Tego pewnie się nie spodziewacie, że historyk średniowiecza może pomóc zrozumieć współczesne problemy Izraela.
Kiedy Richard Landes przesłał mi rozdział swojej nowej książki, nie przypuszczałam, że trafi on tak dokładnie w sam środek naszych obecnych dylematów: Gaza, pobór Haredim do wojska, głębokie podziały wewnątrz izraelskiego społeczeństwa.
My, Izraelczycy, mierzymy się z wielowarstwowym, ostrym kryzysem: rosnącym antysemityzmem, zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi konfliktami, których nie sposób dłużej ignorować. Przeprowadziłam wywiad z Richardem Landesem, by sprawdzić, czy starożytne wzorce mogą rzucić światło na naszą obecną sytuację.
Niektóre terminy w tym artykule mogą być nieznane; mnie też sprawiły kłopot.
Dla ułatwienia lektury stworzyłam osobny słowniczek, w którym znajdziecie przejrzyste wyjaśnienia kluczowych pojęć i zwrotów.
O czym traktuje ten artykuł: kluczowe pytania w skrócie
• Czy starożytne wzorce mogą tłumaczyć współczesne porażki? Landes twierdzi, że biblijne społeczeństwo Izraela opierało się na czymś radykalnym: na dobrowolnych relacjach, wzajemnych korzyściach i równości wobec prawa. Nazywa to „demotyczną religijnością”. Ale ta wizja rozbija się o zero-jedynkową mentalność wrogów, którzy każde izraelskie ustępstwo traktują jako słabość.
• Dlaczego zawiodło Oslo? Nie chodzi tylko o fałszywość Arafata (o której dziś już powszechnie wiadomo), ale o to, jak izraelska lewica zareagowała, obwiniając Izrael, że nie dał wystarczająco dużo. To wywołało efekt zwrotny: każda ustępstwo zostaje „schowana do kieszeni”, a potem pojawiają się nowe żądania.
• Co z poborem Haredim? Społeczeństwo biblijne było „konstytucją dla wolnych rzemieślników”, zgodnie z którą wszyscy pracowali i wszyscy bronili wspólnoty. W czasie 2000 lat wygnania studiowanie Tory stało się rodzajem „kosmicznego skafandra”, który umożliwiał żydowskie przetrwanie. Dziś, mimo zmiany warunków zagrożenia, wielu Haredim – według Landesa – nie chce tego skafandra zdjąć.
• Kiedy samokrytyka staje się toksyczna? Tradycja żydowska ceni samokrytykę jako drogę do sprawiedliwego postępowania. Ale Landes ostrzega, że mutowała ona w coś niebezpiecznego: przekonanie, że jeśli tylko wystarczająco mocno będziemy się krytykować, naprawimy świat. To zaś czyni nas ślepymi na wrogów, którzy oskarżają nas o zbrodnie, które sami popełniają.
• Czego dziś wymaga to od Izraela? Nie zmusimy wrogów z zero-jedynkową mentalnością do pragnienia pokoju. Ale możemy przemyśleć sposób, w jaki dzielimy wewnętrzne ciężary i jak pociągamy samych siebie do odpowiedzialności – bez wręczania noża naszym wrogom.
Prawdopodobnie czujecie, że stawką jest tu znacznie więcej niż tylko debata o polityce. Idee, które analizuje Landes – „demotyczna religijność”, toksyczna samokrytyka i utrata cywilizacyjnej pewności siebie – to soczewka pozwalająca zrozumieć, dlaczego zawiodło Oslo, dlaczego pobór Haredim dzieli społeczeństwo i dlaczego progresywni Żydzi zamienili samokrytykę w autodestrukcję.
Poniżej zapis naszej rozmowy na Zoomie i w korespondencji mailowej: część historyczna, część interpretacyjna, część ostrzegawcza.
