Geneza i paradoksy teizmu (II)

Młody Mojżesz na spotkaniu z Bogiem wyglądającym z płonącego krzaka.  (Źródło: Christianitas, autor nieznany.)
Następnym zagadnieniem ściśle powiązanym z wcześniejszą argumentacją, jest Bóg osobowy teizmu. Popularnie uważa się, iż nikt, nigdy Boga nie widział (o czym również w paru miejscach twierdzi Biblia), jednak to nieprawda. Otóż w tej samej księdze napisano: „Wstąpił Mojżesz wraz z Aaronem, Nadabem, Abichu i siedemdziesięciu starszymi Izraela. Ujrzeli Boga Izraela, a pod jego stopami jakby jakieś dzieło z szafirowych kamieni, świecących jak samo niebo. Na wybranych Izraelitów nie podniósł On swej ręki, mogli przeto patrzeć na Boga. Potem jedli i pili" (Wj 24,9-11).

Widziało go zatem kilkadziesiąt osób (a konkretnie 74, chyba że doliczy się podwójne spotkanie Boga z Salomonem i z Hiobem, to będzie więcej) tyle, że nie zachował się z tego ważnego „wydarzenia" żaden opis naszego Stwórcy.

 

Skąd zatem wzięło się przekonanie o osobowym Bogu teizmu? (nie mam oczywiście na myśli Jezusa, który jako Bóg zaistniał dużo, dużo później w historii religii). Odpowiedzią jest mitologiczne i praktyczne myślenie ówczesnych kapłanów. Jak wynika z jednego z cytatów dotyczących mitologii, pierwotny człowiek wszystko oceniał podług siebie, a niepojęte aspekty rzeczywistości wyobrażał sobie poprzez analogie z tym, co już mu było dobrze znane. Więc świat nadprzyrodzony powstał dzięki wyobraźni ludzkiej, w odniesieniu do otaczającej nas rzeczywistości (antropomorfizm w połączeniu z antropocentryzmem).

                                                            ------ // ------

Z tej przyczyny, bogowie politeizmu nie różnili się w zasadzie niczym od ludzi; mieli podobne do nich upodobania, przywary i wady, byli kłótliwi i zazdrośni, a także podstępni i nieobliczalni. Uwielbiali ekstrawagancki seks i żarty ze śmiertelników. Tyle, że byli nieśmiertelni i zamieszkiwali niedostępne dla zwykłych „zjadaczy chleba" szczyty gór (np. Olimp). Jednym słowem; człowiek będąc osobą, nie był w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której jego Stwórca nie byłby także osobowym Bytem, podobnym do niego w wielu aspektach swej „boskości" (już starożytnym greckim myślicielom te wyraźne podobieństwa wydawały się podejrzanie dziwne). Jeśli przeanalizować cechy „charakteru" jakie wynikają z działania i zachowania Boga Jahwe, które są opisane w ST, to wyraźnie widać jak dokładnie Jego wizerunek był tworzony na podobieństwo i obraz człowieka, Jego prawdziwego stwórcy.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tego zagadnienia - praktyczny. Utrwalając w świadomości ludzi osobowy wizerunek Boga, kapłani mogli mu nadać takie cechy, które są charakterystyczne jedynie dla Bytu osobowego (antropomorfizm) np.: upodobanie do wąchania „miłej woni" dobywającej się wraz z dymem ze spalanych ofiar zwierzęcych, upodobanie do wyrafinowanych bogactw materialnych, oraz drogich kruszców i szlachetnych kamieni, jak i srebrnych monet, będących wtedy środkiem płatniczym. Jak i wielu innych cech, które można jedynie przypisać osobowemu Bytowi (jak np. to, że „przemawiał" do ludzi w ich języku), a nie abstrakcyjnej Istocie, nie wyobrażalnej nawet przy najlepszych chęciach.

