Kto dostrzeże grozę wzrostu cen żywności?


Andrzej Koraszewski 2022-03-18

fot. Twitter.com/Khorobryy Kyyiv fot. Twitter.com/Khorobryy Kyyiv
fot. Twitter.com/Khorobryy Kyyiv fot. Twitter.com/Khorobryy Kyyiv

Będę pisał głośno i powoli. Żyjemy w czasach niepewności, jednak dramatyczny i długotrwały wzrost cen energii jest więcej niż tylko prawdopodobny. Świadomość kosztów składowych produkcji żywności jest ograniczona nie tylko wśród bywalców literackich kawiarni, nie tylko w redakcjach wielkich pism i mediów elektronicznych, ale wydaje się być przerażająco niska wśród decydentów, z kolejnymi ministrami rolnictwa włącznie. Środki ochrony roślin, nawozy, paliwo, ogrzewanie, maszyny, woda. To wszystko drożało dramatycznie jeszcze przed wojną. Teraz jednak perspektywa dalszego wzrostu cen wszystkiego, co do produkcji żywności jest niezbędne, powinna prowadzić do natychmiastowej debaty o konieczności generalnej zmiany dotychczasowej polityki rolnej.

Politycy, którzy już dziś nie zadbają o bezpieczeństwo żywnościowe, popełnią zbrodnię przeciwko swojemu narodowi. Czy jest jakakolwiek możliwość ograniczenia wzrostu kosztów produkcji żywności? Przejście na uprawy roślin GMO zmniejsza liczbę oprysków często z kilkunastu do kilku. Czyli mamy tu radykalny spadek nakładów na środki chemiczne, paliwo i wodę. Równocześnie wzrost wydajności z hektara nie tylko zwiększa dochody rolnika, ale pozwala przyhamować wzrost cen samej żywności.

 

GMO to technologia pod wszystkimi względami sprawdzona, gotowa do użytku, której na drodze stoją tylko fanaberie intelektualnych modnisiów płci obojga, którzy z reguły nie mają zielonego pojęcia o czym rozprawiają.

 

Amerykański biolog Peter Davies odwiedził Ukrainę w roku 2011, gdzie, jak jak pisze, GMO jest zakazane. Społeczna opinia jest tak bardzo przeciwna GMO, że nawet plastikowe butelki z wodą mineralną mają na etykietkach zapewnienie ‘Bez GMO’!„ 

                      

Przed wykładem dla niewielkiej grupy zainteresowanych, gdzie był ukraiński minister rolnictwa i ludzie z kilku organizacji zrzeszających rolników, wybuchła głośna sprzeczka między ministrem a jednym z obecnych rolników.

Mój tłumacz szeptał mi do ucha co się dzieje. Farmer mówił: “Wiecie, że my wszyscy uprawiamy GMO (podobno głównie odporne na glifosat rośliny uprawne z glifosatem importowanym z Chin), dlaczego więc nie dajecie aprobaty na GMO?”

“Tak, tak - powiedział minister – wiemy, ale społeczeństwo jest przeciwko temu, więc oficjalnie musimy zakazywać!”

Zapewne chodziło głównie o plantatorów kukurydzy, amerykański biolog nie dowiedział się, gdzie był wtedy w Ukrainie czarny rynek nasion GMO, ale przez kolejne lata nic się nie zmieniło.

 

Dziś, w związku z wojną, nie tylko stoimy w obliczu długotrwałego wzrostu cen paliw, zagrożenia dostaw energii elektrycznej, dramatycznego wzrostu kosztów produkcji żywności, ale i groźnych niedoborów pszenicy. Ukraina zaopatrywała 11 % światowego rynku zbóż i 55% rynku oleju słonecznikowego. Co dziesiąty bochenek chleba był jak dotąd wypiekany z mąki z ukraińskiego ziarna. Co więcej, udział Rosji w światowym eksporcie pszenicy dochodził do 20 procent, więc nawet jeśli ich produkcja się nie skurczy, to zakup ich pszenicy (przynajmniej w Europie), będzie utrudniony. 

 

Krótko mówiąc, jedną z poważniejszych konsekwencji tej wojny będą wielkie i prawdopodobnie długotrwale problemy z produkcją i zaopatrzeniem świata w żywność. Wielu podejrzewa, że najmocniej uderzy to w Afrykę, gdzie już wcześniej zauważono, że zatroskani bywalcy europejskich kawiarni stanowią egzystencjalne zagrożenie dla afrykańskiej żywnościowej samowystarczalności.

 

Od lat śledzimy boje afrykańskich naukowców i polityków o pogodzenie afrykańskiego rolnictwa z nauką i przestawienie go na nowoczesność. Te kontakty dały o sobie znać w ostatnich dniach, ponieważ zaprzyjaźniony dziennikarz naukowy z Ugandy, który od lat przekonuje rządy swojego i sąsiednich krajów do pełnego zaakceptowania technologii GMO, napisał do nas, że jego pracujący od 17 lat na uniwersytecie w Charkowie siostrzeniec, wylądował  z ukraińską żoną i córką w Poznaniu.

