ptaki przyjęły rolę olbrzymich zwierząt pasących się (wymarłe obecnie moa), dziarskich nielatających owadożerców (obecnie na ogół wymarłe strzyżyki) lub nocnych, kierujących się zapachem bezkręgowców o miękkich ciałach (obecnie niemal wymarłe kiwi). Pod nieobecność szczwanych ssaków-drapieżników wiele ptasich linii rodowych zrezygnowało z latania, bo nie istniała dłużej presja na szybką ucieczkę w powietrze. Rolę myszy i innych gryzoni przejęły odżywiające się nasionami, podobne do świerszczy wety, a ponieważ niewiele ptaków interesowało się tymi owadami, urosły wielkie i niemrawe. Tak więc, kiedy rozpoczęła się inwazja ssaków, prawdopodobnie już dwa tysiące lat temu z przybyciem pierwszych żeglarzy polinezyjskich, ta bezbronna fauna wyspiarska nie miała szans. Pierwsze zniknęły nielatające moa, olbrzymie ptaki niemal dwukrotnej wielkości dzisiejszych strusi – padły ofiarą najgorszego ssaczego sprawcy – człowieka. Wraz z pierwszymi osadnikami ludzkimi przybyły inne ssaki, świnie, psy i szczury pacyficzne (Rattus exulans). Te ostatnie przywleczono niechcący, ale to nie zmniejszyło rozlewu krwi spowodowanego przez ten gatunek. Prawdopodobnie szczury są główną przyczyną wymarcia wielu ptaków, poważnego zmniejszenia populacji wet i wytępienia hatterii na lądzie. Nie dając się wyprzedzić tubylcom, wcześni osadnicy angielscy zakasali rękawy i zabrali się za zamianę tej wyjątkowej, egzotycznej ziemi w południowopacyficzną wersję ich północnej ojczyzny. Wprowadzili jelenie i listy dla przyjemności polowania, a po nich jeże, koty i szereg innych futrzanych zwierząt. Szczury i myszy, przywleczone tak przez Maorysów, jak Europejczyków, wspaniale prosperowały i z braku jakiejkolwiek konkurencji siały spustoszenia w roślinach uprawnych, co wreszcie zwróciło uwagę kolonistów. W jednej z najbardziej katastrofalnych decyzji w historii Nowej Zelandii sprowadzono z Europy gronostaje, rodzaj łasicy, by opanowały epidemię. Dlaczego jednak gronostaje miałyby próbować łapać szybkie i umykające gryzonie, które przez miliony lat ko-ewolucji z ssakami drapieżnymi rozwinęły wielką sprawność w unikaniu zostania posiłkiem, kiedy wyspa pełna była naiwnych, powolnych lub nielatających ptaków i ich smacznych jaj? Skutkiem, jak łatwo zgadnąć, była ptasia masakra.


Wkrótce stało się oczywiste, że jedynym sposobem trzymania inwazyjnych ssaków poza Karori było otoczenie jej ogrodzeniem nie do przebycia, a następnie wyeliminowanie wszystkich najeźdźców przy pomocy kombinacji pułapek i trucizn. Kosztem nieco ponad 2 miliony dolarów nowozelandzkich (około1,5 miliona dolarów USA) wzniesiono wysokie ogrodzenie z metalowej siatki wokół obszaru około 2,5 kilometra kwadratowego, zakończony szeroką, śliską półką metalową, nie do pokonania przez ssaki. A przynajmniej taki był pomysł – przypadkowe uszkodzenie siatki, wystarczająco drobnej, by nawet mysie niemowlęta się nie przecisnęły, pozwoliło kilku myszom na ponowne wejście do enklawy i założenie tam populacji, która nadal wydaje się rozwijać. Niewiele można zrobić z inwazyjnymi gatunkami ptaków – nawet gdyby udało się wytępić wszystkie obce ptaki w Karori, nowe po prostu przylatywałyby z sąsiednich terenów – a okazało się, że łatwiej było mówić o pozbyciu się inwazyjnych roślin niż to zrobić. W końcu jednak dokonano zadziwiającego postępu w zamianie obcych roślin na rodzimą roślinność i uwolniono w Karori szereg rodzimych gatunków ptaków, jak też 200 hatterii. Uznałem, że jeśli kiedykolwiek mam zobaczyć te zwierzęta na wolności, żyjące w czymś podobnym do ich naturalnego środowiska, to tylko tutaj.