Kod emocjonalny, który pogrzebał Oslo
Rozmowę rozpoczęłam od pytania o centralną ideę rozdziału: misję Abrahama jako model relacji „z pozytywnym bilansem”, opartych na dobrowolności, w których wszyscy wygrywają w ostrym kontraście do świata pełnego „graczy z mentalnością zero-jedynkową”. Landes zaznacza, że chociaż matematycy postrzegają te koncepcje jako wybory racjonalne, dla niego – mediewisty – są to przede wszystkim emocje.
Relacja win-win wymaga „wyjątkowego poziomu zaufania”, zdolności do postrzegania sukcesów innych jako pozytywnych oraz gotowości do rezygnacji z emocjonalnej satysfakcji z „wygranej absolutnej”. Emocje związane z mentalnością zero-jedynkową to „zemsta, uraza, zazdrość, Schadenfreude”. Biblia hebrajska wkłada ogromny wysiłek w rozwijanie emocji „wszyscy zyskują” zaczynając od Bożej obietnicy dla Abrahama. Błogosławieństwo dla tych, którzy błogosławią Abrahama, jest metaforą relacji z dodatnim bilansem: obie strony prosperują. Ci, którzy żyją w świecie nienawiści i resentymentu, będą przeklęci – nawet jeśli sami przeklinają potomków Abrahama.
Landes przekłada tę ramę na współczesny konflikt izraelsko-palestyński. Określa porozumienia z Oslo jako „klasyczny przykład postawy „wszyscy zyskują”: Izraelczycy oddają ziemię w zamian za pokój, Palestyńczycy rezygnują z wojny w zamian za niepodległość – sytuacja win-win. Ale dla świeckiego i religijnego przywództwa palestyńskiego było to nie do zaakceptowania – z powodu „głęboko zakorzenionej zero-jedynkowej, religijnej postawy”, która nie toleruje wolnych, niewiernych bytów na ziemiach, które powinny należeć do Dar al-Islam. Niepodległość jako własny zysk była nie do przyjęcia. Dla nich Oslo to było „ziemia za wojnę” – każda ustępstwo osłabiało wroga przed kolejną rundą działań zbrojnych. Arafat jasno to powiedział w RPA w 1994 roku: Hudajbija – układ, gdy jesteśmy słabi; wojna, gdy silni.
Landes jest szczególnie krytyczny wobec roli progresywnej lewicy w tym układzie. W późniejszej korespondencji mailowej rozwinął tę myśl:
„Po tym jak podczas Oslo traktowano sceptyków jako podżegaczy wojennych i paranoików holokaustowych, gdy Arafat w końcu się odsłonił – najpierw w Camp David (sierpień 2000), a potem wywołując intifadę (październik 2000) – zamiast przyznać, że nadzieje były złudne, i uznać dowody, które świadomie ignorowali (przemówienie o Hudajbiji, brak zmian w karcie PA), obóz pokojowy obwinił Izrael za fiasko, bo „dał za mało”. To podejście systematycznie zachęcało palestyńskich liderów do kolejnych roszczeń, nie wywierając na nich żadnej presji, by dojrzeli i nauczyli się żyć z niezależnymi Żydami.”
Przez dekady po porażce Oslo podejmowano kolejne próby jego ratowania, wychodząc z założenia, że Izrael musi „dać więcej”. Powstał efekt zwrotny: Palestyńczycy przyjmowali każdą ustępstwo (np. podział Jerozolimy), po czym domagali się kolejnych (np. likwidacji wszystkich osiedli, powrotu „uchodźców”), które osłabiłyby Izrael w kolejnej wojnie. Od 2000 roku, a jeszcze bardziej po 2023, aktywiści progresywnej lewicy wręcz wspierają narrację dżihadystyczną, opartą na grze zero-jedynkowej. Kiedy dżihadyści atakują demokrację… winę ponosi demokracja.
Żydzi w skafandrach, którzy nie chcą ich zdjąć
Przeszłam do drażliwej kwestii izraelskiej debaty publicznej: poboru Haredim (ultraortodoksów) do wojska. Zapytałam Landesa, czy odrzucenie służby wojskowej przez przywódców Haredim nie świadczy o ich odejściu od biblijnych wartości „godności pracy fizycznej” i isonomii (równości wobec prawa).
