Prawda

Poniedziałek, 22 lipca 2019 - 11:50

« Poprzedni Następny »


Kronika szczęśliwego dzieciństwa


Lucjan Ferus 2019-06-23


Już jakiś czas temu obiecałem sobie, że na 1 czerwca, czyli Międzynarodowy Dzień Dziecka,  napiszę tekst, który będzie wspomnieniami z mojego dzieciństwa. Jednak mijają kolejne Dni Dziecka, a ja jakoś nie mam czasu „pochylić się” nad tym istotnym aspektem swojego życia, zanim całkowicie zatrze się w mojej coraz bardziej zawodnej pamięci. W tym roku też się „nie wyrobiłem” na czas, ale postanowiłem już dłużej nie odkładać realizacji tego postanowienia. W końcu ta data ma tylko symboliczne znaczenie. Do rzeczy zatem.


Kiedy wchodzę do mieszkania „młodych” (czyli syna, synowej i ich dzieci), dość często zastaję następujący widok: w sypialni syn rozłożony na łóżku z laptopem na brzuchu, a naprzeciw niego wiszący na ścianie włączony telewizor, na który chyba nie zwraca uwagi. W drugim pokoju ich starsza córka na swoim łóżku z tabletem lub telefonem. W trzecim pokoju synowa na kanapie wpatrzona w telefon, a na przeciwnej ścianie wiszący włączony telewizor. Tylko u ich młodszej córki jest nieco inaczej: też jest w swoim pokoju i też jest wpatrzona w tablet lub telefon, tyle, że siedzi na piętrowym łóżku, gdyż tam jej najlepiej pasuje. Poza głosami dobiegającymi z telewizorów, panuje cisza, nikt z nikim nie rozmawia.

 

Wszyscy są zamknięci w niewidzialnych „kokonach” własnych zainteresowań i wyalienowani z otaczającej ich rzeczywistości. Nie zawsze tak jest rzecz jasna, ale wielokrotnie zdarzyło mi się właśnie taki obrazek zastać, kiedy zaglądałem do nich o różnych porach dnia. Co ciekawe, zdarzało się to także i latem, kiedy można o wiele przyjemniej czas spędzać w ogrodzie chociażby, bujając się na podwieszonej ławce w cieniu olbrzymiego buka, posadzonego przeze mnie 45 lat temu, w roku narodzin syna. Realizując w ten sposób znane powiedzenie o „powinności” mężczyzny w spłodzeniu syna, posadzeniu drzewa i wybudowaniu domu.

                                                           ------ // ------

Moje dzieciństwo przypadło na lata pięćdziesiąte i początek lat sześćdziesiątych ub. wieku. W zależności od pory roku nasze zabawy znacznie się różniły, a to dlatego, że odbywały się one w terenie i w dużym stopniu zależały od pogody. Swoje wspomnienia zacznę od zabaw związanych z porą ZIMOWĄ. A zimy były o wiele surowsze od tych obecnych, z dużo, dużo większą ilością śniegu. Mieliśmy wtedy trzy miejsca na doskonałe zabawy: zamarznięte stawy na miejscowych łąkach, gdzie ślizgaliśmy się na butach i na łyżwach (mało kto je miał) i górzysty teren w pobliskim lesie, gdzie między drzewami zjeżdżaliśmy na nartach po dość stromych zboczach, oraz kolejowy nasyp przy tutejszej stacji, do zjazdów na sankach.

 

Mogłem tylko pomarzyć o łyżwach, więc ślizgałem się na butach jak większość uczestników tych zabaw. Miałem za to masywne sanki z metalowych kątowników (domowej roboty zapewne), które zawsze zdążyły przez lato zardzewieć i musiałem je szlifować papierem ściernym na „otwarcie” sezonu zimowego. Były niemiłosiernie ciężkie, ale za to najdalej się na nich jechało z górki. Miałem też drewniane, lekkie i niezbyt długie narty, które doskonale spisywały się podczas zjazdów z porośniętych małymi i większymi drzewkami leśnych pagórków (były bardzo zwrotne), no i łatwo się na nich wchodziło pod górę.