Wielki, piękny mur – a nikt nie buduje murów lepiej niż Nowa Zelandia, uwierzcie mi – niemniej niektórym gryzoniom udało się przedostać i są teraz obecne w Karori. Wygląda na to, że mury rzadko cokolwiek rozwiązują.
Wielki, piękny mur – a nikt nie buduje murów lepiej niż Nowa Zelandia, uwierzcie mi – niemniej niektórym gryzoniom udało się przedostać i są teraz obecne w Karori. Wygląda na to, że mury rzadko cokolwiek rozwiązują.

W zimny i wietrzny poranek październikowy wybrałem się z Wellington do Karori i spotkał mnie tam przyjazny wolontariusz, który dał mi szybko wstęp do historii i rozkładu rezerwatu. Miejsce jest niewątpliwie imponujące, chociaż wykład o Karori był ciągle przerywany przez kaczki krzyżówki, które żebrały o jedzenie. Kiedy szliśmy wzdłuż szeregu wysokich, imponujących sosen, próbowałem dostrzec roślinę, jakąkolwiek roślinę, która nie była wprowadzonym obcym („Nie, nie ten krzak”, „Nie, ten też nie”, „Nie, to jest europejska babka”, „Ale patrz, tutaj jest rodzimy len!”) Wypłoszyliśmy stado kalifornijskich przepiórek i kilka europejskich kosów przeleciało nam nad głowami, kiedy zbliżaliśmy się do wewnętrznego rezerwatu hatterii, mniejszego obszaru, otoczonego kolejnym ogrodzeniem, które nie dopuszcza wek – rodzimych, nielotnych ptaków, o których wiadomo, że atakują i zjadają gady. Za nim, ku mojemu zdziwieniu, był jeszcze jeden, krótszy plot. Jego celem jest oddzielenie części populacji hatterii w Karori (60 osobników) od myszy, które przedostały się na ten teren. Określenia „żyjący na wolności” i naturalny” szybko stawały się coraz bardziej relatywne. Niestety, kiedy wreszcie dotarliśmy do ogrodzonego miejsca, lał lodowaty deszcz i, co zrozumiałe, żadna zdrowa na umyśle hatteria nie wystawiłaby głowy z norki w taką pogodę. W kolejnych dniach codziennie odwiedzałem rezerwat, ale kapryśna wiosna w Wellington trzymała hatterie pod ziemią. Dopiero po tygodniu, kiedy zatrzymałem się tam po raz ostatni w drodze na lotnisko, przywitało mnie piękne słońce i kilka hatterii wygrzewających się przed swoimi norkami.


Tymczasem jednak nie miałem wyboru i musiałem przejść do planu B, czyli odwiedzić Victoria University w Wellington, gdzie jest mała kolonia tych prastarych gadów. Jedną z najlepszych specjalistek, znających hatterie, jest dr Nicky Nelson, która przez wiele lat kierowała pracami nad ich ochroną i dokonała kilku niezwykłych odkryć o ich rozmnażaniu się i ustalaniu płci. Spotkaliśmy się w kawiarni uniwersyteckiej, miejscu z olśniewającym widokiem na port Wellington i na wyspę Matiu, która ma małą populację repatriowanych hatterii. Początkowo planowałem odwiedzenie tej wyspy, ale zbyt dużo było przeszkód biurokratycznych, by wizyta była tego warta. Nicky opowiedziała mi o najnowszych badaniach, włącznie z badaniami genetycznymi, które jednoznacznie pokazały, że wszystkie hatterie są członkami jednego gatunku, nie zaś dwóch, Sphenodon punctatus i, jak powiadała tradycyjnie akceptowana taksonomia. S. guntheri, o których myślano, że jest to gatunek ograniczony do malutkiej Wyspy Braci w Cieśninie Cooka, okazuje się być tylko nieco skarłowaciałą przez niewielką dostępność pokarmu i marginalnie zróżnicowaną przez dryf genetyczny postacią szeroko rozprzestrzenionego gatunku.


Ta niedawno wykluta, chowana w niewoli hatteria, zostanie niebawem wypuszczona, by powiększyć ściśle kontrolowaną populację na wolności. Będzie tam prowadziła głównie dzienne życie, próbując nie dać się zjeść nocnym dorosłym. Zabierze trzynaście do dwudziestu lat zanim ten osobnik będzie gotowy do rozmnożenia się.
Ta niedawno wykluta, chowana w niewoli hatteria, zostanie niebawem wypuszczona, by powiększyć ściśle kontrolowaną populację na wolności. Będzie tam prowadziła głównie dzienne życie, próbując nie dać się zjeść nocnym dorosłym. Zabierze trzynaście do dwudziestu lat zanim ten osobnik będzie gotowy do rozmnożenia się.

