Fałszywa pokora nie uratuje planety

U podstaw naszego problemu z klimatem, pisze papież Franciszek w swojej ekologicznej encyklice Laudato Si, leży ludzka duma i arogancja: „Nadużywanie Stworzenia zaczyna się, kiedy nie uznajemy dłużej żadnej wyższej od siebie samych instancji, kiedy nie widzimy niczego poza sobą”. Takie słowa, kiedy wypowiada je katolicki papież, nie są zaskakujące. Przez stulecia chrześcijańscy myśliciele pomstowali przeciwko pysze jako pierwszym i najgorszym z siedmiu grzechów głównych. Franciszek jednak w żadnym razie nie jest osamotniony w tym poglądzie. Wielu dzisiejszych aktywistów klimatu, choć niekoniecznie wierzą w osobowe bóstwo, podzielają diagnozę Franciszka na temat powodu naszych zmartwień środowiskowych. Oni także wierzą, że nasz kryzys klimatyczny jest wynikiem ludzkiego rozpasania i arogancji, przekraczania naturalnych granic. Ten świecki środowiskowy światopogląd jest kompletny, z własnym opisem Upadku człowieka z pierwotnego stanu harmonii z Naturą. Dawno, dawno temu ludzie żyli jak zwierzęta obok innych zwierząt, w pełni zdając sobie sprawę ze swojego miejsca w większym ekosystemie. Cieszyliśmy się bujnymi zasobami natury, ale szanowaliśmy jej granice. Wtedy jednak przyszła rewolucja naukowa, a wkrótce potem rewolucja przemysłowa. Dzięki rozwiazywaniu tajemnic Natury zyskaliśmy nad nią panowanie i zaczęliśmy ją traktować jako przedmiot bezlitosnej eksploatacji. Zamieniliśmy się, jako gatunek, w planetarnych rabusiów.

Jest to przykuwająca uwagę narracja, bardzo podobna do opowieści o grzechu pierworodnym z Księgi Rodzaju, i są to bzdury. Kiedy jeszcze żyliśmy jako myśliwi-zbieracze, nasz ekologiczny odcisk stopy był, per capita, znacząco wyższy niż dzisiaj. Nasi przodkowie zagarniali więcej ekosystemu w zamian za znacznie niższy standard  życia. Z populacją zaledwie kilku milionów ludziom udało się wytępić wszystkie wielkie zwierzęta lądowe niemal wszędzie tam, gdzie ludzie postawili stopę. Dzisiaj nasza planeta gości 7,7 miliarda ludzi i nasze życie jest bogatsze i zdrowsze niż kiedykolwiek, gdybyśmy jednak żyli tak jak nasi myśliwsko-zbieraczy przodkowie, planeta mogłaby wyżywić najwyżej około 100 milionów. Głównym powodem, dla którego nasi przodkowie nie dokonali jeszcze większych  szkód ekologicznych jest to, że było ich niewielu i umierali zbyt młodo.


Właściwym sposobem oceny antropogenicznej zmiany klimatu jest patrzenie na nią jak na nieoczekiwany produkt uboczny czegoś, co generalnie okazało się niezmiernym dobrodziejstwem dla ludzkości. Oczywiście, gdybyśmy zostawili głęboko pod ziemią te wszystkie pozostałości po zwierzętach i po lasach sprzed setek milionów lat, nie utknęlibyśmy dzisiaj z rosnącymi globalnymi temperaturami. Wtedy jednak nasze życie pozostałoby samotne, nędzne, paskudne, brutalne i krótkie, jak było przez większą część historii do około roku 1800. W końcu także rewolucja przemysłowa okazała się być dobrą nowiną dla Natury. Kiedy ludzie zdobyli dostęp do obfitych źródeł energii o wysokiej gęstości, takiej jak węgiel, nie musieli dłużej ścinać lasów po to, by gotować żywność lub utrzymywać ciepło i przestali polować na wieloryby, żeby zapalać swoje lampy olejowe. Historyczne badania pokazują, że zanieczyszczenie w Europie było znacznie gorsze w Średniowieczu i że trzy czwarte globalnej deforestacji zdarzyło się przed rokiem 1800, nie zaś po. Według Living Planet Index, WWF, natura zaczyna rozkwitać znowu w bogatych, uprzemysłowionych krajach. Powracają lasy, rzeki znowu tętnią życiem i dzika zwierzyna, która zniknęła na dziesięciolecia lub nawet stulecia, stopniowo powraca.  