 

Zimą (a szczególnie podczas ferii) te miejsca zawsze pełne były małych i większych dzieci i z dala już było słychać radosny gwar zabaw, nawoływań i okrzyków, przeplatających się ze śmiechem. Ale też czasami i z płaczem, bo zdarzały się również wywrotki i „kraksy” na zboczu, co było czymś normalnym i niejako uatrakcyjniającym elementem tej zabawy. Na leśnych pagórkach wyczynialiśmy szalone slalomy między drzewami i trzeba było nie lada umiejętności i refleksu, by nie zrobić sobie krzywdy, kiedy zjechało się z ustalonej trasy i wpadało w gęściejsze krzaki.

 

Jedną z naszych ulubionych zimowych zabaw było pływanie na krach, które odłupywaliśmy z jednolitej pokrywy lodowej stawu i wchodziliśmy na nie z długimi kijami, odpychając się nimi od dna. Te kry siłą rzeczy nie były duże, a ponieważ każdy chciał się na nie dostać, w końcu zaczynały tonąć, albo przełamywały się na pół i wszyscy wpadali do lodowatej wody. Na szczęście te stawy nie były głębokie, może około metra głębokości. Często tacy przemoczeni i „uszlajani” (jak mawiali rodzice) wracaliśmy na świetlicę, za co dostawaliśmy zazwyczaj od nauczyciela tzw. „łapy”, czyli uderzenia linijką lub piórnikiem po wystawionych dłoniach, około 10-20 klapsów na jedną rękę. Było to dość bolesne, ale nie zniechęcało nas ani trochę.

 

Na WIOSNĘ mieliśmy też inne zabawy, odbywające się w innych miejscach. Z racji na grubą pokrywę śniegu (do 1,5 m), na wiosnę woda spływała z pól do rowów znajdujących wzdłuż torów kolejowych. Były to doskonałe miejsca do pływania na drewnianych baliach, cebrzykach i blaszanych wannach, oraz urządzania wyścigów tych pływających jednostek o napędzie naszych rąk. Tak jak i podczas zabawy na stawach, nie obywało się bez wywrotek i skąpania się w zimnej wodzie, ale czy można było tego uniknąć, jeśli chciało się wygrywać?

 

Wiosną wylewały też owe stawy na otaczające je łąki. Mieliśmy wtedy świetną zabawę, coś w rodzaju „nart wodnych”. Polegała ona na tym, że na szerokiej i długiej na ok. 1,5 m. desce siadał lub kładł się jeden z chłopców, a za przywiązany do niej mocny sznurek ciągnęło dwóch innych, biegnąc na bosaka przez zalaną łąkę, tak szybko ile było sił w nogach. Deska ślizgała się po powierzchni wody niczym ślizgacz, a na zakręcie przeważnie „pozbywała się” pasażera, co kwitowane było przez pozostałych wybuchami śmiechu i okrzykami aplauzu dla tego, kto najdłużej się na niej utrzymał.

 

Mieliśmy jeszcze inną zabawę związaną z owymi stawami. Nadmiar wody spływał  długim rowem biegnącym przez pobliski las do najniższego miejsca, w którym okresowo tworzył się sporej wielkości zbiornik. W wąskim wąwozie przez który przepływała woda ze stawów budowaliśmy wtedy tamę z piasku, a kiedy poziom wzbieranej wody osiągał ok.1-1,3 m. tama zostawała przerywana przez napór wody i dopiero wtedy zaczynała się zabawa. Staraliśmy się uszczelniać przecieki, jednak robiły się nowe i w końcu wzniesiona budowla waliła się jak „domek z kart”, a my rozbiegaliśmy się na wszystkie strony próbując łapać rzucające się na piasku piskorze, co wbrew pozorom nie było takie proste.

 

Po wiosennych roztopach przez naszą posesję płynęła woda z okolicznych pól, kierując się do „smugu” w pobliskim lesie. Ponieważ nasz dom stał na jej drodze, wychodziłem do ogrodu patrząc jak szemrząc przepływa między sztachetami płotu, mając nadzieję, że nasz drewniany dom zostanie porwany i popłynie w nieznane, a ja wraz z nim. Skąd mi się wziął ten pomysł? Zaczytywałem się wtedy w „Kurierku”, w którym był komiks z przygodami pana Mąciwody, podróżującym w takim pływającym domu i mającym mnóstwo ciekawych przygód. Liczyłem na podobną przygodę, ale nic z niej nie wyszło, dom stoi nadal jak stał, a woda już od dawna przestała spływać z okolicznych pól (na których teraz stoi osiedle domów jednorodzinnych), a dawny „smug” zarósł gęstymi krzakami.