Po pogawędce i filiżance kawy wreszcie stałem przed dużą zagrodą o szklanych ścianach, gdzie były zwierzęta. Każda szyba była podłączona do czułego systemu bezpieczeństwa, a drzwi do zagrody miały dwa masywne zamki. Nic z tego mnie w żaden sposób nie zdziwiło, biorąc pod uwagę, że cena jednej hatterii na czarnym rynku egzotycznych ulubieńców wynosi 20-30 tysięcy dolarów. Nicky weszła do środka i szybko zlokalizowała Spike’a, 22-letniego samca, wychowanego w niewoli młodzieńca (hatterie z łatwością dożywają stu lat, chociaż doniesień o 300-letnich osobnikach nie daje się potwierdzić). Był wspaniałym okazem i naprawdę chciałem spędzić więcej czasu na fotografowaniu go, najchętniej gdzie indziej niż w zagrodzie w budynku. Uzgodniliśmy, że Spike spotka mnie (z parą opiekunów) następnego dnia na cmentarzu przylegającym do uniwersytetu, gdzie można znaleźć na wpół naturalną roślinność. Uznałem to za nieco osobliwe, ale równocześnie dziwnie symboliczne. Kiedy następnego dnia stałem wśród grobów wczesnych osadników w Wellington, obserwując rdzennego Nowozelandczyka, jak wygrzewał się promieniach wiosennego słońca wśród pędów klonów amerykańskich i kęp traw afrykańskich z dwoma opiekunami śledzącymi każdy jego ruch, nie mogłem przemóc skrajnego pesymizmu wobec losu bioróżnorodności tej wyspy. Hatteria, to wspaniałe zwierzę, relikt mezozoiczny, istnieje tu nadal tylko dzięki pełnemu oddaniu ludzi takich jak Nicky Nelson, otoczona przez jedną z największych katastrof bioróżnorodności w historii ludzkiego podboju natury. Pozostawiona własnemu losowi cała ta populacja prawdopodobnie zniknęłaby w ciągu kilkudziesięciu lat, pożarta przez szczury lub świnie albo po prostu doprowadzona do wymarcia przez zanik naturalnego habitatu. Dosypując soli do rany, ponieważ płeć hatterii nie jest determinowana genetycznie, jak u ssaków i ptaków, ale przez temperaturę, w jakiej rozwijają się ich jaja, zmiana klimatu może potencjalnie przyspieszyć ich schyłek (jeśli temperatura inkubacji przekracza 21°C wszystkie młode będą samcami). Niedawne modele klimatyczne wypracowane dla populacji hatterii z Wyspy Północnego Brata sugerują, że w roku 2085 nie wyklują się żadne samice, co zapowiada koniec tej grupy zwierząt.


Aby umożliwić śledzenie ruchów indywidualnych hatterii, każde zwierzę spośród pierwszych 70 wypuszczonych na wolność w Karori jest oznakowane unikatowym zestawem małych kolorowych koralików. Zależnie od wielkości zwierzęcia mają między 2 a 6 koralików przyczepionych do grzebienia u nasady głowy. Chociaż obecność koralików nieco psuje iluzję, że zwierzę jest „dzikie”, tradycyjną alternatywą byłoby obcięcie palca lub kombinacji palców – dużo bardziej bolesna i ryzykowna procedura.
Aby umożliwić śledzenie ruchów indywidualnych hatterii, każde zwierzę spośród pierwszych 70 wypuszczonych na wolność w Karori jest oznakowane unikatowym zestawem małych kolorowych koralików. Zależnie od wielkości zwierzęcia mają między 2 a 6 koralików przyczepionych do grzebienia u nasady głowy. Chociaż obecność koralików nieco psuje iluzję, że zwierzę jest „dzikie”, tradycyjną alternatywą byłoby obcięcie palca lub kombinacji palców – dużo bardziej bolesna i ryzykowna procedura.

