Bezradność Zachodu wobec nienawiści

Photo: LOU BENOIST / AFP
Australia zaczęła mówić głośno i nie jest to figura retoryczna ani emocjonalny odruch po tragedii, lecz fakt polityczny, który trudno już zignorować. Po zamachu w Sydney padły słowa, których przez lata w zachodnich demokracjach unikano, jakby same w sobie były zagrożeniem, że antysemityzm nie jest ani "emocją", ani "krzykiem ulicy", ani wygodnym "językowym znieczuleniem", lecz realnym problemem bezpieczeństwa; że państwo nie istnieje po to, by współżyć z nienawiścią, ale po to, by ją zatrzymywać; że wiza nie jest prawem człowieka, lecz decyzją administracyjną, która może, a czasem musi, zostać cofnięta.

Australia mówi dziś o zaostrzeniach prawa, o sankcjach, o cofnięciach wiz i o kontroli tego, kto przekracza granice z ideologicznym bagażem przemocy. Nie są to jeszcze gotowe ustawy, raczej moment przejścia, w którym wieloletnie udawanie ustępuje miejsca projektom, ale sama zmiana języka stanowi już przełom, bo przez dekady Zachód wmawiał sobie, że antysemityzm jest problemem edukacyjnym, do załatwienia dialogiem i warsztatami, podczas gdy w rzeczywistości okazał się problemem granic, wiz i bezpieczeństwa państwa.


Na tym tle Stany Zjednoczone jawią się jako jedyny kraj Zachodu, który przestał kluczyć i przeniósł tradycyjną debatę z poziomu deklaracji na poziom praktyki. Ameryka nie próbuje regulować mowy nienawiści europejską kazuistyką ani moralnymi zaklęciami, lecz sięga po narzędzia administracyjne i mówi wprost, że nie ma obowiązku nikogo wpuszczać. Osoby publicznie gloryfikujące terror, nawołujące do przemocy wobec Żydów, wspierające organizacje terrorystyczne albo konsekwentnie produkujące treści odczytywane przez służby bezpieczeństwa jako sygnał alarmowy, mogą nie otrzymać wizy albo ją stracić. I dobrze, ponieważ to prawo przywraca elementarną logikę państwa, zgodnie z którą wolność słowa chroni obywateli, lecz nie stanowi biletu wstępu dla cudzoziemców pragnących korzystać z infrastruktury demokracji, jednocześnie ją podpalając, ideologicznie albo dosłownie.


Europa patrzy na to z mieszaniną fascynacji, lęku i złej wiary, choć Niemcy wyraźnie odstają od reszty kontynentu. Tam antysemityzm od lat nie jest traktowany jak problem obyczajowy czy temat do debat panelowych, lecz jako zagrożenie dla porządku konstytucyjnego. Niemieckie prawo karne i regulacje dotyczące internetu należą do najsurowszych w Europie, a państwo przynajmniej próbuje reagować wcześniej, zanim nienawiść przełoży się na przemoc. To nie znaczy, że problem zniknął, ale oznacza jedno: w Niemczech nikt nie udaje, że chodzi tylko o "emocje ulicy".


We Francji temat krąży nerwowo wokół pojęć porządku publicznego i radykalizacji, sparaliżowany strachem przed ulicą, trybunałami i własnym cieniem. Wielka Brytania buduje precedensy po cichu i technokratycznie, jakby wstydziła się własnej determinacji; Kanada debatuje, powołuje komisje i grzęźnie w ideologii; Unia Europejska produkuje strategie, raporty i plany działań, imponujące objętością i elegancją, a jednocześnie zaskakująco nieskuteczne w ochronie realnych ludzi. Najpoważniejszy problem zaczyna się jednak w momencie, gdy nienawiść wychodzi od własnych obywateli, bo o ile z cudzoziemcem sprawa jest administracyjnie prosta, o tyle z obywatelem już nie, co sprawia, że Zachód od lat udaje, iż tej granicy nie trzeba stawiać, aż do chwili, gdy pojawia się krew. I wreszcie internet, największa strefa kapitulacji państw, w której antysemityzm funkcjonuje najdłużej i najbezpieczniej, przebrany za ironię, analizę polityczną albo rzekomy "antysyjonizm". Regulacje istnieją głównie na papierze – w praktyce działają opieszale i wybiórczo, a osoba prywatna zgłaszająca treści antysemickie pozostaje najsłabszym ogniwem systemu, ponieważ jej zgłoszenia giną w kolejkach albo wracają po miesiącach z automatyczną odpowiedzią, że "nie naruszają standardów". Platformy reagują szybko wyłącznie pod presją masową lub polityczną, stąd mechanizm zaufanych sygnalistów, który jest niczym innym jak przyznaniem, że samoregulacja była fikcją, choć i to pozostaje półśrodkiem.


Bez realnej odpowiedzialności platform i bez odwagi państw internet pozostanie fabryką nienawiści z alibi, a bezradność wobec niej — umówmy się — nigdy nie kończy się dobrze, za to zawsze kończy się tak samo, minutą ciszy, kolejnym raportem i zapewnieniem, że tym razem "nikt nie mógł tego przewidzieć".


Źródła:

https://www.ft.com/.../7d0cbfcb-fa69-482d-a301-77932173234d

https://www.abc.net.au/.../albanese-announces.../106157020

https://www.scmp.com/.../australia-pushes-tougher-hate...

https://www.thenationalnews.com/.../australia-to.../

https://www.theguardian.com/.../social-media-companies...

https://www.theguardian.com/.../peak-jewish-body-anthony...

https://www.theaustralian.com.au/.../b62d81c1defd3185ce2c...

https://www.reddit.com/.../albanese_announces_tougher.../

https://en.wikipedia.org/wiki/Network_Enforcement_Act

https://www.hrw.org/.../14/germany-flawed-social-media-law

 

Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.

(1)
Listy z naszego sadu
Chief editor: Hili
Webmaster:: Andrzej Koraszewski
Collaborators: Jacek Chudziński, Hili, Małgorzata Koraszewska, Andrzej Koraszewski, Henryk Rubinstein
Go to web version