 

LATO to chyba najpiękniejsza pora na zabawy na świeżym powietrzu, już chociażby przez wzgląd na wakacje. Pod koniec podstawówki uwielbianą przez nas letnią zabawą były tzw. „podchody”, polegające na tym, iż jedna grupa dzieci (ok. 3-5 osób) biegła do pobliskiego lasu, zostawiając gdzieniegdzie strzałki na drodze. Po ok. kwadransie do lasu udawała się druga grupa z zamiarem jak najszybszego znalezienia ukrywających się uczestników pierwszej grupy. Ponieważ bliższe i dalsze lasy znaliśmy „jak własną kieszeń”, nie łatwo było tak się schować, by nie zostać znalezionym. Czasami w czerwcowe noce chodziliśmy do lasu obserwować „tańczące” roje świetlików. Dodam tylko, iż nie było wtedy w lasach śmieci.

 

Gdy byliśmy nieco starsi namiętnie grywaliśmy w palanta. Po przyjściu ze szkoły aż do zmroku, na płaskim trawiastym terenie rozgrywaliśmy mecze wymagające zaciekłej rywalizacji dwóch drużyn, dających z siebie wszystko, by pokonać przeciwnika. Grywaliśmy też w piłkę nożną, tyle, że w dość niefortunnym miejscu, naprzeciwko posesji kolegi, gdzie za ogrodzeniem z siatki latał poddenerwowany naszą grą pies i gryzł nas po palcach, bo w ferworze gry, często opieraliśmy się rękoma o siatkę. Trzeba było mieć podzielną uwagę, by nie zostać ugryzionym, a zarazem skutecznie grać. Palant jednak nam bardziej odpowiadał.

 

Natomiast jeśli chodzi o letnie kąpiele (czyli odpowiednik basenu, który wnuczki mają na własnym podwórku), a jakże, też korzystaliśmy z tej najprzyjemniejszej letniej atrakcji. Były nią wspomniane wyżej stawy na tzw. „chłopskich łąkach”, które latem przyciągały wiele dzieciaków (głównie chłopców). Tam się nauczyłem pływać i tam każdego lata chodziłem z kolegami, gdyż na letnie upały było to najlepsze miejsce. Miało ono też swoje wady, tyle że nikt z nas wtedy nie zwracał na nie uwagi. Jak choćby to, że wieczorami z łąk przychodziły tam pasące się krowy, by zaspokoić pragnienie, ale też przy okazji niejako „użyźniały” pobocza stawów, jak i samą wodę, której kolor przypominał mocną herbatę lub słabą kawę.

 

Wtedy nie widzieliśmy w tym niczego dziwnego, ani niepokojącego. No, może poza tym, że miała nieciekawy zapach, a po tych kąpielach dostawaliśmy na twarzy „liszaje”, które o ile dobrze pamiętam same schodziły po jakimś czasie, więc nie było specjalnego problemu. Przyzwyczajeni byliśmy też do czarnych pijawek, które podczas kąpieli przyczepiały się do nóg i tułowia. Raz przydarzyła mi się niemiła „przygoda”, kiedy kąpiąc się wszedłem na potłuczoną butelkę i przeciąłem sobie na wylot stopę. Kiedy wyszedłem z wody, zamiast czymś ją owinąć, usiadłem na brzegu stawu w słońcu (niestety, nie było tam nawet skrawka cienia) i czekałem aż przestanie krew lecieć. Po około godzinie rzeczywiście przestała lecieć, bo zrobiła się na ranie skorupa z zaschniętej krwi, a mnie zaczęło się kręcić w głowie.