Poza apokaliptycznym unicestwieniem całego życia na Ziemi w następstwie międzynarodowego sporu o to, czy słowo Boga powinno być czytane z lewej do prawej, czy odwrotnie, jednym z najbardziej przerażających scenariuszy przyszłości dla naszej planety jest nadejście okresu, który naukowcy postanowili nazwać Homogenocene – Epoka Jednolitości. Przewidują czas, kiedy z powodu świadomych lub nieświadomych transferów i wymiany organizmów między niemal wszystkimi możliwymi miejscami na globie, wyczyn właściwie niemożliwy przez tysiące lat, ale obecnie śmiesznie łatwy, wszystkie kontynenty i mniejsze regiony geograficzne utracą swoją tożsamość biologiczną. Niemal nieodróżnialne, stosunkowo małe komplety gatunków będą obecne na wszystkich klimatycznie i fizycznie podobnych obszarach, podczas gdy znikną oryginalne, lokalne ekosystemy i związane z nimi endemiczne i rodzime gatunki tych środowisk, zastąpione przez odporniejszych, niesprawiedliwie uprzywilejowanych najeźdźców (lub zaproszonych gości). Niestety, jak tragicznie pokazuje Nowa Zelandia, wydaje się, że świt tej nowej ery już jest na horyzoncie. Globalny handel, turystyka, migracje, kontrola biologiczna i zwykła ludzka głupota już wykonały wspaniałą pracę pomieszania wszystkiego, przesuwając organizmy z jednego kontynentu na drugi, otwierając bramy barbarzyńcom, by zmasakrowali niczego nie podejrzewających tubylców. Dosłownie każde miejsce na Ziemi, gdzie ludzie kiedykolwiek postawili stopę, pozostaje z śladami naszych nieodłącznych satelitów biologicznych – szczurów, much, koniczyny – lista obejmuje tysiące gatunków. Każdy z nich przypuszczalnie wyprze jakiegoś swojego miejscowego odpowiednika, a jeśli nie ma żadnego, wyryje dla siebie głęboką i trwałą niszę w nowym środowisku zawsze ze szkoda dla istniejącej równowagi. Nic nie dorównuje naszemu gatunkowi w pragnieniu destrukcji, choć jest kilku imponująco doskonałych konkurentów. Myszy i szczury czują się teraz w domu wszędzie, od stacji badawczych na biegunach do wsi na równiku, a lista gatunków miejscowych, jakie wytępiły, może być nawet dłuższa od gatunków, które ludzie zadźgali i zatłukli (dane o gatunkach roślin, które zerwaliśmy lub zadeptali na śmierć są marne, ale jest kilka znanych przypadków).  Popilia japońska, mrówki argentyńskie, europejskie skorki pospolite, niemieckie osy dachowe, amerykańskie karaluchy, moczarki kanadyjskie – z (przypuszczalnymi) miejscami pochodzenia w nazwie – sieją zniszczenie w miejscach, do których nigdy nie dotarłyby, gdyby nie udogodnienie statków i samolotów. Choć jednak ci pasażerowie na gapę dotarli tam, gdzie są obecnie, bez naszej wyrażonej zgody, większość gatunków inwazyjnych, które teraz panują niepokonane, zostały z czułością przeniesione przez oceany, hodowane i otoczone opieką po przybyciu i wypuszczone z błogosławieństwem (lub, co najmniej, ich klatki miały zamki, które wymagały ulepszenia). Kozy, lisy, koty, świnie, konie, wróble, szpaki, gołębie, dęby, sosny, bluszcz, opornik łatkowaty, opuncja, eukaliptus, aloes, karp, pstrąg, pszczoły, żaby ryczące, agi, lista ciągnie się i ciągnie, wszystkie mają status legalnych, świadomie zaproszonych imigrantów do miejsc, dokąd nigdy nie powinny były się dostać. W wielu wypadkach decyzja sprowadzenia obcych gatunków opierała się na dobrych intencjach, ale ostatecznie konsekwencje dla lokalnych ekosystemów były niemal zawsze katastrofalne. Obce gatunki sprowadzone na teren, który odpowiada fizycznym aspektom ich rodzimego terenu, natychmiast uzyskują przewagę nad miejscowymi po prostu dzięki temu, że pozostawiły za sobą armię drapieżników, pasożytów i chorób, które przez tysiące lub miliony lat ewoluowały razem z nimi i ograniczały ich populacje. W nowy miejscu wszystkie te ograniczenia nagle zniknęły. Miejscowi jednak nadal muszą dawać sobie radę ze swoimi zmorami, ale teraz do tych ograniczających czynników dochodzi konkurencja ze strony nowych przybyszów. Nic dziwnego, że często zabiera zaledwie jedno lub dwa pokolenia, zanim miejscowe gatunki są całkowicie przytłoczone przez obcych i albo doznają dramatycznego spadku, albo znikają zupełnie.



Nowozelandzki Departament Ochrony Przyrody wykonuje naprawdę wspaniałą robotę, pracując nad przywróceniem naturalnych habitatów w całym kraju i niemal jedna trzecia jego powierzchni jest przynajmniej częściowo pod ochroną. Odwrócenie skutków straszliwej dewastacji spowodowanej przez pomysł pierwszych osadników, by zamienić Nową Zelandię w południowopacyficzną wersję Anglii, może jednak zabrać bardzo dużo czasu. Tysiące kilometrów kwadratowych zamieniono w „zielone pustynie”, gdzie żadne lokalne rośliny ani zwierzęta nie były w stanie przeżyć.