 

Te wszystkie „boże cechy" przekładały się na konkretne rytuały, jak choćby najbardziej rozwinięty we wszystkich religiach i najbogatszy w przeróżne formy: rytuał składanej bogom ofiary. Jednym słowem: z wizerunku Boga osobowego kapłani odnosili o wiele więcej korzyści, niż z niewyobrażalnego, niezrozumiałego i abstrakcyjnego Bytu. Biorąc pod uwagę ludzkie skłonności wyrażane w mitycznym myśleniu o rzeczywistości, oraz daleko posuniętą przemyślność kapłanów w realizacji swoich egzystencjalnych potrzeb - Bóg człowieka musiał być Bytem osobowym, aby mogli zaakceptować go Jego prawdziwi twórcy, jak i wierzący w Niego zwykli ludzie. Dopiero wtedy można było bez zbytnich ceregieli i obawy, iż to komuś może wydawać się dziwne, „włożyć Bogu w usta" taką wypowiedź:

 

„Oto co nakazał Pan, mówiąc: „Dajcie z dóbr waszych daninę dla Pana". Każdy więc /../ winien złożyć /../ złoto, srebro, brąz, purpurę fioletową i czerwoną, karmazyn, bisior oraz sierść kozią, baranie skóry barwione na czerwono i skóry delfinów, oraz drzewo akacjowe /../ kamienie onyksowe i inne drogie kamienie /../" (Wj 35,5 - 10). Podobnych przykładów, gdzie Bóg bardziej dba o interes kapłanów, niż swój, jest dużo więcej. I tak np., wszędzie tam gdzie „zaleca" ludziom, aby nie pokazywali się przed Nim z próżnymi rękami (Wj 23,15 i 34,9), lub składali pokarm w formie ofiary spalanej (Kpł 21,6), mile drażniący Jego zmysł powonienia (Rdz 8,21), albo tam, gdzie Bóg każe płacić podatek od życia, przy okazji spisu ludności (Wj 30,11), lub ustanawia wykup od ślubów, spłacany Mu srebrnymi syklami, wg dokładnego cennika (Kpł 27,2 - 8) itd. itp.

                                                            ------ // ------

Znając prawdziwych twórców naszych bogów, nie musimy „zachodzić w głowę" po co Bogu te wszystkie bogactwa i inne rzeczy, niepotrzebne do niczego czystemu Duchowi, który według teologów „posiada całą pełnię bytowania, tzn. wszystkie możliwe doskonałości w stopniu nieskończonym", oraz „jest w sobie i z siebie najszczęśliwszy". Wiadomo od razu, że choć Bogu te kosztowności i bogactwa do niczego nie mogą się przydać, za to Jego kapłanom - jak najbardziej!

 

KAPŁANI TWÓRCAMI NASZYCH BOGÓW.

 

Z dotychczasowych rozważań wynika, że model religii, który wyewoluował z wcześniejszych jej form ma dobrze udokumentowane i uzasadnione przyczyny, sprowadzające się do ogólnej konkluzji, iż stwórcami i twórcami wszystkich dotychczasowych bogów człowieka są sami ludzie, a konkretnie kapłani czy teolodzy naszych religii. Powtarzam: wszystkich bogów jacy istnieli kiedykolwiek, jak i tych czczonych obecnie. Jeśli to prawda, to i w naszej religii (jak i w innych) powinny być obecne ślady ich ukrytej działalności, przejawiające się zazwyczaj w wewnętrznych sprzecznościach „prawd objawionych", braku ich spójności i braku logiki. Takich, których nie sposób wyjaśnić inaczej, jak tylko przyjętą powyżej tezą, a które dobitnie świadczą, iż tworzyli je ludzie powodowani konkretnymi potrzebami i okolicznościami. A zatem rozpatrzmy te główne prawdy religijne, posługując się wyżej podanym kluczem.