 

Jeszcze przez dłuższy czas zastanawiałem się w jaki sposób dojdę do domu. Wreszcie owinąłem sobie stopę pożyczonym od kogoś ręcznikiem (bo prócz kąpielówek na sobie nie miałem niczego więcej) i kuśtykając przez las, aby mnie nikt nie widział, jakoś po godzinie doszedłem z trudem do odległego o kilometr domu. Kiedy zobaczył mnie mój ojczym, zadysponował abym „skoczył” rowerem do kiosku po papierosy. Powiedziałem mu, że się skaleczyłem i chyba nie dam rady. Kiedy obejrzał ranę, stwierdził, że nic mi nie będzie jak się przejadę ten kawałek (ok. 1 km). Cóż było robić? Wsiadłem na rower i pojechałem.

 

Przy każdym naciśnięciu nogi na pedał czułem jak mi krew wypływa z rany. Ale po zrobieniu prowizorycznego opatrunku, wieczorem nie mogłem się oprzeć, by nie pojechać z kolegą rowerem do miejscowej szkoły, gdzie odbywał się jakiś letni festyn. Przy okazji też muszę nadmienić, iż nie pierwszy raz przytrafił mi się taki „wypadek”. Np., bodajże w 3 klasie rozerwałem sobie łydkę na długości 5 cm o gwóźdź, kiedy przechodziłem przez płot. Potem,  kiedy szedłem z babcią do przychodni w pobliskim miasteczku (3 km), o dziwo, ani kropla krwi nie poleciała mi z rany. Skończyło się na dwóch klamrach.

 

Innym razem (pod koniec podstawówki) skacząc z wyższego budynku na dach niższego, bosą stopą (całe lato chodziło się wtedy na bosaka) naskoczyłem na jakąś blachę i zdarłem sobie z podeszwy kawałek skóry, który jednym końcem trzymał się nogi. Ponieważ przeszkadzało mi to w chodzeniu, obciąłem go nożyczkami i dalej chodziłem na boso już bez problemu. Wtedy nie słyszało się, by ktoś ostrzegał przed zakażeniem tężcem, spowodowanym zabrudzeniem otwartej rany. I kiedy mnie np. ugryzł w bok duży wilczur kolegi, tak, że w jeden z otworów po jego zębach można było włożyć mały palec, a wieczorem dostałem gorączki, moja mama i ojczym zbagatelizowali to wydarzenie, robiąc mi tylko opatrunek z jodyną. Wyzdrowiałem bez lekarstw i wizyty u lekarza. Mam jeszcze parę innych blizn-pamiątek z tamtych czasów.

 

Ach te nasze szalone młodzieńcze zabawy! Mógłbym jeszcze podobnymi wspomnieniami zapisać wiele stron, a i tak nie oddałbym nawet w części ich wyjątkowej atmosfery. Jak np. ta, kiedy w olbrzymiej stodole u kolegi skakaliśmy z najwyżej znajdującej się belki pod dachem na wielką stertę słomy, trzymając w dłoni duży parasol jego babci. Nieszczęsny parasol nie wytrzymał długo tej zabawy i po paru dniach owych skoków połamał się całkowicie. Ta wielka stodoła pełna różnych mrocznych zakamarków służyła nam też do popularnej wtedy gry w „chowanego”, podczas której można było wykazać się pomysłowością i sprytem.  

 

Zapewne wiele z tych zabaw nie było zbyt mądrych, jak np. ta, by siadać w kilkoro na torach i czekać kto dłużej wytrzyma przed zbliżającym się parowozem kolejki wąskotorowej. Albo kiedy zrobiłem sobie pięknie pomalowaną tarczę „krzyżacką” z grubej tektury i zabawa miała polegać na tym, że kolega rzucał we mnie kamieniami, a ja miałem się nią zasłaniać. Tyle, że szkoda mi było, aby się zniszczyła i zamiast się zasłaniać robiłem uniki, jednak jeden mi się nie udał i dostałem prosto w nos, kamieniem wielkości sporego kartofla. Jego mama potem przez dwie godziny robiła mi zimne okłady na nos, by zatrzymać krwawienie.