To wszystko jest jednak historią. A co z przyszłością, szczególnie przyszłością klimatu? Ci, którzy wierzą, że ludzka arogancja leży u podstaw kryzysu klimatycznego, na ogół wierzą także, że lekarstwo na to można zamknąć w jednym słowie: mniej. Mniej konsumpcji i odpadów, mniej podróżowania, mniej materialnych dóbr, mniej globalizacji i handlu, może także mniej ludzi. Musimy cofnąć się i odzyskać znowu stan harmonii z naturą. Zamiast cenić „bajki o nieskończonym wzroście ekonomicznym”, jak mówi Greta Thunberg, powinniśmy zacząć myśleć o degrowth [postwzroście, patrz: https://pl.wikipedia.org/wiki/Degrowth  przyp. tłum.]. Głównym problemem z tym poglądem na świat, który nadal dominuje w ruchu klimatycznym, jest nie tylko to, że marzy o pierwotnym stanie harmonii z naturą, jaki nigdy nie istniał, lub że ignoruje olbrzymie korzyści, jakie przyniosły paliwa kopalne. Głównym problemem jest to, że – jak na ironię – nie zdaje sobie sprawy z prawdziwych rozmiarów naszej misji klimatycznej. Naszym długoterminowym celem, jak to przedstawiono w Paryskim porozumieniu klimatycznym, jest nie tylko zmniejszenie naszych emisji, ale doprowadzenie ich aż do zera. To zaś powinno zdarzyć się w pół stulecia i w obliczu rosnących populacji oraz ostro zwiększającego się popytu na energię, szczególnie w krajach rozwijających się. Przez robienie mniej wszystkiego i podniesienie wydajności energii z pewnością możemy nieco obciąć emisje gazów cieplarnianych, ale nigdy nie damy rady całkowicie jej zlikwidować. Nawet ktoś, kto podporządkowuje się wszystkim najnowszym regułom, eko-przyjaznego stylu życia – je wyłącznie wegańskie potrawy, nigdy nie lata, zawsze kupuje lokalne produkty – nadal będzie odpowiedzialny za emisję gazów cieplarnianych z tej prostej przyczyny, że paliwa kopalne są wszędzie: w stali i aluminium, w plastiku i w papierze, w cemencie i w nawozach sztucznych, w domach i w rolnictwie. Osiem miliardów ludzi żyjących jak święci klimatyczni nadal wyprodukują co roku miliardy ton dwutlenku węgla.


Tutaj jest sedno problemu. Paliwa kopalne dostarczają całego wachlarza ważnych usług dla ludzkości i odpowiadają za bezprecedensowe poziomy bogactwa i zamożności, jakimi cieszymy się dzisiaj. Wyzwaniem więc, jakie stoi przed nami, jest znalezienie neutralnych węglowo alternatyw dla wszystkich tych usług, które dostarczą wszystkie korzyści, ale bez kosztów. To znaczy, że potrzebujemy technologicznych rozwiązań w lotnictwie, w rolnictwie, w produkcji stali i w przemyśle cementowym, i dosłownie w każdym innym sektorze gospodarki. Większość aktywistów klimatycznych nie jest przeciwna technologicznym innowacjom per se (poza kilkoma luddystami i radykałami powrotu do natury). Także tutaj jednak problem polega na tym, że zaakceptują tylko technologie, które odpowiadają pewnemu profilowi: odnawialne, na małą skalę, zrównoważone, lokalne. Jest to raz jeszcze iluzja życia „w harmonii z naturą”. Reklamowymi przykładami takich technologii są panele słoneczne i turbiny wiatrowe, ponieważ te technologie ujarzmiają naturalną energię dostarczaną za darmo przez naturę i ponieważ są – lub są postrzegane jako – małe, zdecentralizowane i samowystarczalne.  


Niestety, mimo olbrzymich inwestycji w słońce i wiatr oba te źródła energii razem odpowiadają za około jeden procent globalnej produkcji energii. Możemy spodziewać się, że ich udział wzrośnie w nadchodzących latach i dziesięcioleciach, ale w końcu technologia zderzy się z prawami fizyki. Gęstość energii słońca i wiatru jest znacznie niższa niż paliw kopalnych, co znaczy, że potrzeba znacznie więcej ziemi i surowców (stali, betonu, metali rzadkich), by wyprodukować daną ilość energii, a to nie jest przyjazne dla środowiska. Na dodatek, słońce nie zawsze świeci i wiatr nie zawsze wieje. Entuzjaści energii odnawialnej często przytaczają spadające koszty tych technologii na kilowatogodzinę, które istotnie są imponujące, ale jak długo nie rozwiązaliśmy problemu przerw w dostawach, te dane znaczą niewiele. Nasze nowoczesne gospodarki potrzebują elektryczności także podczas dłuższych, zimowych nocy lub w dni, kiedy jest pochmurno i bezwietrznie, a wielce oczekiwanego magazynowania energii nadal nie widać na horyzoncie. W sumie ci, którzy wierzą, że gospodarka świata jako całości może przejść na energię odnawialną do 2050 roku po prostu się łudzą. 