                                                            ------ // ------

Pierwszy epizod w religijnej „rzeczywistości", który odcisnął się głęboko na dalszej historii rodzaju ludzkiego to „upadek człowieka w raju” (przedstawiono to w Biblii, w Księdze Rodzaju). To z kolei zaowocowało skażeniem ludzkiej natury grzesznymi skłonnościami do czynienia zła i nieprawości, przechodzącymi „drogą rozrodu” na wszystkie następne pokolenia ludzi (a przy okazji na wszystkie boże stworzenia, wręcz na całe boże dzieło). Zostało to nazwane (przez św. Augustyna) grzechem pierworodnym. Od tego czasu ludzie są śmiertelni, rodzą się w bólach i umierają (przeważnie w cierpieniu) z grzeszną naturą, co wiąże się z poważnymi i uciążliwymi konsekwencjami, podczas ich krótkiej, ziemskiej egzystencji. To tyle jeśli chodzi o tę biblijną prawdę.

                                                           ------ // ------

Biorąc pod uwagę atrybuty Boga, należy sobie zadać parę ważnych pytań: Jak w ogóle mogło dojść do upadku pierwszych ludzi w raju w ich kontekście?! Bo tak: jeśli Bóg jest wszechmocny, to nic w Jego dziele nie może się dziać wbrew Jego woli! Jeśli do tego jest wszechwiedzący, to tym bardziej żadne Jego stworzenie nie może uczynić czegokolwiek, o czym by On nie wiedział wcześniej. Jeśli jest nieskończenie miłosierny, to powinien ludziom przebaczyć tę niesubordynację popełnioną w nieświadomości, a nie karać ich z bezwzględną surowością, która to kara ma objąć cały rodzaj ludzki i której konsekwencje są Mu doskonale znane. Jeśli jest doskonale sprawiedliwy, powinien uwzględnić kuszenie ludzi, przez Jego własne stworzenie - węża i powtórzyć w ostateczności tę zafałszowaną próbę, już bez udziału gada. Jeśli jest wszechobecny, to musiał być przy tym i widzieć jak wąż w perfidny sposób kusił Ewę, a jednak nic nie zrobił by temu zapobiec.

 

Jedyny zatem rozsądny wniosek jaki się nasuwa z powyższego rozumowania jest następujący: Bóg chciał aby wszystko odbyło się w taki właśnie sposób, bo taką miał koncepcję względem swych stworzeń - ludzi (potwierdza to św. Augustyn: „Bóg stwarza niebo i ziemię, bo chce, wola Boga jest ich przyczyną". Zatem Bóg chciał, aby tak to wyglądało jakby to sami ludzie zawinili, a nie ich Stwórca. A jeśli tak, to oznacza, że nie jest On ani miłosierny, ani sprawiedliwy (nb. te cechy wzajemnie się wykluczają: „miłosierdzie nie jest sprawiedliwe, sprawiedliwość nie jest miłosierna”), ani dobry, ani kochający ludzi, ani tym bardziej doskonały pod każdym względem.

                                                           ------ // ------

Czy można cokolwiek zarzucić logice tego rozumowania? Stwórca o nieskończonych i niczym nieograniczonych możliwościach, skazujący niejako swoje rozumne stworzenia na rozmnażanie się z grzeszną naturą, skażoną skłonnościami do czynienia zła i nieprawości, gdyż tak bardzo poczuł się dotknięty tym, że nie posłuchali Jego zakazu?! Tym samym skazujący wszystkie następne ich pokolenia (o zwierzętach i ich „łańcuchu pokarmowym” nie wspominając) na niewyobrażalne wręcz cierpienia i podłą egzystencję w okrutnym i złym świecie, pełnym bólu, przemocy, niezawinionych krzywd i strachu. Pokolenia, które z tą „winą" prarodziców nie miały absolutnie nic wspólnego, aby być winnymi i odpowiedzialnymi, poza tym, że rodzą się… ludźmi.

 

Jakby na to nie patrzeć (ale tylko z religijnego punktu widzenia) nasz Bóg popełnił w tym miejscu aktu kreacji największą głupotę z możliwych do wyobrażenia sobie: decyduje się na kontynuację swego dzieła z mocno ułomnych protoplastów ludzkości, choć w Jego mocy leżało takie pokierowanie biegiem wydarzeń, aby rodzaj ludzki miał doskonałych prarodziców. Bowiem od tego feralnego momentu całe Jego dzieło, obciążone tą groźną dla niego skazą, uwikłane jest w niewyobrażalne wręcz skutki i konsekwencje tego bożego zamysłu, który musiał wynikać jedynie z wolnej woli Stwórcy, a którego finał nastąpi dopiero na Sądzie Ostatecznym.

