Total 1 comments ▼
Kulisy magii
Z: Romana Kolarzowa
2025-12-24 17:03
Hussein A. Mansour stworzył sobie prywatny mit minionej wspaniałości pewnego święta. Jak to z porządnym mitem jest, nie ma w nim cienia wątpliwości, że może to tylko wyobrażenie lokalne. Jest bezdyskusyjność. Tymczasem formuła amerykańska nie jest ani jedyna, ani chyba jakoś szczególnie odległa od wersji globalnej (też bynajmniej nie uniwersalnej). Jest natomiast bardzo nowa.
Są miejsca, w którym ta tradycyjna wersja amerykańska sprzed - powiedzmy - 6. dekad budziła skojarzenia w sam raz takie, jakie teraz ma młody Amerykanin. Rzecz drobna: w zachodnich krajach romańskich rodzina nuklearna to była raptem cząstka. Rodzinne spotkania to było coś więcej, niż rodzice i dzieci przy jednym stole (bo t był porządek każdej niedzieli - a ideałem była codzienność takiego spotkania). Chcemy czy nie, musimy zauważyć, że ten prządek był ściśle związany z rodzinnym stanem materialnym: ma się ten duży dom/duże mieszkanie, w którym może się zebrać jakieś 30 osób? Ma się dostatecznie duży stół, dość nakryć i sztućców? Ma się na tyle niekrępującą pracę, że można ją na kilka dni beztrosko zawiesić?
Tam, gdzie się to wszystko ma, można rodzinność celebrować. Jeśli nie, trzeba redukować do tej rodziny nuklearnej. Gdzie indziej było/jest podobnie: zaiste, byt ma znaczny wpływ nawet na świadomość świąteczną. Nawet gdy nie mysli się o tym, ze takie wielkie świętowanie ktoś musiał obsługiwać: nawet prowansalskie 13 deserów (dla 20. osób) nie spadnie z niebios. A gdzie pasztety i indyki, pieczone z kasztanami? A reszta? Im dostatniej, tym więcej pracy; im więcej pracy, tym więcej tych, którzy dla utrzymania swojej rodziny muszą mniej świętować. Ich rodziny, zwłaszcza dzieci, mają zupełnie inną pamięć świąt.
Inna też jest ich pamięć dla dzieci lekarzy, strażaków i wszystkich tych, dla których hasło "święta" trwale kojarzy się ze stanem podwyższonej gotowości.
Jeszcze inaczej pamiętają świąteczność ludzie w krajach, gdzie tradycje wprawdzie dopiero się tworzyły (słynny polski karp wigilijny), ale w powszechnym niedostatku wiele z nich było dość umowne. Prezenty? Oszczędne, praktyczne i na ogół brzydkie. Pijaństwo zaś sięgało nawet kościelnych drzwi - kto raz trafił na Pasterkę, gdzieś w Podkowie czy też Bystrej, ten nie zapomni tego odoru (i będzie go trwale unikał).
Dlaczegoś zresztą okres świąteczny to czas, gdy nieodmiennie gęstnieje statystyka wypadków, zajść kryminalnych i samobójstw. Zaiste, taka magia.
Przeżycie religijne do niewielu docierało, a jego sens teologiczny bywał niepojęty nawet dla średnio zdolnych kaznodziejów. Ci zresztą mieli pilniejsze zadanie, niż objaśnienia takich zawiłości - upominać słuchaczy, aby trzymali się z daleka od wszystkiego i wszystkich, co by niosło zakłócenie porządku, uznanego za raz na zawsze obowiązujący. I aby swoje w nim miejsce w pokorze akceptowali. Żadnych fantazji, żadnych marzeń, że może jakaś lepsza praca, jakaś szkoła (nawet dla którejś córki) jakieś lepsze życie.
Add comment
Listy z naszego sadu
Chief editor: Hili
Webmaster:: Andrzej Koraszewski
Collaborators: Jacek Chudziński, Hili, Małgorzata Koraszewska, Andrzej Koraszewski, Henryk Rubinstein
Go to web version