W niedawnym eseju pod tytułem The Empty Radicalism of the Climate Apocalypse [Pusty radykalizm i klimatyczna apokalipsa] działacz ochrony środowiska, Ted Nordhaus pisze, że istnieje olbrzymia rozbieżność między apokaliptyczną retoryką klimatycznych aktywistów – ”świat skończy się za 12 lat” – a skromnymi propozycjami i nieprzemyślanymi rozwiązaniami, jakie proponują dla tego problemu. Weźmy bardzo okrzyczany i bardzo krytykowany Green New Deal. Według Nordhausa, nawet gdyby USA miały w pełni wprowadzić w życie ten program i nawet gdyby to samo zrobiły inne kraje, nie dostalibyśmy się choćby w pobliże ostatecznego celu zera emisji.


Jest gorzej, ponieważ technologiczne rozwiązania, które są naprawdę skuteczne w sprawie kryzysu klimatycznego, często są właśnie tymi, które aktywiści klimatyczni potępiają i którym sprzeciwiają się. Weźmy raz jeszcze produkcję elektryczności, która odpowiada za 25 procent globalnych emisji (a potencjalnie za znacznie więcej, jeśli zaczniemy elektryfikować samochody i inne urządzenia). Jeśli naszym celem jest głęboka „dekarbonizacja”, zdecydowanie najskuteczniejszym sposobem zrobienia tego jest energia jądrowa, jak twierdzą  Joshua Goldstein i Steffan Qvist w książce A Bright Future. Reaktory jądrowe tworzą olbrzymie ilości elektryczności na maleńkich powierzchniach ziemi, nie emitując ani jednego grama CO2 (małe ilości CO2 są emitowane przy budowie elektrowni i wydobywaniu materiałów, ale to dotyczy wszystkich źródeł energii włącznie z energią słoneczną i wiatrową). W odróżnieniu od energii odnawialnej elektrownie jądrowe dostarczają także elektryczność przez okrągłą dobę, niezależnie od warunków pogodowych. Gęstość energii uranu jest trzy miliony razy wyższa niż węgla lub ropy naftowej, która z kolei jest wiele razy wyższa niż energii słonecznej i wiatrowej, co znaczy, że elektrownie jądrowe produkują także znacznie mniej odpadów. Przyszłe rodzaje reaktorów obiecują jeszcze wyższą wydajność energetyczną, jak również ponowne użycie materiałów rozszczepialnych, traktowanych obecnie jako „odpady”. W dodatku, mimo wszystkiego, co słyszeliście w wiadomościach, energia jądrowa jest najbezpieczniejszym i najmniej zanieczyszczającym źródłem energii na świecie. Jedyne kraje, którym obecnie udało się zdekarbonizować sektor elektryczności, takie jak Francja i Szwecja, zrobiły to przez poleganie na energii jądrowej (i nawet nie robiły tego w tym celu, bo zmiana klimatu nie była wtedy na porządku dnia).  


Może wydawać się dziwaczne, że środowiskowcy są tak zaciekle przeciwni dzisiaj – jak zresztą byli przeciwni od kilkudziesięciu lat – technologii, która ma tak wielki potencjał jako środek zaradczy dla globalnego ocieplenia. Jeśli jednak wierzysz, że technologiczna pycha jest źródłem wszelkiego zła, nie jest zaskakujące, że krzywisz się na energię jądrową. Z punktu widzenia środowiskowca rozbijanie podstawowych cegiełek wszechświata wewnątrz nowoczesnych reaktorów wygląda na szczyt prometejskiej pychy i próba uratowania klimatu energią jądrową byłaby dla nich jak gaszenie pożaru benzyną. Z podobnych przyczyn ruch zielonych od lat zaciekle walczy przeciwko genetycznie modyfikowanym organizmom (GMO), mimo że także ta technologia ma liczne, obiecujące zastosowania zarówno dla łagodzenia emisji, jak przystosowywania się do globalnego ocieplenia, włącznie z odpornością na suszę, wyższymi plonami, możliwością uprawiania ziemi bez orki i redukowania użycia pestycydów. Ale manipulowanie DNA jest równoznaczne z „odgrywaniem roli Boga” i dlatego niedozwolone. Wygląda na to, że to samo powtarza się teraz z sekwestracją dwutlenku węgla, rodzącą się technologią do wychwytywania CO2 z powietrza emitowanego przez elektrownie zasilane paliwami kopalnymi oraz przez przemysł ciężki. Greenpeace już od ręki odrzucił tę technologię, zasadniczo dlatego, że widzą ją jako wygodną wymówkę do zachowania status quo i kontynuowania z „kapitalistycznym ekstraktywizmem”. Oczekuje się, że grzesznicy klimatyczni okażą skruchę i zmienią zachowanie zamiast wymyślać wyszukane techno-utopijne plany, by uratować swoją skórę i pozwolić światu na dalsze spalanie paliw kopalnych.   


Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że największymi przeszkodami do skutecznej polityki klimatycznej nie są klimatyczni ”sceptycy”, którzy uparcie zaprzeczają, że w ogóle istnieje problem, ale aktywiści, którzy mogą zaakceptować jedynie niewydarzone „rozwiązania”,  pasujące do wyznawanej przez nich ideologii. (Lub, co gorsza, którzy używają zmiany klimatycznej jedynie jako pałki do bicia prawdziwego wroga, a mianowicie kapitalizmu.) Mogą jeszcze pożałować tej postawy. Jeśli będziemy tylko grzebać nieco na marginesach i odrzucać rzeczywiście skuteczne rozwiązania klimatyczne jako „pychę”, możemy w końcu zostać zmuszeni do posunięć, które będą naprawdę jeszcze bardziej drastyczne.


Czy wiecie, że istnieje już dowiedziona metoda skręcenia w dół termostatu ziemi? Oto jak działa: spryskujesz stratosferę znaczącymi ilościami cząstek siarczanu, który odbije pewną część nadchodzącego światła słonecznego, ochładzając w ten sposób całą planetę. Witajcie w świecie geoinżynierii i sztucznego zarządzania naszą planetą. Ta technologia rozpylania w stratosferze nie jest nawet fantastyką naukową, bo to właśnie od milionów lat robią (od czasu do czasu) wulkany. Wystarczająco duży wybuch odbije tak dużo światła słonecznego, że planeta wejdzie w nową epokę lodową. Problemem z „odgrywaniem roli wulkanu” nie jest to, że jest to zbyt kosztowne, ale że może być przerażająco tanie. Jeśli masz parę miliardów dolarów na zbyciu, możesz sam zacząć geoinżynierię, a ten koszt to drobiazg w porównaniu do innych kroków klimatycznych.


Naturalnie, odbijanie światła słonecznego nie jest strukturalnym rozwiązaniem naszego kryzysu klimatycznego. Na początek: nie robi niczego, by naprawić sytuację zakwaszania naszych oceanów, co jest bezpośrednio związane z poziomami CO2. Aby to działało musimy ciągle prowadzić rozpylanie, rok po roku, aż usuniemy nadmiar gazów cieplarnianych z atmosfery, bo inaczej globalne ocieplenie powróci z jeszcze większą prędkością niż obserwujemy dzisiaj. Trudno także przewidzieć lokalne skutki na pogodę i wzór opadów deszczowych, a z siarczanem możemy dostać paskudne skutki uboczne, takie jak kwaśny deszcz.  


Do niedawna publiczna dyskusja o planach geoinżynierii była niewymawialnym tabu, ale to może wkrótce się zmienić. Harvard University już rozpoczął Solar Engineering Research Program, gdzie naukowcy obecnie dokonują na małą skalę eksperymentów na świeżym powietrzu, by przetestować mechanizm. W książce Facing Gaia francuski autor, Bruno Latour— postmodernistyczny krytyk nauki, który znalazł drugie powołanie jako aktywista klimatyczny – pisze, że ludzie uważają, że geoinżynierię należy włożyć w „kaftan bezpieczeństwa” zanim zrobią jakieś głupie rzeczy. Ci jednak, którzy wzdragają się na technologiczne deus ex machina, jak zarządzanie promieniowaniem słonecznym, powinni pamiętać, że jeśli w ciągu następnych dwudziestu lat nie zastosujemy jakiegoś ambitnego rozwiązania, możemy nie mieć innych opcji i możemy pozostać tylko z tym hamulcem bezpieczeństwa. W niedawnej książce o zmianie klimatycznej filozof Jonathan Symons wyobraża sobie przyszłość, w które koalicja rozwijających się krajów – co do których wszyscy zgadzają się, że zostaną najciężej dotknięte przez zmianę klimatyczną – decyduje się na rozpoczęcie zarządzania promieniowaniem słonecznym za zgodą reszty świata, lub bez takiej zgody. Żaden kaftan bezpieczeństwa ich wówczas nie powstrzyma. Jeśli bogate, uprzemysłowione kraje nie dostarczyły w porę lepszego rozwiązania, jakie mamy prawo moralne przeszkodzić rozwijającym się krajom w zastosowaniu drastycznych metod?   