Landes przyznaje, że istnieje tu konflikt. Wyjaśnia, że Biblia jest konstytucją dla państwa wolnych ludzi pracujących fizycznie, w którym ideałem jest, by każdy pracował przez sześć dni, a siódmego odpoczywał. Jednak 2000 lat wygnania, w czasie których Żydom często nie wolno było posiadać ziemi, doprowadziły do wykształcenia się tradycji studiowania Tory jako sposobu na przetrwanie.
Landes porównuje tę sytuację do noszenia „skafandra kosmicznego”, który Żydzi musieli skonstruować, by przetrwać na wygnaniu – w atmosferze społeczeństw prime divider (czyli takich, gdzie elita dominuje nad resztą), gdzie „tlenu” było mało, tzn. gdzie życie w relacjach z dodatnim bilansem było praktycznie niemożliwe. W późniejszym mailu napisał, że chociaż dziś Żydzi oddychają „wolnym powietrzem” w Ziemi Izraela, to „połowa Mea Szearim wciąż nie chce zdjąć hełmu”.
Dziś, gdy liczba Haredim znacznie przekracza to, co Ben Gurion przewidywał w momencie przyznania im zwolnienia z obowiązkowej służby wojskowej, ta społeczność stała się „rzeczywistym ciężarem” dla państwa. Co więcej, ich postawa bywa niepokojąca.
„To poważny problem, bo w pewnym sensie występują tam elitarystyczne postawy charakterystyczne dla społeczeństw prime divider: 'jesteśmy wyjątkowi, a wy róbcie za nas brudną robotę’.”
Landes wyjaśnia jednak, że Haredim nie są elitą dominującą w tradycyjnym sensie, ponieważ nie żyją kosztem społeczeństwa na granicy przetrwania. Są raczej nowoczesnym zjawiskiem. Uważa jednak, że należy wywierać na nich presję, by „zmierzyli się z faktem, że w oczach tych, którzy zapewniają im bezpieczeństwo i finansują ich naukę, zachowują się jak pasożyty”. Powinni zacząć negocjować sposób, w jaki mogą się przyczynić do dobra wspólnego – jeśli nie przez służbę wojskową, to chociaż poprzez okazanie hakarat hatow (wdzięczności – cechy relacji „wszyscy wygrywają”) za wyjątkowo dobre traktowanie, jakie otrzymują od państwa syjonistycznego, w którym żyją i rozwijają się.
Z ich punktu widzenia jednak już tak właśnie jest – jak średniowieczni mnisi, wierzą, że ich nauka i modlitwy mają kluczowe znaczenie dla dobra ogółu.
Kiedy żydowska samokrytyka staje się narodowym samobójstwem
Szczególnie intrygująca była część wywiadu dotycząca żydowskiej samokrytyki. Landes zauważa, że samokrytyka jest „zakodowana genetycznie” w narodzie żydowskim – od tekstów biblijnych po rabiniczne.
Miłośnik Tory to ten, kto „kocha napomnienia”.
„By naprawdę docenić krytykę jako coś dobrego dla siebie, potrzeba wyjątkowego poziomu dojrzałości emocjonalnej. A ta jest bardzo rzadka w innych kulturach.”
Nick Cohen ujął to tak: „ludzie woleliby gryźć szkło, niż przyznać publicznie, że się mylili”. Samokrytyka – zdolność do dawania i przyjmowania konstruktywnej krytyki – to supermoc Żydów. To ona pozwoliła Żydom przetrwać, rozwijać się, przystosowywać i dostosowywać.
„Samokrytyka to supermoc Żydów. W kręgach progresywnych stała się ich kryptonitem.”
Ale podobnie jak ogień – samokrytyka może ogrzewać, ale też może parzyć i palić. W progresywnych środowiskach żydowskich krytyka Izraela przybrała obsesyjny, autodestrukcyjny wymiar. Po 2000 roku świat progresywny wypełnił się „dobrymi Żydami”, którzy – jako Żydzi – piętnowali rzekome zbrodnie Izraela.
