Jak zakończyć finansowanie ONZ

John Bolton, ówczesny amerykański ambassador przy ONZ przemawia na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa 13 października 2006 roku. (Zdjęcie Stephen Chernin/Getty Images)
Jako zastępca sekretarza stanu w administracji George’a H.W. Bushs pracowałem energicznie nad uchyleniem naznaczonej nienawiścią rezolucji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych zrównującej syjonizm z rasizmem. Zagraniczni dyplomaci powtarzali mi często, że mój wysiłek jest niepotrzebny. Mój radziecki odpowiednik, na przykład, powiedział, że Rezolucja   3379 była tylko kawałkiem papieru, zbierającym kurz na półce. Po co ruszać stare spory wiele lat po jej przyjęciu w 1975 roku?

Ignorowaliśmy te zastrzeżenia i pracowaliśmy wytrwale, ponieważ ta obrzydliwa rezolucja rzucała cień nielegalności i antysemityzmu na ONZ. Opłaciło się. 16 grudnia 1991 r. Zgromadzenie Ogólne unieważniło ten obelżywy dokument.  


Teraz, ćwierć wieku później, ONZ zbliża się do powtórzenia grzechu pierworodnego Rezolucji 3379. W zeszłym tygodniu ONZ pokazała się swoje prawdziwe oblicze potępiając uznanie przez prezydenta Trumpa Jerozolimy jako stolicy Izraela głosami 128-9.


Ten wykrzywiony obraz głosowania przesłonił ważne zwycięstwo i nadzwyczajną okazję, którą ma teraz prezydent. Trzydzieści dwa państwa wstrzymały się od głosu, a przedstawiciele dalszych 21 państw nie wzięli udziału w głosowaniu. Kilka dni wcześniej Rada Bezpieczeństwa ONZ użyła podobnego języka głosując za podobną rezolucją w stosunku 14-1, a rezolucja została odrzucona wyłącznie z powodu weta ze strony USA. Sytuacja zmieniła sie znacznie, kiedy Trump zagroził ukaraniem krajów głosujących przeciwko USA. Pokazało to po raz kolejny, że głos Ameryki jest dobrze słyszany w ONZ, kiedy zaczyna się mówić o pieniądzach. (W związanym z tym doniesieniu poinformowano, że Gwatemala ogłosiła, iż zamierza przenieść swoją ambasadę do Jerozolimy, to dobry przykład dla innych.)      


Wprowadzenie finansowych konsekwencji dla poszczególnych rzadów jest całkowicie uzasadnione, równocześnie Biały Dom powinien ponownie rozważyć szerszą kwestię, finansowania ONZ przez Waszyngton. Czy USA powinny wycofać się z niektórych organów ONZ (tak jak już to zrobiły wycofując się z UNESCO, a podobny krok zapowiedział również Izrael)? Czy finansowanie innych agend ONZ nie powinno być częściowo ograniczone lub całkowicie wstrzymane? Na co przeznaczyć pieniądze, które były wydawane na ONZ?


Mimo trwających od dziesiątków lat “reform” ONZ, mało albo raczej nic nie zmieniło się w kulturze tej instytucji, ani w zakresie jej skuteczności. Równocześnie, mimo że USA dają nieproporcjonalny wkład do budżetu ONZ, są przedmiotem nieustannych ataków. Jedyną pociechą jest to, że ustawiczne potępienia jak dotąd nie obejmowały spalenia amerykańskiego ambasadora na stosie.


Mieszcząca się w nowojorskiej dzielnicy Turtle Bay Organizacja Narodów Zjednoczonych była jak dotąd odporna na reformy ponieważ budżet tej organizacji jest zasilany głównie przez obowiązkowe wpłaty. Działa tu system oparty o zasadę “możliwości”, w którym poszczególni członkowie ONZ mają wyznaczony procentowy wkład do budżetu poszczególnych agend.          


Najwyżej wyceniono USA na 22 procent. Przekracza to w znacznym stopniu wkład innych rozwiniętych krajów, których wysokosć składek wyliczana jest w oparciu o kursy ich walut a nie wielkości PNB. Chiny płacą poniżej ośmiu procent.     


Dlaczego Stany Zjednoczone tolerują ten stan rzeczy? Ponieważ albo są przegłosowywane, kiedy dyskutuje się sprawy ustalania budżetu, albo godzą się na “consensus”, aby nie wychodzić w tym starciu na przegraną stronę. Jednak to unikanie kłopotliwych głosowań oznacza zgodę na coraz wyższe wydatki.     