Paliwa kopalne były (a w rozwijających się krajach nadal są) wspaniałą drabiną w historii ludzkiego postępu. Obecnie jednak pora na odkopnięcie tej drabiny spod naszych stóp. Zadanie takich rozmiarów wymaga nie skromności i pokory, ale szerokości spojrzenia i odwagi. Jak napisał działacz ochrony środowiska Mark Lynas: “Na tym późnym etapie fałszywa pokora jest większym, bezpośrednim niebezpieczeństwem niż pycha”. Pewne zmniejszenie podróży i konsumpcji będzie niezbędne, ale zdecydowanie niewystarczające. Niezależnie od tego, co robimy, globalny popyt na energię będzie rósł w przewidywalnej przyszłości. Jeśli kraje uprzemysłowione rzeczywiście chcą stanowić o różnicy, powinny przestać obsesyjnie koncentrować się na własnej krótkoterminowej redukcji emisji i zamiast tego radykalnie zwiększyć budżety na badania i rozwój innowacji w dziedzinie czystej energii. Jeśli chcesz mieć osobisty wkład, może dać datek na Clean Energy Innovation Program w ITIF, który według organizacji Effective Altruism Let’s Fund, jest obecnie najbardziej skutecznym sposobem walki ze zmianą klimatu. Przekazywanie pieniędzy na takie programy będzie miało znacznie większy wpływ niż jakiekolwiek zmiany stylu życia, jakie możesz rozważać.


To jest proste: albo znajdziemy jakieś technologiczne rozwiązanie na nasz problem klimatyczny, albo go w ogóle nie rozwiążemy. Ludzie w rozwijającym się świecie pilnie potrzebują swojej rewolucji przemysłowej (choćby po to, by chroniła ich przed konsekwencjami zmiany klimatycznej), ale tym razem nie powinna być ona napędzana paliwami kopalnymi, jak ta, którą mieliśmy my przez ostatnie dwa stulecia. Jeśli nie chcemy, by inne kraje spalały te biliony ton węgla i ropy naftowej, które nadal są pod ziemią, to musimy stworzyć technologiczne alternatywy, które są tańsze i zanieczyszczają mniej, ale są co najmniej równie niezawodne, a potem oferować im je za darmo. 


Sądzę, że możemy to osiągnąć, jeśli się na tym skupimy. Nie będzie to pierwszy raz, kiedy ludzka pomysłowość rozwiązała problem, który ludzka pomysłowość najpierw stworzyła (patrz: dziura w warstwie ozonowej). W tym wyjątkowym momencie w historii naszej planety mamy gatunek, który jest wystarczająco inteligentny, by dbać o inne gatunki i utrzymać ekosystem w stanie równowagi. Cokolwiek może twierdzić papież, nie ma „wyższej instancji od nas” i bylibyśmy nierozsądni licząc na istnienie takiej instancji. Homo sapiens jest bez porównania najwyższą formą inteligencji w tym odległym zakątku kosmosu. No cóż: noblesse oblige. Słowami Stewarta Branta, jednego z ojców założycieli ruchu ochrony środowiska: „Jesteśmy jak bogowie i musimy być w tym dobrzy”.  I najlepiej byśmy nie byli rodzajem biblijnego Boga, który zmiata swoje stworzenie potopem, ale odpowiedzialnymi i inteligentnymi bogami, którzy są dobrymi zarządcami planety. Do tego, by to osiągnąć, musimy jednak pokazać zdrową ambicję i odrzucić pęta ideologii.

 

False Humility Will Not Save the Planet

Quillette, 2 stycznia 2020

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Maarten Boudry

 

Belgijski filozof nauki, wykładowca na Ghent University. Jego najnowsza książka Science Unlimited? On the Challenges of Scientism, została napisana wspólnie Massimo Pigliucci. Boundry jest autorem ponad 40 publikacji naukowych, jest również autorem kilku popularnonaukowych książek traktujących głównie o krytycznym myśleniu, iluzjach i postępie moralnym.    

(0)
Listy z naszego sadu
Chief editor: Hili
Webmaster:: Andrzej Koraszewski
Collaborators: Jacek Chudziński, Hili, Malgorzata Koraszewska, Andrzej Koraszewski, Marcin Kruk, Henryk Rubinstein
Go to web version