Landes uważa, że ta samodegradująca postawa wynika z mesjanistycznego syndromu, który nazywa „masochistyczną wszechmocą” – przekonania, że „to wszystko nasza wina. I gdybyśmy tylko byli doskonali, naprawilibyśmy cały świat.” Taka postawa zaślepia Żydów na zachowanie ich wrogów – tych, którzy projektują własne mroczne impulsy na Żydów i oskarżają ich o czyny, które sami chcieliby popełnić.
Podobnie jak ja, Landes porównuje to do syndromu maltretowanej ofiary: branie na siebie całej winy w nadziei, że podporządkowanie zakończy przemoc. Zamiast tego, taka postawa wzmacnia agresorów. W starciu z islamskim supremacjonizmem krytyka skierowana do wewnątrz może osiągnąć poziom broni, czyniąc tych, którzy ją przyjmują, podatnymi na ataki ze strony ludzi szukających kozłów ofiarnych.
Ahad Ha’am ostrzegał:
„Nie ma nic bardziej niebezpiecznego – ani dla jednostki, ani dla narodu – niż przyznawanie się do win, których się nie popełniło.”
Musimy pozostać samokrytyczni. Ale nigdy autodestrukcyjni.
Jeśli Izrael ma przetrwać, musi wymagać od siebie co najmniej tej jednej rzeczy: mądrości, by odróżnić jedno od drugiego.
Aneks 1: Rama pojęciowa Landesa i cywilizacyjna oś czasu
W naszej pierwszej rozmowie Landes wyjaśnił, że rozdział, który omawiamy, służy jako konceptualny pomost. W późniejszym mailu rozwinął tę myśl:
„Poprzedzają go dwa rozdziały teoretyczne na temat apokaliptycznych i millenarystycznych oczekiwań oraz natury społeczeństw typu prime divider – dominującej formy organizacji społecznej w epoce przednowoczesnej, w której elita kontroluje zasoby i władzę, a większość ludności żyje na poziomie egzystencjalnego minimum. Ten rozdział o Żydach tworzy podstawy do dalszych analiz, które pokazują, jak oczekiwanie powrotu Jezusa i nadejścia tysiącletniego wieku pokoju, dobrobytu i wspólnoty było kluczowym elementem chrześcijańskiej wiary – oraz jak chrześcijanie zachowywali się, gdy wierzyli, że moment ten się zbliża, a potem – jak radzili sobie z rozczarowaniem, gdy paruzja się nie materializowała (lata 33–1033).”
Landes twierdzi, że żydowska wizja millenarystyczna, wyrażona w tekstach biblijnych, takich jak Izajasz czy Amos, przedstawia społeczeństwo bez „głównego dzielnika” (prime divider). To wizja świata, w którym „wojownicy, którzy normalnie tylko biorą, przekuwają swoje miecze na lemiesze i stają się uczciwymi pracownikami fizycznymi, zarabiającymi na chleb potem swojej pracy”.
Ten rozdział – mówi Landes – jest kluczowy do zrozumienia „demotycznej religijności” narodu żydowskiego oraz egalitarnych zasad, które będą soczewką do jego analizy historii chrześcijaństwa.
Aneks 2: Wzorce judeochrześcijańskie i horyzont apokalipsy
A jeśli nie staniemy prosto, następne apokaliptyczne znaczniki są już w kalendarzu: 2033, 2076.
Landes uważa określenie „judeochrześcijański” za swego rodzaju test Rorschacha – ludzie rozumieją je bardzo różnie. Dla niego termin ten odnosi się do wspólnego żydowsko-chrześcijańskiego (i muzułmańskiego) rdzenia „demotycznej religijności”: wiary w godność pracy fizycznej, indywidualną odpowiedzialność moralną, równość wobec prawa i dostępność Pisma dla wszystkich.