 

Albo kiedy u innego kolegi na działce robotnicy zaczęli kopać studnię i pierwszego dnia wkopali 5 kręgów (co dało 5 metrów głębokości), wieczorem kiedy nikogo już z dorosłych nie było, przymocowaliśmy do jakiejś belki sznurek i w trójkę zeszliśmy na dół, by sprawdzić jakie to są wrażenia. Po dwóch kwadransach „chłonięcia” tych wrażeń postanowiliśmy wyjść, lecz okazało się to niemożliwe: sznurek wpijał się w dłonie, a nogi ślizgały się po kręgach  betonowych. Po licznych nieudanych próbach i wołaniach o pomoc zaprzestaliśmy wysiłków i na zimnym wilgotnym piasku przesiedzieliśmy tam do rana. Co było rano, lepiej nie mówić.    

 

Tak, patrząc z perspektywy dorosłego człowieka, wiele z naszych ówczesnych zabaw może wydawać się głupich, niebezpiecznych i nieodpowiedzialnych. Można je skwitować znanym powiedzeniem, że „mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu”, iż udawało nam się wychodzić cało z tych „zabaw”. Jednak aby pojąć ten fenomen, należałoby żyć w tamtym czasie, być młodym, silnym i bardzo sprawnym fizycznie i czuć nadmiar rozpierającej energii. Mając też pełną głowę szalonych pomysłów, które nie pozwoliły nam nigdy się nudzić. Z czasem, kiedy dorastaliśmy zmieniały się również nasze infantylne zabawy i zachowania.

 

Pod koniec podstawówki zainteresowałem się modelarstwem. Z „Małego modelarza” sklejałem (trzeba było mieć do tego „anielską cierpliwość”, bo najlepiej sklejały się palce) modele samolotów, okrętów i pojazdów wojskowych. Pamiętam jak zrobiłem pięknego bombowca „Łosia”, polałem go denaturatem i podpaliłem, aby zobaczyć jak lata palący się samolot. Na moje nieszczęście zobaczyła to mama, która nie doceniła mojej „poznawczej żyłki” i dostałem wtedy okropną „burę”, za to, że chcę podpalić dom. Oj tam, zaraz podpalić! Nie potrafiła odróżnić naukowego doświadczenia od zwykłej piromanii i tyle!  

 

Jednak mnie marzyło się „prawdziwe” modelarstwo: latające modele samolotów ze spalinowym silnikiem. Nawet zapisałem się do LPŻ-u, by móc je zrealizować, jednak nie zbudowałem tam latającego modelu. Potem kolega „wciągnął” mnie w kulturystykę, podnoszenie ciężarów i w końcu w lekkoatletykę. Pamiętam, iż latem zatrudnialiśmy się w cegielni, by pchać ciężkie taczki z cegłami i wyrabiać sobie dzięki temu mięśnie grzbietu.

 

Oczywiście nie byliśmy święci i rodzice nie jeden raz byli wzywani do szkoły z powodu palenia przez nas papierosów. Jednakże i sami nauczyciele od nich nie stronili, a niektórzy z nich „kopcili” nawet podczas prowadzenia lekcji (jak chociażby ówczesny kierownik szkoły). Ale nawet w takiej sytuacji zachowywaliśmy swoistą „klasę”, jeśli można to tak ująć. Bowiem brat kolegi był marynarzem i sam nie paląc papierosów przysyłał mu regularnie swój przydział „Albatrosów”, a od wujka, kapitana statku handlowego, dostawał „Pall Malle”, Camele” i „Winstony”. Zatem nie można mówić, że truliśmy się byle czym (np. „Sportami”). 

 

Kiedy teraz po wielu latach przypominam sobie to moje dzieciństwo, zauważam ciekawą rzecz. Obojętnie jakie te nasze zabawy były; mniej lub bardziej głupie czy też niebezpieczne, to jest sprawą oczywistą, iż w większości z nich rywalizowaliśmy ze sobą świadomie lub nie. Jednak nigdy do tego stopnia, by stosować wobec siebie PRZEMOC. Jedyną „przemocą” do jakiej się dopuszczaliśmy, były „walki” bokserskie, które się odbywały przez jedno lato, gdyż miałem wtedy pożyczone od kogoś rękawice bokserskie. Jakoś nigdy nie było w nas potrzeby wyrządzania komuś krzywdy, znęcania się nad słabszymi, czy też bezmyślnego niszczenia cudzej własności, jak czasem robi to współczesna młodzież, rozładowując swoje frustracje.