                                                            ------ // ------

Kierując się przekonaniem, że nic nie może zaistnieć i dalej istnieć w dziele bożym bez woli Jego Stwórcy), kapłani, apologeci i myśliciele religijni starali się w różny sposób usprawiedliwić Boga z istnienia zła w Jego dziele (nazywa się to teodyceą). Ponieważ robili to ludzie wierzący, te „usprawiedliwienia" były albo nieprzekonujące, albo wewnętrznie sprzeczne, albo to i to na raz. Każde z nich zawierało błędy logiczne i braki spójności z pozostałością doktryny religijnej (czyli było niewiarygodne). Każdy zapewne bezstronnie przyzna, iż tej podstawowej prawdy religii judeochrześcijańskiej (czyli upadek człowieka i wynikły z niego grzech pierworodny), nie sposób wytłumaczyć normalnym rozumem, ani też obronić jej (w takim sensie aby nie była wewnętrznie sprzeczna) z pozycji religijnych, nie podważając jednocześnie innych uznanych prawd (jak np. atrybuty Boga). Może dlatego Komisja Papieska z 1948r. łaskawie zezwoliła na nie dosłowne odczytywanie pierwszych pięciu ksiąg Starego Testamentu, uznając je w wielu fragmentach za mity jedynie. Stawiając tym samym pod znakiem zapytania wcześniej przyjętą tezę (i to od kilkunastu wieków), że wszystkie księgi kanonu biblijnego, pisane były pod natchnieniem Ducha Świętego:

                                                            ------ // ------

„Wszystkie te księgi /../ które Kościół uważa za święte i kanoniczne, napisane zostały we wszystkich swych częściach z natchnienia Ducha Świętego. Zatem w ogóle nie uznaje się współistnienia błędu, Boskie natchnienie samo przez się błąd wszelki wyklucza, a to również z konieczności, gdyż Bóg, Prawda Absolutna, musi być niezdolny do nauczania błędu" (papież Leon XIII, 1893r.). Być może Bóg nie jest do tego zdolny, lecz Jego kapłani są jak najbardziej! Jak zatem z tym teologicznym problemem radzi sobie religioznawstwo? Czy można Go wytłumaczyć (i zrozumieć) bez tych wszystkich wewnętrznych sprzeczności i nielogiczności? Czy wyjaśnienie w kontekście wyżej przyjętej tezy (tzn., że to kapłani są twórcami wszystkich naszych bogów i religii) będzie lepiej uzasadnione?

 

REALNE SKUTKI I WYMYŚLONE DO NICH PRZYCZYNY.

 

W książce wydanej w latach 80-tych ub. wieku (i co ważniejsze, iż jest to pozycja stricte apologetyczna) Najtrudniejsze stronice Biblii Zenona Ziółkowskiego, w taki oto sposób wytłumaczony jest ten problem (pozwoliłem sobie na niewielkie streszczenie). W X w. p n e. nieznany mędrzec hebrajski (nazywany przez biblistów Jahwistą) podjął się heroicznego trudu, aby odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie: „Skąd się bierze zło i grzech? /../ Kiedy opisywał historię zbawienia, musiało go uderzyć jedno tajemnicze zjawisko. Mimo dobrodziejstw Boga, mimo zawarcia z Nim przymierza i otrzymania daru Prawa, które wytyczało drogę życia świętego, czyli życia bez grzechów, Izrael nadal grzeszył, podobnie jak poganie, nad którymi nie rozciągało się Boże błogosławieństwo, tak jak nad narodem wybranym /../ Czyżby grzech był złączony z człowiekiem nierozerwalnie i na zawsze?".