Stany Zjednoczone powinny odrzucić ten system i przejść do wpłat dobrowolnych. Czyli do płacenia na to, na co dany kraj chce płacić i gdzie spodziewa się otrzymać to, za co płaci. Agendy ONZ, które nie wykonują swoich zadań, musiałyby się spodziewać ograniczonych bądź poważnych cięć w swoich budżetach. Byłby to bodziec dla efektywności, którego przy obecnym systemie całkowicie brak. 


Zacznijmy od Rady Praw Człowieka. Jest słynna ze swojego braku obiektywności wobec Izraela, ale nie wahała się nigdy przed oczernianiem Ameryki. Jak wielu wie, że w ubiegłym miesiącu ONZ wysłała specjalnego wysłannika do badania nędzy w USA? Amerykański podatnik płaci w efekcie skrajnie lewicowemu profesorowi za pouczanie nas, jak straszne jest nasze państwo.     


Pięć regionalnych rad ONZ do spraw gospodarczych i społecznych, nie ma żadnych konkretnych dokonań i również nie zasługują one na finansowanie przez USA. Jeśli jakieś kraje wierzą, że te regionalne organizacje są tego warte – co wydaje się bardzo wątpliwym założeniem – mogą je sobie finansować. Jest niepojęte dlaczego Ameryka musi je wspierać.    


Dalej mamy olbrzymie pola oenzetowskiej biurokracji. Większość jej budżetu może być obcięta z minimalnym lub żadnym wpływem na losy świata. Zacznijmy od Biura ONZ d/s Rozbrojenia. Program Narodów Zjednoczonych d/s Rozwoju to kolejny przykład. Znaczne oszczędności można osiągnąć redukując budżety innych agend, w tym wiele zajmujących się kwestią “palestyńską”. UNRWA zajmująca się wyłącznie palestyńskimi uchodźcami może być połączona z Biurem Wysokiego Komisarza do spraw Uchodźców.     


Wiele wyspecjalizowanych agencji ONZ wykonuje ważną pracę, trzyma się wyznaczonych zadań i nie wchodzi na pole międzynarodowej polityki. Kilka przykładów: Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, Organizacja ONZ do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), Światowa Organizacja Zdrowia. Nie należy ich rozbijać, ale również zasługują na porządne zbadanie.   


Niektórzy powiedzą, że jednostronne przejście do dobrowolnych wkładów narusza Kartę ONZ. To nie jest prawdą. Kiedy tworzy się traktaty lub umowy, strony mogą się wycofać ze zobowiązań, jeśli inni naruszają warunki. Obrońcy wpłat obowiązkowych opartych o zasadę możliwości zapewne nie byliby zadowoleni z badania, jak często Karta była naruszana od 1945 roku.      


Jeśli Stany Zjednoczone zrobią to pierwsze, Japonia i niektóre kraje Unii Europejskiej mogą pójść w ich ślady. Elity kochają ONZ, ale miałyby sporo trudności z wyjaśnieniem swoim wyborcom dlaczego nie nalegają, aby ich finansowy wkład był wykorzystywany bardziej efektywnie. Podobnie jak tego oczekuje Ameryka.   

 

Poza ryzykiem, że utracą nie mający żadnego znaczenia głos w Zgromadzeniu Ogólnym, głos w Radzie Bezpieczestwa i prawo weta wpisane są w Kartę ONZ, Stany Zjednoczone nie mają nic do stracenia.  


Tak więc, Donald Trump może zrewolucjnizować system ONZ. Bagno na Turtle Bay może być osuszone znacznie szybciej niż to w Waszyngtonie.

 

How to Defund the U.N.

Gatestone Institute, 27 grudnia 2017

Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski

Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach „The Wall Street Journal”


John R. Bolton,

Były amerykański ambasador przy ONZ, autor książki "Surrender Is Not an Option: Defending America at the United Nations and Abroad".

(0)
Listy z naszego sadu
Chief editor: Hili
Webmaster:: Andrzej Koraszewski
Collaborators: Jacek Chudziński, Hili, Malgorzata Koraszewska, Andrzej Koraszewski, Marcin Kruk, Henryk Rubinstein
Go to web version