Nowa Zelandia z powodu swojej historii geologicznej i biogeograficznej wykazuje się godną uwagi nieobecnością wielu grup taksonomicznych i funkcjonalnych, które dominowały inne tereny (węże, dzięcioły, ssaki, żeby wyliczyć tylko kilka). Obce gatunki wypełniły te luki i w trakcie tego procesu znacząco zmieniły naturalne ekosystemy. Na przykład, Nowa Zelandia nie miała żadnych zwierząt, które specjalizowały się w wykradaniu ptasich jaj i piskląt. Kitanka lisia, wprowadzona na Nową Zelandię 150 lat temu, żeby założyć handel futrami, teraz w liczbie ponad 60 milionów wolno żyjących zwierząt, stała się głównym drapieżnikiem rabującym gniazda ptasie, chociaż w rodzinnej Australii żeruje głównie na kwiatach i innym materiale roślinnym. Nasycenie organizmami nie-rodzimymi jest teraz tak całkowite, że według niedawnego, wyczerpującego przeglądu gatunków inwazyjnych Nowej Zelandii nawet mały obszar pozornie niemodyfikowanego, rodzimego lasu w najodleglejszym zakątku kraju ma przeciętnie 6 obcych ssaków roślinożernych, 5 obcych ssaków drapieżnych, 2 obce ryby, liczne obce rośliny i nieznaną liczbę obcych gatunków bezkręgowców, grzybów i bakterii.


Jest boleśnie oczywiste, że nasze zrozumienie złożoności i wielowarstwowych wzajemnych zależności organizmów w najprostszym nawet ekosystemie nie jest wystarczająco wszechstronne, by przewidzieć skutki wprowadzenia choćby jednego obcego gatunku do tej mieszanki. Można by sądzić, że Nowozelandczycy dostali nauczkę i nigdy więcej nie wprowadzą dobrowolnie obcych gatunków. Zaszokowała mnie więc informacja, że w rezerwacie Karori, tym właśnie miejscu, które jest uosobieniem najszczerszej próby odwrócenia skutków ludzkiej ingerencji w przyrodę, umyślnie wprowadza się australijską, nie rodzimą roślinę znana jako Banksia integrifolia, w celu podniesienia dostępności nektaru dla lokalnych ptaków. W dodatku ten gatunek jest jednym z nielicznych Banksia, które nie wymagają ognia do rozproszenia nasion i ich wykiełkowania, co czyni ją prawdopodobną kandydatką na ucieczkę z Karori i zakorzenienie się gdzie indziej. Kustosze Karori wydają się mówić: „Popełniano błędy, ale my wiemy, co robimy” i miejmy nadzieję, że mają rację. Przywrócenie Karori do jej pierwotnej, przed-ludzkiej chwały będzie długim procesem, oszacowanym na co najmniej 500 lat, jeśli wszystko pójdzie według planu. To jest śmiały eksperyment, niezbyt odmienny od próby utrzymania góry lodowej zamrożonej pośrodku upalnej pustyni, wymagający nieustannej troski, znacznych zasobów finansowych i armii oddanych ludzi. A jest to obszar około 2,5 kilometra kwadratowego czyli mniej niż 0,001% powierzchni Nowej Zelandii.


Dla ochrony kraju przed dodatkowymi inwazjami rząd Nowej Zelandii stworzył MAF Biosecurity, jeden z najnowocześniejszych i skutecznych systemów kwarantanny biologicznej na świecie. Bada się wszystkie towary i pasażerów przybywających do Nowej Zelandii i codziennie odkrywa około 240 przypadków obiektów wysokiego zagrożenia (potencjalne chwasty, zanieczyszczoną żywność itd.) przywożone do kraju przez ludzi. Niestety, dla znacznej części bioróżnorodności wysp ten szlachetny wysiłek przyszedł zbyt późno – 42% rodzimych ptaków nowozelandzkich już wymarło, jak też liczne, płazy, gazy, ryby, owady i nieznana liczba innych bezkręgowców oraz wiele gatunków roślin. Przeżycie pozostałych rodzimych organizmów zależy od skuteczności kwarantanny i ochrony, jak również od dobrej woli ludzi, którzy poświęcają swe życie na ratowanie starej Zelandii i tylko dzięki nim mogłem wreszcie spotkać hatterie. Ale z Homogenocene już u progu tego skądinąd pięknego kraju wyspiarskiego uwaga świata powinna prawdopodobnie skupić się na innych miejscach, które wkrótce może spotkać podobny los. Inne wyspy pacyficzne, Nowa Gwinea, Fidżi, Wyspy Salomona, powinny stać się celem najbardziej rygorystycznej kwarantanny; nie jest za późno, by uratować większość ich rodzimej fauny i flory przed obcymi gatunkami. A jednak, jeśli historia czegokolwiek nas nauczyła, to że nie potrzebujemy żadnej parszywej historii, żeby nas czegokolwiek uczyła, obejdziemy się doskonale bez niej, a błędy Nowej Zelandii zostaną natychmiast powtórzone we wszystkich tych miejscach. Naprawdę mam nadzieję, że nie mam racji.