 

Na koniec wyjaśnię pewien drobiazg. Tytuł tekstu mówiący o szczęśliwym dzieciństwie, nie ma w sobie nic z ironii. Mimo dość trudnych warunków ówczesnego życia, mimo tego, że bardzo często było się głodnym i w związku z tym nagminnie „dożywialiśmy się” owocami z okolicznych sadów, mimo tego, iż nasza dbałość o higienę osobistą urągała często przyjętym ogólnie zasadom, a rodzice „troszczyli się” o nas jak o „piąte koło u wozu” i mimo jeszcze wielu innych niedogodności egzystencjalnych – uważam swoje dzieciństwo za szczęśliwe i nie zamieniłbym go na szczęśliwe dzieciństwo współczesnych dzieci, którym nie brakuje niczego, a mimo to często się nudzą. A już szczególnie wtedy, kiedy są pozbawieni swych elektronicznych „gadżetów”. Bez nich, sami nie potrafią wymyśleć żadnej zabawy.

 

My mimo biednej egzystencji, byliśmy szczęśliwcami posiadającymi bogactwo jakie daje nieskrępowana dziecięca WYOBRAŹNIA i możliwości realizowania szalonych pomysłów w rzeczywistości. Rzeczywistości, która była szara i nieciekawa tylko dla osobników bez wyobraźni. Dla nas zawsze była kolorowa, tajemnicza i ciekawa,.. może też dlatego, że wszyscy uwielbialiśmy czytać książki, które inspirowały nas podczas wielu zabaw. A opisywane w nich przygody ulubionych bohaterów utwierdzały nas w przekonaniu, iż szczęśliwe życie nie musi być synonimem bogactwa materialnego, ale raczej umysłowego. Naiwne, prawda? Być może, ale pozwolę sobie nie wstydzić się tego i pozostać w tym przekonaniu do końca życia. By – jak pisał Wiktor Hugo – jak najdłużej zachować w sobie dziecięcą ciekawość świata.

 

Czerwiec 2019 r.                                ------ KONIEC----- 

 

 

 

  

 

 

 

            

 

                        

 

 


Skomentuj     Wyślij artykuł do znajomego:     Wydrukuj




Komentarze
4. Wszystkiego najlepszego! Lucjan Ferus 2019-06-27
3. Nostalgia Jan Res 2019-06-26
2. Dziękuję za dołączenie swoich wspomnień Lucjan Ferus 2019-06-24
1. Szczęścliwe dzieciństwo. Leszek 2019-06-23


Znasz li ten kraj

Znalezionych 230 artykuły.

