Monolog prowincjonalnego Hamleta

Zamek Hamleta w Helsingør. (Źródło zdjęcia: Wikipedia)
Telefon poinformował mnie, że dzwonił Wojtek. Oddzwoniłem natychmiast i usłyszałem komunikat z jego poczty głosowej: „Nie ma mnie, więc myślę, albo z innego powodu jestem zajęty. Zadzwoń do kogoś innego.” Wojtek jest o dwadzieścia lat młodszy ode mnie, były uczeń, ostatni raz rozmawialiśmy rok temu, kiedy przyjechał na pogrzeb babki. Wychowywali go dziadkowie, bo matkę stracił dość wcześnie, ojciec pracował w Niemczech, rzadko przyjeżdżał. Wojtek jako nastolatek był milczący, ale solidny uczeń i miłośnik książek, więc dał się lubić. Zdziwiłem się, że zdecydował się na filozofię, miałem wrażenie, że głównie po to, żeby studiować w stolicy.

Kiedy był już na studiach, zauważyłem, że klika pod różnymi postami na moim Facebooku, jego strona nic nie mówiła. Wpisy raz w miesiącu, głównie przeniesienia artykułów, które go zainteresowały. Zgłosił się na „przyjaciela”, wyjaśniając po zaakceptowaniu, że byłem dla niego ważny. Takie słowa każą ponownie rozważyć, czy już zmienić zawód, czy jednak jeszcze tę decyzję odłożyć z pełną świadomością, że za chwilę będzie za późno. Rok temu poprosił o mój numer telefonu, a potem zadzwonił pytając, czy może wpaść. Rozmowa była o wszystkim i o niczym, sprawiał wystarczająco sympatyczne wrażenie, żeby przejść na ty i powiedzieć, żeby koniecznie wpadł, jak będzie tu następnym razem.


Po chwili Wojtek zadzwonił do drzwi. Przeprosił, że nie odebrał telefonu, ale prowadził samochód, a to dla niego duży stres. Wyjaśnił, że od dawna ma prawo jazdy, ale na własny samochód go nie stać, a nawet gdyby go było stać, to samochód w Warszawie nie ma właściwie sensu, a tu samochód dziadka jest właściwie jego.


Żony nie było w domu, byliśmy sami, zadałem rutynowe pytanie – kawa czy herbata, Wojtek poprosił o wodę, usiedliśmy w fotelach.


- No to opowiadaj po kolei, co się stało, że przyjechałeś…


Wojtek skrzywił się, łyknął wody, powiedział, że jego dziadek leży w hospicjum, ostatnie stadium raka, zdaniem lekarzy to już kwestia dni, więc wziął urlop i, jak powiedział, pomaga dziadkowi czekać na tramwaj.     


- To dla ciebie najbliższy człowiek – powiedziałem. Wojtek kiwnął głowa i siedział  cicho.


- Wiesz o czym wczoraj rozmawialiśmy – powiedział po chwili - o Wittgensteinie. Nie ma w tym właściwie nic dziwnego. Zapytał o czym pisałem moją pracę magisterską, więc kiedy powiedziałem, że o dziedzictwie Wittgensteina w filozofii XXI wieku kazał sobie opowiedzieć, kto to był ten Wittgenstein i dlaczego go warto pamiętać. Jak wyjaśnić umierającemu plantatorowi buraka cukrowego istotę wezwania, żeby szukać sensu słów w tym, jak ich używamy? Dziadek uznał to za oczywistość, więc zastanawiałem się, czy nie uprościłem tego wszystkiego za bardzo. Pytał, czy znalazłem dziedziców i co robią z dziedzictwem. Potem na pół godziny zasnął. Kiedy się obudził pytał, czy podziękowałem sąsiadce za opiekę nad zwierzętami, podał mi nazwisko pani z opieki, która opłaca jego rachunki. Potem pytał o moją pracę. Wiesz czym się zajmuję? Sprzedaję elektryczne hulajnogi. Dobra firma, dość dobra płaca, dobry szef. W końcu dziadek powiedział: rzuć te hulajnogi, wróć na swoje i zajmij się Wittgensteinem. Pogłaskałem go, powiedziałem, żeby się o mnie nie martwił. Odpowiedział, że gospodarstwo jest w całości zapisane na mnie, że jeśli to wszystko od razu sprzedam, to mam się podzielić po połowie z siostrą, ale jeśli wrócę, to ona musi poczekać na swoją część spadku aż stanę na nogi. Pomyślałem, że Iwona pewnie jest zła, że tak to poustawiał, ale mnie uspokoił, że ona to rozumie, że rozmawiali i ona nie ma żadnych roszczeń… Wiesz jak fajnie rozmawia się z umierającym kochanym człowiekiem o tym, co masz zrobić z jego domem po jego śmierci? Próbowałem zmienić temat, ale powiedział, że on nie ma czasu na zabawę w ciuciubabkę. Iwona jest starsza ode mnie o siedem lat, ma męża Anglika, obiecała, że przyjedzie, ale dopiero w weekend i tylko na dwa dni. Dziadek mówił powoli, z wysiłkiem, ale cholernie logicznie, powiedział, że jeśli sprzedam gospodarstwo, to nie wiadomo, czy starczy mi na kupno własnego mieszkania w Warszawie, ale kredyt będzie mniejszy, tylko po co? Powiedział, żebym już pojechał do domu i pomyślał, bo on i tak teraz zaśnie… Kiedy wychodziłem, lekarka zapisała mój numer telefonu i powiedziała, że gdyby się dziadek gorzej poczuł, to zadzwonią.     