W 2005 r. rezerwat Karori pod Wellington stał się pierwszym miejscem na lądzie Nowej Zelandii, gdzie po raz pierwszy od 300 lat hatterie żyją na wolności. Wypuszczono tam siedemdziesiąt osobników przeniesionych z Wyspy Stephensa w Cieśninie Cooka, z których 60 umieszczono za dodatkowym ogrodzeniem, które chroni je przed myszami, niestety nadal włóczącymi się po Karori. Okazało się jednak, że zwierzęta poza ogrodzeniem miały się lepiej niż te wewnątrz i znacznie bardziej przybrały na wadze. Kolejną grupę 130 osobników wypuszczono dwa lata później poza ogrodzeniem chroniącym przed myszami (ale nadal wewnątrz bardzo dużego ogrodzenia, które chroni je przed wekami, nielatającymi ptakami drapieżnymi, które lubią zjadać gady). Po pięciu latach przeżyło 33% zwierząt, co może wydawać się mało, ale te tajemnicze zwierzęta bardzo trudno dostrzec i rzeczywisty odsetek przeżyć jest niemal z pewnością wyższy (na mniejszym, chronionym przed myszami obszarze przeżyło 89%). Ostatecznym dowodem jednak, że przeniesienie powiodło się, było odkrycie w marcu 2009 r. lęgu zdatnych do życia jaj i pierwszych wyklutych na wolności młodych.



Travels in the Meddle Earth

The smaller majoraty, 14 maja 2017

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska



Piotr (Peter) Naskręcki

Entomolog, fotograf, popularyzator nauki. Ukończył studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktorat na University of Connecticut, pracuje w Museum of Comparative Zoology, Harvard University.


Piotr Naskręcki prowadzi znakomity blog naukowy  The Smaller Majority.  Jego zdjęcia owadów (i nie tylko owadów) fascynują i kuszą, żeby je sobie natychmiast ściągnąć. Nie należy tego jednak robić bez pozwolenia,  gdyż zarówno zdjęcia, jak i teksty zastrzeżone są prawami autorskimi.


Skomentuj     Wyślij artykuł do znajomego:     Wydrukuj






Nauka

Znalezionych 700 artykuły.

