Dlaczego nauki i religii nie można ze sobą pogodzić


Andrzej Koraszewski 2020-07-05

Jerry A. Coyne: Wiara vs. fakty. Dlaczego nauki i religii nie można ze sobą pogodzić. Wydawnictwo „Stapis”, przekład Monika Stogowska-Woszczyk.  

Jerry A. Coyne: Wiara vs. fakty. Dlaczego nauki i religii nie można ze sobą pogodzić. Wydawnictwo „Stapis”, przekład Monika Stogowska-Woszczyk.  



Właśnie dostałem książkę, napisaną przez przyjaciela, przetłumaczoną na język polski przez przyjaciółkę, wydaną po polsku przez innego przyjaciela i zadedykowaną mojej żonie i mnie oraz naszej kotce Hili. Z oczywistych względów nie będzie to recenzja krytyczna.

Jerry A. Coyne jest biologiem, wybitnym specjalistą od specjacji, czyli rozchodzenia się gatunków, jest autorem fascynującej książki Ewolucja jest faktem, należy również do grona tak zwanych nowych ateistów i tym razem koncentruje swoją uwagę na rozejściu się dwóch gatunków naszego poznania: religii i nauki, z których jeden od samego początku utknął w ślepym zaułku. Przed przedmową znajdujemy obszerny cytat Roberta Greena Ingersolla. Ingersoll przypomina, że „kiedy światem rządziła teologia, większość ludzi mieszkała w chatach i chałupach, a nieliczni w pałacach. […] obecnie średnio sytuowani ludzie korzystają z większej liczby udogodnień i luksusów niż książęta i królowie w czasach kiedy rządziła religia. […] te błogosławieństwa nie spadły jednak z nieba.”


Istotnie mielibyśmy poważny kłopot, żeby wymienić dobrodziejstwa religii, wskazać jak wiele narodów religia wyciągnęła z biedy,  kogo uleczyła, jakie zlikwidowała choroby.

 

Dlaczego naukowiec bierze się za bary z teologią? Jerry Coyne stwierdza, że zgodne współżycie nauki i religii jest złudzeniem, że toczy się między nimi nieustająca wojna o rozumienie otaczającej nas rzeczywistości, o to, w jaki sposób dociekać, czy coś jest prawdziwe, czy nie.     

 

Debata nauka vs. religia to tylko jedna z bitew w wojnie między racjonalnością a przesądem, bo też przesąd nie musi być religijny, a irracjonalizm trzyma się dobrze i bez religii.        

 

Zdaniem Coyne’a tym, co odróżnia „nowy ateizm” od starego ateizmu, to spostrzeżenie, że większość religii jest zakorzeniona w tezach, które można postrzegać jako naukowe. Innymi słowy, że filary religii to hipotezy, które możemy badać za pomocą nauki i rozumu. Czyli, że jeśli nie daje się ich poprzeć mocnymi dowodami, to można je odrzucić.  Fakt, że autor jest biologiem ewolucyjnym, ma tu istotne znaczenie, bowiem dziś konflikt między nauką i religią to głównie spór o pochodzenie życia, bioróżnorodności, o powstanie naszego gatunku i definicję człowieka. Kreacjonizm w jego biblijnej postaci, jak i jego różne złagodzone wersje, jest czymś, z czego religie nie mogą zrezygnować.     

 

Niektóre rodzaje religijności mogą być tak rozwodnione, że trudno tych wierzących odróżnić od agnostyków. Dla Coyne’a istotne są jednak główne i najbardziej wpływowe nurty religii abrahamowych, a w szczególności chrześcijaństwo, bowiem tu widzimy główne starcie między nauką i religią.

 

Fundamentalna sprzeczność między nauką i religią nie oznacza, że wszyscy wierzący odrzucają naukę lub, że odrzucają ją zawsze i wszędzie. Co jest istotne, to, że nauka pozwala przewidywać, religia nie daje takich możliwości; badania naukowe kumulują wiedzę i przy mocnych dowodach prowadzą do konsensusu, a wdrażane jako technika i technologia prowadzą do rozwiązań ułatwiających życie; spory religijne albo są rozstrzygane siłą, albo prowadzą do rozłamów. W teologii nie ma postępu (chociaż czasem obserwujemy ustępstwa na rzecz świeckiego humanizmu).  

 

Prawdziwa szkodliwość akomodacjonizmu, czyli chowania pod dywan sprzeczności między wiarą i nauką, wynika z faktu, że religie osłabiają nasz zmysł rozsądku, promując całkowicie bezużyteczne metody dochodzenia do prawdy. Wdrażanie od najwcześniejszych lat do naukowego poznawania otaczającego nas świata nie tylko nie pozbawia nas ani wrażliwości moralnej, ani wrażliwości na piękno, ale w sferze moralnej pozwala zastąpić pustosłowie działaniem skutecznym, a w sferze estetyki niesamowicie rozszerzyć nasze możliwości dostrzegania piękna.            

 

Konflikt między nauką i religią trwa od zarania dziejów, religia zawsze próbowała podporządkować sobie naukę, korzystać z jej odkryć i blokować wszystko, co mogłoby w najmniejszym stopniu podważać religijne dogmaty lub ograniczać władzę religijnych instytucji. Z kolei ludzie nauki próbowali wyrwać się spod nadzoru religii. Ten konflikt przybrał na sile, kiedy religie były u szczytu swojej władzy, a nauka zaczęła być zorganizowaną dziedziną działalności.

 

Antagonizm narasta od czasu przewrotu kopernikańskiego, ale nabrał szczególnej siły po publikacji dzieła Charlesa Darwina O pochodzeniu gatunków w drodze doboru naturalnego.