 

Nasz wirtualny przyjaciel z Ugandy (i jego towarzysze walki o nowoczesne rolnictwo) zabiegali najpierw przez lata o ustawę o biobezpieczeństwie, która uwzględniałaby informacje nauki o bezpieczeństwie sprawdzonych roślin GMO, jak również zmieniłaby zasady wprowadzania nowych odmian roślin GMO. W kilku krajach afrykańskich udało się pozyskać dla tej sprawy ministrów rolnictwa i innych polityków włącznie z premierami. Kiedy wreszcie rząd Ugandy zatwierdził Ustawę o Biobezpieczeństwie, tamtejsi aktywiści, z pomocą europejskich mądrali, zaczęli przekonywać, że jeśli potrzebna jest ustawa o żywnościowym bezpieczeństwie, to mamy dowód, że żywność GMO jest niebezpieczna.


Jak pisał w 2019 roku nasz przyjaciel:

To rozdmuchiwane zatroskanie o bezpieczeństwo utrzymuje się, mimo zapewnień naukowców i instytucji naukowych na całym świecie, iż znajdująca się na rynku  żywność GMO jest całkowicie bezpieczna zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt. Równocześnie areał upraw GMO systematycznie wzrasta. Jak informuje raport za rok 2017 International Service for the Acquisition of Agri-biotech Applications (ISAAA) rośliny GMO są uprawiane globalnie na 190 milionach hektarów. […] Obłąkani aktywiści sieją strach, żeby nie pozwolić rolnikom na uprawianie bezpiecznych roślin, blokując ich wprowadzenie przez żądania absurdalnie rygorystycznych testów i prób. Tymczasem biochemia pozwala na tworzenie odmian mniej toksycznych, wymagających mniej oprysków, dających znacząco większe plony.

W chwili obecnej zaledwie 13 genetycznie modyfikowanych roślin jest masowo uprawianych w krajach wolnych i częściowo wolnych od obłędu anty-GMO. Wśród tych roślin GMO szczególne miejsce zajmuje kukurydza tak ważna w produkcji pasz dla bydła. Tylko pięć – wspięga wężowata, papaja, fasola pinto, banany i ryż – to podstawowa żywność, której bardziej wydajne odmiany GMO są nadal zepchnięte do niszy z powodu absurdalnych biurokratycznych przeszkód wymuszonych przez panikarzy.

 

Jak pisała amerykańska badaczka zajmująca się głównie rolnictwem w Afryce:

Debata o GMO napędzana głównie przez źle poinformowaną lub próżniaczą opozycję ze strony dobrze odżywionych mieszkańców Zachodu, jest zamknięta. W świecie dręczonym przez mutującego wirusa i rosnące temperatury, działania i odpowiedzi znaczą więcej niż opinie i retoryka. Rozmowy, jakich potrzebujemy teraz, dotyczą rozszerzenia dostępu do narzędzi biotechnologii. Mówiąc prosto, farmerzy potrzebują dostępu do ulepszonych nasion, a młodzi naukowcy potrzebują dostępu do innowacyjnych narzędzi.

Sprawa kosztów produkcji rolnej nie była jeszcze wówczas argumentem numer jeden. Dziś otrzeźwieć powinni wreszcie nawet zajmujący się zmasowaną dezinformacją wielbiciele „natury”. Do wcześniejszych powodów zmiany polityki rolnej obok zmian klimatycznych, wirusów niszczących plony, spraw środowiskowych związanych z redukcją pestycydów, większych zarobków drobnych rolników, dochodzi sprawa wzrostu kosztów produkcji rolnej, nieuniknionego znacznego wzrostu cen żywności, a w mniej rozwiniętych krajach niż Polska, głodu o trudnych do przewidzenia proporcjach.


Swego rodzaju szczęściem w nieszczęściu są dziś dobrze już rozwinięte nowe technologie edytowania genów, które pozwalają na szybkie tworzenie nowych odmian roślin, bardziej odpornych na wirusy, bardziej wydajnych, wymagających mniej oprysków, a nawet z bardziej korzystną fotosyntezą. Ta technologia jest jak magiczna różdżka pozwalająca nakarmić miliony ludzi przy zmniejszonym zapotrzebowaniu na paliwa kopalne. Afrykańscy naukowcy i popularyzatorzy zwracając uwagę na to, że metoda CRISPR, która pozwala na tworzenie nowych lepszych odmian roślin bez konieczności wprowadzania do genomu genów z zewnątrz, nie powinna być łączona z GMO. Jest to trochę jak mówienie pani Godek, że tabletka wczesnoporonna to nie aborcja.                         


Kaja Godek wydrukowała 200 tysięcy ulotek skierowanych do ukraińskich uchodźczyń z „informacją” że aborcja jest gorsza niż wojna. Kaja Godek święcie wierzy w swoje brednie, popełnia zbrodnię z głupoty, nie jestem jednak przekonany, czy jej zbrodnia jest większa niż zbrodnia fanatyków walczących z nowoczesnością w rolnictwie.


Czy ktoś jednak usłyszy, czy  jest najmniejsza szansa, że grupa rozumiejących przedstawiony tu problem dziennikarzy stworzy jakąś grupę nacisku? Czy coś dotrze do redaktorów naczelnych mediów głównego nurtu? Czy są w Polsce politycy gotowi do podjęcia tej sprawy w gremiach decydentów?


Nie wiem i nie mogę tego wiedzieć. Mogę tylko krzyczeć, że liczy się każdy dzień, że niezależnie od wyników tej strasznej wojny, stoimy przed problemem bezpieczeństwa żywnościowego. Tu w Polsce i wszędzie indziej.