Tytuł   Autor   Opublikowany

Biotechnologia jest pilnie potrzebna w Afryce – dla gospodarki i środowiska   Ridley   2017-12-08
Okrutne zabawy wielorybów   Lyon   2017-12-07
Specjacja zięb z Galápagos przez hybrydyzację   Coyne   2017-12-04
Zrób sobie test ciążowy, Krzysiu   Łopatniuk   2017-12-02
Szopy pracze są inteligentne, ale bywają kłopotliwe   Novella   2017-11-30
Popieranie wiatrowej i słonecznej energii kosztem środowiska   Ridley   2017-11-28
Tradycyjni uzdrawiacze, szczyt o szarlatanerii i “medyczny apartheid” w Południowej Afryce   Igwe   2017-11-25
Prawo Amary   Ridley   2017-11-24
Ewolucja przyłapana na gorącym uczynku   Novella   2017-11-22
Dziwaczny skrzydłoszpon rogaty   Coyne   2017-11-18
Południowoafrykańska saga: kampania dezinformacji grup anty-GMO przeciwko nowej, odpornej na choroby odmianie kukurydzy   Ongu   2017-11-17
Niecne chochliki naszej pamięci   Novella   2017-11-16
BBC znowu błędnie przedstawia ewolucję, opisując nowe odkrycie wczesnych ssaków wyższych   Coyne   2017-11-14
Teraz nawet akceptujących zmianę klimatu nazywa się “negacjonistami   Lomborg   2017-11-13
Nowy gatunek orangutana? Wątpię.   Coyne   2017-11-10
Antynauka czystego jedzenia   Novella   2017-11-08
Wiecej niemądrych twierdzeń, że epigenetyka całkowicie zrewiduje nasz pogląd na ewolucję   Coyne   2017-11-06
Skandal z glifosatem   Ridley   2017-11-04
Ugandyjski dziennikarz: jak informować o biotechnologii, kiedy jej krytycy rozsiewają dezinformację?   Christopher Bendana   2017-11-03
Myślenie spiskowe i rozpoznawanie wzorów   Novella   2017-11-02
Czy wierzysz w duchy?   Łopatniuk   2017-10-28
Dlaczego nie ma pokoju na Bliskim Wschodzie   Salzman   2017-10-25
Jeremy, samotny, lewoskrętny ślimak wreszcie kojarzy się – a potem umiera   Coyne   2017-10-24
Naturopaci: potrafią uczynić nawet sól z Epsom potencjalnym zabójcą     2017-10-23
Niemal pięciokilogramowa żaba żyła na prastarym Madagaskarze   Coyne   2017-10-19
Uroczy wykres, który opowiada naszą historię   Cobb   2017-10-17
Genetycznie modyfikowana pszenica dla wrażliwych na gluten   Novella   2017-10-16
Czy Oświecenie przygasa?   Ridley   2017-10-13
Zdumiewająca, mordująca ptaki modliszka   Coyne   2017-10-13
Indie otwierają laboratorium homeopatyczne   Novella   2017-10-11
Roboty będą uprawiać ziemię   Ridley   2017-10-09
Przełyk Barretta, czyli bez paniki, ale…   Łopatniuk   2017-10-07
“Daily Beast” wypacza epigenetykę oszukańczymi twierdzeniami, że dzieci mogą “odziedziczyć wspomnienia Holocaustu”   Coyne   2017-10-05
Wszystkiego najlepszego w dniu 60. urodzin, centralny dogmacie!   Cobb   2017-10-04
Huragany zdarzają się   Ridley   2017-10-02
Niekochany lewoskrętny ślimak szuka partnera   Coyne   2017-09-28
Niesłuszny atak na młodą badaczkę   Novella   2017-09-27
Jak anty-GMO aktywiści blokują humanitarną biofortyfikację w Afryce i Azji   Ongu   2017-09-26
Sobotnia lekcja genetyki: ciołek matowy gynandromorf   Coyne   2017-09-23
Czy Uganda potrzebuje GMO? Naukowcy spoglądają na edytowanie genów, by przyspieszyć innowacje   Ongu   2017-09-20
Strach przed GMO i Dunning-Kruger   Novella   2017-09-18
o skomplikowane, czyli co zabija chorych na raka płuc   Łopatniuk   2017-09-16
Nowe pająki pawie   Coyne   2017-09-12
Obserwowanie wielorybów w Monterey Bay   Lyon   2017-09-11
Bakteryjne ogniwa słoneczne   Novella   2017-09-09
A.N. Wilson znowu kopie Darwina, tym razem w “Times”   Coyne   2017-09-07
Medycyna alternatywna zabija   Novella   2017-09-06
Wiecej o biologii i rasie   Mayer   2017-09-05
O rzeczywistości rasy i odrazie do rasizmu    i Brian Boutwell   2017-09-04
Panie doktorze, to nie rak   Łopatniuk   2017-09-02
Odporne na szkodniki rośliny uprawne GM oferują nadzieję Afryce, która walczy z larwami ciem   Ongu   2017-09-01
Opera mydlana, czyli więcej o łyskach   Lyon   2017-08-31
Ujawnienie kosztów opóźnienia GMO w Ugandzie   Ongu   2017-08-30
Symboliczny sceptycyzm w sprawie egzorcyzmów   Novella   2017-08-29
Pasożytnictwo lęgowe, łyski amerykańskie   Lyon   2017-08-24
Lektyny – nowy straszak żywieniowy   Novella   2017-08-22
Zabobonne pojęcia u sedna przekonań antyszczepionkowych     2017-08-21
Choroba bananów, GMO i ewolucja produkcji żywności   Ongu   2017-08-19
Przetwarzanie informacji przez mózg -porcjowanie   Novella   2017-08-16
Pomachaj do pańci ogonkiem   Łopatniuk   2017-08-12
Zrobić więcej za mniej dla Haiti   Lomborg   2017-08-11
Perkoz zausznik i jego pisklęta   Lyon   2017-08-10
Argument neuroróżnorodności na rzecz wolności słowa   Miller   2017-08-08
Czyste okrucieństwo cięć w pomocy żywnościowej   Lomborg   2017-08-07
Więcej o śmieciowym DNA   Novella   2017-08-05
Skomplikowana ewolucja wielkich kotów   Coyne   2017-08-03
Kruchość prawdy   Novella   2017-08-02
Czy kruki robią plany na przyszłość?   Coyne   2017-07-29
Opera mydlana z życia łysek amerykańskich, część III   Lyon   2017-07-28
Dlaczego jesteśmy świadomi   Novella   2017-07-26
Wybuchy epidemii odry w Europie: zapowiedź tego, co przyjdzie do USA?     2017-07-24
Bliskie spotkania z baronem MünchausenemPaulina Łopatniuk     2017-07-22
Ciepło, zimno i śmierć w oczach mediów   Lomborg   2017-07-21
Naukowcy walczą z głodem przez złamanie genetycznego kodu pszenicy   Gelber   2017-07-20
Potrzeba pewności i myślenie konspiracyjne   Novella   2017-07-17
Wielka rozbieżność w afrykańskich genomach   Ridley   2017-07-15
Okablowanie mózgu   Novella   2017-07-12
Opera mydlana z życia łysek amerykańskich, część II   Lyon   2017-07-10
Postmodernizm i prawda   Dennett   2017-07-09
Palestyńska intersekcjonalność z nazistami   Frantzman   2017-07-08
Genesis po raz szósty: spowodowana przez człowieka masowa specjacja   Ridley   2017-07-07
Korzyści zdrowotne papierosów! Dziwuszki ogrodowe wkładają niedopałki do gniazd, by odpędzić kleszcze   Coyne   2017-07-05
Akupunktura na pogotowiu też nie działa   Novella   2017-07-04
Łyski amerykańskie i ich obyczaje   Lyon   2017-07-02
Umiesz paradygmować, kolego?   Stenger   2017-07-01
Gigantyczne “paleonory” wykopane przez wymarłe ssaki   Coyne   2017-06-29
Biodynamiczne rolnictwo i inne nonsensy   Novella   2017-06-28
Pochodzenie i migracja kotów domowych: badanie genetyczne   Coyne   2017-06-27
Masz szczątkowe mięśnie, które poruszały wąsy twoich przodków   Coyne   2017-06-25
Najwcześniejsi ludzie współcześni   Novella   2017-06-23
Głupota pomylonej godności   Pinker   2017-06-21
Mój potworniak ma raka, czyli gdzie z tą tarczycą, poczwaro   Łopatniuk   2017-06-17
Rozszyfrowanie tego, jak mózg naczelnych identyfikuje twarze ludzkie   Coyne   2017-06-16
W naukę się  nie wierzy, naukę się uprawia   Koraszewski   2017-06-15
Ryzyko niewarte podejmowania: list otwarty do moich kolegów w świecie akademickim   Boutwell   2017-06-14
Intersekcjonalny feminizm kwantowy   Coyne   2017-06-13
Antynaukowe przesłanie „Frankensteina” zawsze było głupie   Ridley   2017-06-12
Superantybiotyki na supermikroba   Novella   2017-06-10
Jeden bit różnicy, czyli cyberjasyr od powicia   Maszkowski   2017-06-08
Dobór sztuczny w działaniu: więcej słoni rodzi się bez ciosów   Coyne   2017-06-06