Zauważa, że ten demotyczny nurt pojawiał się okresowo w historii chrześcijaństwa:
– w XI wieku w ruchu Pokoju Bożego,
– w późnośredniowiecznych „herezjach”,
– w reformacji protestanckiej,
– w założeniu Ameryki.
Zazwyczaj występował on w okresach ożywienia apokaliptycznego. Wówczas chrześcijanie często na nowo odkrywali swoje biblijne korzenie – nierzadko towarzyszyła temu faza intensywnego filo-judaizmu, z nadzieją, że „miłość do Żydów” skłoni ich do przyjęcia prawdziwej wiary.
Ale Landes ostrzega: takie ruchy często zwracały się przeciwko Żydom, jeśli nie dochodziło do nawrócenia. W jednym z maili pisał o Marcinie Lutrze:
„Jego początkowo pozytywne nastawienie (Żydzi słusznie odrzucili fałszywe chrześcijaństwo papieskie, ale teraz, gdy on poznał prawdziwą wiarę, na pewno się nawrócą), przerodziło się w jadowity antysemityzm, gdy Żydzi wciąż zachowywali ‘twardy kark’.”
Landes jest szczególnie ostrożny wobec chrześcijańskiego syjonizmu powiązanego z eschatologiczną teologią końca czasów – bo taka fascynacja może się szybko zamienić we wrogość.
Jednocześnie uważa, że laicki apokaliptyzm ruchu progresywnego, w sojuszu z dżihadystami, który już się odwrócił przeciwko Żydom i Izraelowi – stanowi znacznie bardziej bezpośrednie zagrożenie.
Wywiad zakończył się spojrzeniem w przyszłość. Landes ma nadzieję, że chrześcijanie „zaczną na nowo rozważać, co napędzało ich religijność”, zanim nadejdzie rok 2033, który będzie oznaczać 2000 lat od ukrzyżowania Jezusa. Jego zdaniem lepsze zrozumienie tych historycznych wzorców może pomóc światu przygotować się na nową falę muzułmańskiego apokaliptycznego supremacjonizmu.
Podobnie jak 1300 AH (1882) przyniosło powstanie Mahdiego w Sudanie, a 1400 AH (1979) rewolucję w Iranie i strategię Bractwa Muzułmańskiego podboju Zachodu przez Da’wę, tak 1500 AH w 2076 roku może znów obudzić apokaliptyczne i mesjanistyczne energie w części świata islamu.
Potrzebna będzie jasno myśląca koalicja: demotycznych Żydów, chrześcijan, muzułmanów i autentycznych świeckich progresywnych, by stawić czoła tej fali.
W swoim ostatnim mailu do mnie Landes napisał:
„W interesie wszystkich światowych potęg – muzułmańskich i niemuzułmańskich – leży stawienie czoła zero-jedynkowemu totalitaryzmowi dżihadu. A najlepszym sposobem, by to zrobić, jest żądanie, by muzułmanie nauczyli się żyć w pokoju z Żydami jako sąsiadami i jako niepodległym państwem... oraz z każdym ‘niewiernym’ na świecie, który nie podziela ich religii. Innymi słowy, każdy Zachodni zwolennik demokracji powinien być syjonistą. To rozsądne żądanie tolerancji, jakie wszyscy powinniśmy sobie nawzajem postawić w tym globalnym tysiącleciu – a szczególnie tym najmniej tolerancyjnym wśród nas: islamskim triumfalistom i suprematystom. Wtedy rok 2076 może być nie początkiem wojny milenijnej, która może zabić setki milionów ludzi, lecz triumfalną 300. rocznicą demokracji, wolności słowa i wolności religijnej na całym świecie.”
Link do oryginału: https://ozsheri.substack.com/p/why-oslo-failed-why-haredim-wont
Israel Diaries, 13 listopada 2025
| Chief editor: | Hili |
| Webmaster:: | Andrzej Koraszewski |
| Collaborators: | Jacek Chudziński, Hili, Małgorzata Koraszewska, Andrzej Koraszewski, Henryk Rubinstein |