Postanowiłem przyjść, żeby przestać głaskać psa i zastanawiać się co dalej. Pewnie cię zanudzam? Naprawdę uważasz, że to interesujące? Dla mnie to dylemat, trochę absurdalny. Gdybyś mnie wczoraj zapytał, czy rozważam przejęcie gospodarstwa po dziadku, to wybuchnąłbym śmiechem. A teraz nagle zacząłem myśleć, patrzeć na ten dom innym okiem. Zacząłem kombinować, co bym zrobił, gdybym to zrobił? Czy mam odpowiedź? Nie, nie mam. Dzwoniłem do mojej dziewczyny, właściwie do byłej dziewczyny, bo od pewnego czasu rozstajemy się, tylko ciężko nam to idzie. Można powiedzieć, że rozstajemy się za obopólną ulgą i z obopólnym żalem. Tak czy inaczej, zapytała mnie, co bym robił, gdybym nagle zdecydował się przyjąć i zachować spadek? Co jej odpowiedziałem? Że mój dziadek żyje i że nie mam teraz ochoty nad tym się zastanawiać. Potem dziadek zadał mi to samo pytanie, a kiedy pokręciłem przecząco głową powiedział, że dobry pomysł, tylko trzeba to porządnie przemyśleć, a potem być upartym...


Czy miał rację? Właściwie tak, ale to jest tak absurdalne i bez szans powodzenia. Głupio o tym mówić. Chodziłem po tym domu i się zastanawiałem, co by trzeba było zrobić, patrzyłem przez okno i jakbym widział to wszystko inaczej. Nie zamierzam niczego sprawdzać, o nic pytać, ale wiem, że te pytania wrócą. Dom jest nad jeziorem, ale to jezioro nie jest specjalnie atrakcyjne, to właściwie jest jeziorko, owszem ładne, ale nic specjalnego. Ponad sto metrów własnego brzegu i trzy hektary ziemi przy domu. Są jeszcze cztery hektary ziemi, które dziadek kupił jak parcelowali pegeery, wiec sprzedaż tych czterech hektarów i maszyn może wystarczyć na remont. Wittgenstein nie daje wskazówek jak się do czegoś takiego zabrać, a pomocy nie wiadomo gdzie szukać. Czy myślę o agroturystyce? Tak i nie. W stodole można by urządzić antykwariat, taki samoobsługowy, z kamerami, żeby jednak była jakaś kontrola, ale tam ludzie mogliby łazić sobie samopas, może nawet czytać.        


Samodzielny skup książek to późniejsza sprawa, na początek trzeba by szukać współpracy z kimś, kto już jest na rynku, a główne zajęcie, to coś w rodzaju domu pracy twórczej. Ludzie mają ochotę uciec gdzieś w zacisze, żeby popracować, z dostępem do Internetu, z możliwością relaksu na wodzie, czy wycieczek rowerowych. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się śmiać chce. Ot, głupie myśli w oczekiwaniu na śmierć kochanego człowieka. Taki dom, to również jałowe tygodnie, do wykorzystania na remonty i własną pracę... 


Mówisz, że warto spróbować, że najwyżej przegram? Może i tak, ale to okropne, zastanawianie się po wyjściu z hospicjum, co zrobię po pogrzebie. Tak, wiem, że on to właśnie chciałby usłyszeć, ale nie mam odwagi. Jeśli to powiem, oszukam umierającego człowieka, bo prawdopodobnie po jego śmierci sprzedam to wszystko czym prędzej i wrócę do swojego życia, albo okaże się, że jest jeszcze gorzej, powiem to głośno i okaże się, że podpisałem cyrograf. 


Pewnie się zastanawiasz, czemu akurat tobie to wszystko mówię? Kiedyś powiedziałeś, że lepiej przegrywać na bieżni niż tracić czas siedząc na trybunie. Nie pamiętasz? Z nauczycielami tak zawsze. Jadę do hospicjum, bo każda chwila razem jest teraz ważna i dla niego i dla mnie.


Byłeś w Helsingør? Dlaczego pytam? Byłem tam kilka lat temu, pracowałem u rolnika. Tam jest zamek Hamleta, a poza tym, co ja ci powiem, kompletna dziura, Bóg wie co ludzie tam robią.  

(0)
Listy z naszego sadu
Chief editor: Hili
Webmaster:: Andrzej Koraszewski
Collaborators: Jacek Chudziński, Hili, Malgorzata Koraszewska, Andrzej Koraszewski, Marcin Kruk, Henryk Rubinstein
Go to web version