« Poprzednia strona  Następna strona »
Polecane
artykuły

modyfikowana pszenica



Arabowie



Roboty będą uprawiać ziemię



Sumienie, czyli moralność bez smyczy



Skomplikowana ewolucja



Argument neuroróżnorodności



Nowe badanie pamięci długotrwałej



Ściganie bluźnierstwa



Ryby jaskiniowe



Autyzm



Od niepamiętnych czasów



Tunezyjczycy przeciw złemu prawu



Drugie prawo termodynamiki



Pochwała ignorancj



Mistyfikacja Sokala



Intronizacja Chrystusa



Obama chrzescijanie



Szelest liści



Czego wam nie pokazują?



Rozdzielenie religii i państwa



Trwa ewolucyjne upokorzenie archeopteryksa



Trucizna, kamuflaż i tęcza ewolucji



Religia zdrowego rozsądku



Kto się boi czarnego luda?



Land of the pure



świecące ryby



Lewica klania sie



Nis zgubic



Religia pieklo



Nienawisc



Niedożywienie w Ugandzie



Ewolucja nieunikniona



Starty z powierzchni


Listy z naszego sadu
Redaktor naczelny:   Hili
Webmaster:   Andrzej Koraszewski
Współpracownicy:   Jacek, , Malgorzata, Andrzej, Marcin, Henryk