O samym konflikcie stosunkowo rzadko pisano otwarcie. Jerry Coyne wskazuje na swoich amerykańskich poprzedników, na wydaną w 1875 roku książkę Johna Williama Drapera Dzieje stosunku wiary do rozumu i wydaną ponad dwadzieścia lat później Historię wojny nauki z teologią w świecie chrześcijańskim Andrew Dicksona White’a. Ten ostatni próbował przekonywać, że nie jest to konflikt między nauką a religią, a konflikt między nauką a „dogmatyczną teologią” (co trochę przypomina list Kopernika do papieża, Pawła III, w którym prosił papieża o wsparcie przekonując, że jego teoria jest zgodna z rozumem i matematyką, więc tak  światły człowiek jak papież, powinien ją poprzeć. Ten list zaczynał się tak: ”Wiem ja dobrze, Ojcze Święty, iż skoro tylko niektórzy się dowiedzą, że ja w dziele mojem o obrotach ciał niebieskich, przyznaję kuli ziemskiej pewne biegi, zaraz oni na mnie powstaną i potępią to moje zdanie.”)

 

Wielu ludzi wierzących, ale również liczni niewierzący naukowcy wychodzili i nadal wychodzą z założenia, że lepiej lać oliwę na wzburzone fale i udawać, że nic się nie dzieje, niż budzić niepokoje jasnym stawianiem sprawy. Jerry Coyne pisze, że rozbieżność między religią i nauką polega na różnicach w metodologii i filozofii odkrywania prawdy o świecie, a w efekcie w wynikach tych poszukiwań.                            

Udawanie, że problem nie istnieje, niczego nie rozwiązuje. Podczas gdy zdecydowana większość naukowców po prostu odrzuca religię, lwia część reszty społeczeństwa pozostaje w kleszczach teologii i jest popychana w kierunku nieufności do nauki. Kościół katolicki stanowczo zaprzecza, że istnieje jakikolwiek konflikt, ale wpajanie podejrzliwości do nauki możemy zaobserwować w nauczaniu od przedszkola poprzez wszystkie szczeble szkoły i szkolnictwa wyższego. Kościół nie tylko ingeruje w nauczanie, ale próbuje również wpływać na programy badawcze, a w szczególności na ich finansowanie przez państwo.

 

Czym jest nauka? Zdaniem Coyne’a, to przede wszystkim metoda, nieustanne kwestionowanie i sprawdzanie nagromadzonej wiedzy, to nieustanne badanie, odrzucanie lub potwierdzanie hipotetycznych odpowiedzi na nasze pytania. Stare powiedzenie głosi, że w nauce, jeśli teoria nie zgadza się z faktami, mówimy: myliłem się i odrzucamy teorię, w teologii, jeśli jakaś teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów. Coyne przywołuje słownikową definicję faktu jako czegoś „co zdarzyło się naprawdę  lub jest prawdą; coś, co na pewno ma daną naturę; konkretna prawda, o której wiadomo z obserwacji lub autentycznego świadectwa, w przeciwieństwie do tego, co jest jedynie wnioskowane, lub oparte na domysłach czy fikcji; dane z doświadczenia, w odróżnieniu od konkluzji z nich wyciąganych”.

 

Książka nosi tytuł Wiara vs. fakty, bowiem nauka jest nieustanną walką o wierność wobec faktów, podczas gdy religia jest nieustanym podtrzymywaniem fikcji.      

 

Na ponad 300 stronach autor śledzi jak ten konflikt ujawnia się w codziennym życiu, na ile hamuje rozwój nauki, na jakich frontach toczą się walki, a gdzie widzimy pozory pokojowej koegzystencji. Nie jest prawdą, że religia odrzuca wszelką naukę, odrzuca jednak samą zasadę sprawdzania wszystkiego pod kątem zgodności z faktami. 


Odejście od wiary i przygoda z nauką to nie tylko przygoda intelektualna. Kończąc swoją analizę tego wielkiego cywilizacyjnego konfliktu Jerry Coyne pisze:

„Dla wielu osób przejście od religii do niewiary i od wiary do racjonalizmu  jest przebudzeniem. Choć to przebudzenie może nieść za sobą poczucie wolności i samostanowienia, czasem jego katalizatorem  jest tragedia, a towarzyszy mu żal, że spędziło się życie w służbie zabobonom.”

Autor przywołuje  historię człowieka, który żyjąc w sekcie chrześcijańskiej odrzucającej opiekę medyczną stracił dwóch synów, którzy prawdopodobnie mogliby żyć, gdyby rodzili się pod opieką lekarzy. Porzucił religię w poczuciu winy, uświadamiając sobie, że dopiero po porzuceniu religii zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, jak wiele straszliwego zła niesie zabobonny irracjonalizm.

 

Czytałem tę książkę kiedy wyszła w języku angielskim, więc teraz przeglądałem ją raczej, zastanawiając się jak zostanie przyjęta przez polskich czytelników. Jeszcze kilka lat temu książki „nowych ateistów” rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Wydaje się, że obecnie rynek siadł, a jednak mam wrażenie, że liczba skłonnych do pogłębiania swojej niewiary rośnie, więc chętnym polecam, a tych, którym ta książka przypadnie do gustu pokornie proszę o polecanie jej dalej, by wieść szła między nami czytaczami. (Dodam, że książka jest naprawdę świetnie przełożona przez Monikę Stogowską-Woszczyk.)  

 

Książka po części pisana była w Dobrzyniu nad Wisłą więc załączam zdjęcie Autora jak w trakcie pisania łapie fakty za ogon.