Tytuł   Autor   Opublikowany

Struktura klasowa w świadomości aspołecznej   Koraszewski   2019-07-20
Trudno kochać i być mądrym, jeszcze trudniej nie znosić i pozostać mądrym   Koraszewski   2019-07-10
O szkodliwości palenia (na stosach) i migotaniu przedsionków (do władzy)   Koraszewski   2019-07-08
Marchewka stadnego myślenia i niechciany kij racjonalizmu   Koraszewski   2019-07-04
Wściekłość nieboszczyka i duma romantyków   Koraszewski   2019-06-24
Kronika szczęśliwego dzieciństwa   Ferus   2019-06-23
Spór o wiek zgody w czasach przyzwolenia   Koraszewski   2019-06-19
Nocne polucje wiceministra nieprawości   Kruk   2019-06-15
Jak słuchać, żeby być rozumianym?   Koraszewski   2019-06-12
Przepraszam, że przypominam raz jeszcze   Koraszewski   2019-06-06
Za Głupotę Naszą i Waszą   Koraszewski   2019-05-30
Uwagi o pełniących obowiązki  mądrych i dobrych   Koraszewski   2019-05-20
Primas Poloniae i jego niepokojący brak zgody   Koraszewski   2019-05-13
Serwus, madonna, czyli signum temporis   Koraszewski   2019-05-10
Chwała Bogu, mamy święto maryjne   Kruk   2019-05-03
Strajki szkolne czyli niesolidarna "Solidarność"   Garczyński-Gąssowski   2019-04-24
Jak będziemy obchodzić święto Konstytucji?   Koraszewski   2019-04-08
Oświata, poświata, stan umysłów   Koraszewski   2019-04-03
Niewiara szukająca zrozumienia   Koraszewski   2019-03-12
Jak sztuczna inteligencja wyssała antysemityzm z  mlekiem matki   Koraszewski   2019-03-03
Nie pluć na Ogórek, nie zanieczyszczać wagonu   Koraszewski   2019-02-11
Inspirująca „Pieśń ciszy”   Ferus   2019-02-03
Czy dzisiejsza Polska jest demokracją?   Koraszewski   2019-01-24
Błąd sprzed 30 lat, za który nadal płacimy   Koraszewski   2019-01-19
Czy można reaktywować Komisję Edukacji Narodowej   Koraszewski   2019-01-14
Człowiek, katolik, przecie nie ssak   Koraszewski   2019-01-09
Biblia Dobrej Zmiany(plagiat)Marcin Kruk    Kruk   2018-12-28
Rzecznik Praw Dziecka w państwowego Anioła Stróża zamieniony   Koraszewski   2018-12-17
Zawierzeni bez granic   Koraszewski   2018-12-03
Cała władza w ręce marginesu   Koraszewski   2018-11-28
Odnaleziony tekst Tischnera oraz portret (pewnego) Polaka AD 2018   Koraszewski   2018-11-19
Być Polką – duma czy wstyd? Refleksje na tle obchodów stulecia odzyskania niepodległości   Górska   2018-11-14
Jasnowidzolożka wraca na czarnym koniu   Kruk   2018-11-12
Patologia instytucji, czyli uwagi o "Klerze"   Górska   2018-11-03
Bal w Świątyni Opaczności Narodowej   Koraszewski   2018-11-02
Partie polityczne i dylematy parlamentaryzmu   Koraszewski   2018-10-29
Do urn obywatele, do urn   Koraszewski   2018-10-18
Polska w obiektywie Konrada Szołajskiego   Koraszewski   2018-10-16
Polak od kuchni   Kruk   2018-10-11
Ważny komunikat Skarbnicy Narodowej   Koraszewski   2018-10-08
Narodowa dyskalkulia i lokalne porachunki   Kruk   2018-10-04
Satyra na leniwych patriotów   Koraszewski   2018-09-28
Prawoznawstwo - broń się   Zajadło   2018-09-19
Preambułka   Koraszewski   2018-09-15
Raport z oblężonego miasta   Koraszewski   2018-09-12
Jaki ślad zostawiają słowa?   Koraszewski   2018-09-04
PRL Chrystusem narodów   Koraszewski   2018-08-31
Wolna prasa, wolność słowa, wolność handlu    Koraszewski   2018-08-24
Pamiętaj o nim na wszystkich swoich drogach   Lewin   2018-08-21
Doświadczony, kompetentny, rzetelny inteligent poszukuje rozwiązania   Koraszewski   2018-08-17
List otwarty do Mendy   Koraszewski   2018-08-13
Znieważenie pomnika dłuta Stanisława Milewskiego   Koraszewski   2018-07-30
Chłopiec, którego zabito, ponieważ był Żydem   Koraszewski   2018-07-15
Ksiądz pana wini, pan księdza, a wójt jeden taki, a drugi inny   Koraszewski   2018-07-13
Cała Polska myśli o pięcie   Kruk   2018-06-14
Dowcipy, memy, przysłowia    Koraszewski   2018-06-02
Wielkie kazanie o małej dziurze w drzwiach   Kruk   2018-05-23
Czy naród może zakochać się w demokracji?   Koraszewski   2018-05-16
Adoracja Jezusa Użytkowego   Kruk   2018-04-28
Żydzi z Madonną w tle   Lewin   2018-04-28
Hogwart potrzebny od zaraz   Koraszewski   2018-04-24
Płońsk miasto otwarte   Koraszewski   2018-04-18
Niziutkie ciśnienie i Nuż w bżuhu   Kruk   2018-04-13
Wzrost mendowatości w populacji mieszkańców Polski w efekcie zmian pogodowych   Koraszewski   2018-04-01
Polski Marzec – 50 rocznica   Garczyński-Gąssowski   2018-03-08
Byłam w niebie, mówi ośmioletnia Ania   Kruk   2018-03-07
„WSZYSCY WIEDZĄ”   Kłys   2018-03-05
Nieustający marsz niesłusznie dumnych   Koraszewski   2018-02-13
Powrót antysemickiego potwora   Koraszewski   2018-02-10
Powrót Gnoma, czyli naród znowu krzyczy „Wiesław śmiało”   Koraszewski   2018-02-05
Bluźniercy, bałwanochwalcy i inni   Kruk   2018-01-30
Ustawa przeciw kłamstwu czy przeciw prawdzie?   Koraszewski   2018-01-29
Piątek narodowo-erotyczny   Kruk   2018-01-10
Silva rerum, Facebook i rara avis   Koraszewski   2018-01-02
Szkolne orły i wątroba Prometeusza   Kruk   2017-12-25
Sędziami będziem wtedy my!   Koraszewski   2017-12-20
Władca much – lekcja wychowawcza   Kruk   2017-12-11
Idem per idem, czyli polska droga do demokracji   Koraszewski   2017-12-01
Nauczyciel-ateista w szkole   Koraszewski   2017-11-29
Hej, wy, naród…   Koraszewski   2017-11-23
Przypowieść o Janie i Fortepianie   Kruk   2017-11-21
Święto niepodległości, czyli bal sykofantów   Koraszewski   2017-11-11
Stan Polski przed wyborami   Koraszewski   2017-11-09
Zupa z gwoździa do trumny z św. pamięci wkładką   Kruk   2017-11-01
Długi lot bibelota   Kruk   2017-10-26
Kościół, wierzący, dialog   Koraszewski   2017-10-21
W oparach religijnej magii   Koraszewski   2017-10-10
Ipso facto omlet z groszkiem   Kruk   2017-09-19
Mroczny cień udrapowanych autorytetów   Koraszewski   2017-08-23
Apel Stowarzyszenia Miłośników Logiki Nieformalnej   Kruk   2017-08-18
Pan Baginski pyta o antysemityzm   Koraszewski   2017-08-17
Jak to na wojence ładnie, tarara...   Koraszewski   2017-08-09
O seksie, moralności i religii   Koraszewski   2017-08-06
Sumienie, czyli moralność bez smyczy   Koraszewski   2017-08-04
Kryzys komunikacji werbalnej, czyli patos środkowego palca   Koraszewski   2017-07-31
Costaguana dla Costaguańczyków   Koraszewski   2017-07-23
Uchodźcy a sprawa polska   Koraszewski   2017-07-08
Czy suweren jest blondynem?   Koraszewski   2017-06-30
Dramat z nadmiarem inteligencji emocjonalnej   Kruk   2017-06-26
Na tropach chrześcijańskiego feminizmu   Koraszewski   2017-06-24

« Poprzednia strona  Następna strona »
Polecane
artykuły

Biły się dwa bogi


 Forma przejściowa


Wstęga Möbiusa


Przemysł produkcji kłamstw


Jesteś tym, co czytasz,



Radykalne poglądy polityczne


Einstein



Socjologia



Allah stworzyl



Uprzednie doświadczenie



Żydowski exodus



PRL Chrystusem narodów



Odrastające głowy hydry nazizmu



Homeopatia, wibracje i oszustwo


Żołnierz IDF



Prawo powrotu



Mózg i kodowanie predyktywne



Nocna rozmowa



WSzyscy wiedza



Nieustający marsz



Oświecenie Pinker



Alternatywna medycyna zabija



Kobiety ofiarami



Prometeusz



modyfikowana pszenica



Arabowie



Roboty będą uprawiać ziemię



Sumienie, czyli moralność bez smyczy



Skomplikowana ewolucja



Argument neuroróżnorodności



Nowe badanie pamięci długotrwałej



Ściganie bluźnierstwa



Ryby jaskiniowe



Autyzm


Listy z naszego sadu
Redaktor naczelny:   Hili
Webmaster:   Andrzej Koraszewski
Współpracownicy:   Jacek, , Malgorzata, Andrzej, Marcin, Henryk