 

To mu dało asumpt do głębszych przemyśleń, które autor książki tak opisał: „Jeżeli grzech uciska obecnie ludzi i nikt nie może się od niego uwolnić, to „na początku" musiało zaistnieć coś, co spowodowało ten stan. Owo cofniecie się, opierało się na oczywistym fakcie: ludzkość powstała przez rodzenie, na początku więc musiała istnieć w jednej parze - mężczyźnie i kobiecie. Opowiadanie o ich stworzeniu nie stanowi u Jahwisty celu samego w sobie, lecz jest wstępem do opowiadania o ich upadku, tak, że jedno i drugie tworzą razem zwartą całość i są od siebie współzależne. Ażeby opisać rzeczywistość, autor natchniony układa „historię" tego, co musiało być na początku, skutki bowiem domagają się odpowiadającej im przyczyny". Koniec cytatu.

 

Skutki bowiem domagają się odpowiadającej im przyczyny. Oto mamy wyjaśnienie wg jakiego schematu były tworzone mity religijne: ten hebrajski mędrzec (będący też zapewne kapłanem), po prostu wymyślił „przyczynę" pasującą do późniejszych skutków, czyli „tłumaczącą" je na zasadzie analogii do znanych mu faktów z historii Izraela (to te jego przemyślenia i co ciekawe dotyczące wyłącznie narodu wybranego). Schemat tego rozumowania jest wszędzie taki sam: leżące u podłoża przekonanie, że człowiek jest dziełem bogów (potem Boga), do którego należy dopasować inne „prawdy", uzasadniające (wg mniemania ich twórców) różne aspekty bieżącej rzeczywistości.

                                                            ------ // ------

Dokładnie ten sam schemat zastosowano w historii o Sodomie i Gomorze: Dwa miasta zostają zniszczone przez Boga ogniem i siarką. Oczywiście dlatego, że ich mieszkańcy byli nieprawi, występni i źli, dosięgła ich za to kara boska! Chcąc wytłumaczyć ten i podobne jemu mity, należy wczuć się w sposób rozumowania ówczesnych ludzi; uważali oni nie tylko klęski żywiołowe ale nawet chorobę czy nieszczęśliwy wypadek, za karę lub dopust boży. Nic dziwnego zatem, iż wieść o zniszczeniu dwóch miast (prawdopodobnie przez erupcję wulkanu), musiała natychmiast otworzyć kwestię winy. Obrazowi katastrofy powinien był towarzyszyć obraz równie straszliwych grzechów osób tą klęską dotkniętych, w przeciwnym wypadku świat pozbawiony byłby sensu (wg Drugi kot w worku. Władysław Kopaliński).

 

I oto mamy wyjaśnienie winy, która została dopasowana do hipotetycznej kary! W ten prosty sposób, logiczny ład doświadczanej rzeczywistości, czyli wizerunek „porządku" panującego w świecie rządzonym przez Boga, zostaje zachowany i umotywowany. Po co więc te naturalne katastrofy były wciągane w obręb bożych działań? Aby pokazać „boską potęgę” i możliwości w karaniu niewierzących, nieprawomyślnych czy opornych. Jest to najbardziej wyeksponowana ze wszystkich czynności Boga w stosunku do ludzi: pokazowe okrucieństwo w karaniu odstępców od jedynie słusznej wiary. Jak trwale ten schemat rozumowania zakorzenił się w świadomości ludzi, przenikając do naszych czasów, niech świadczy następujące wydarzenie: W 1755r. w Lizbonie po trzęsieniu ziemi wybuchł potężny spór: czy należy uważać je za wykonanie wyroku sądu doraźnego w niebiosach, czy raczej za katastrofę pozbawioną wyraźnego oblicza moralnego (Władysław Kopaliński, jw.). Przypomnijmy sobie też, jak tłumaczyli współcześni moralizatorzy np. niedawny tragizm tsunami, niszczycielski huragan Katrina, AIDS czy inne kataklizmy: zasłużona kara boża za grzechy ludzi, między innymi: odchodzenie od wiary. Otóż to!

 

                                               ------ CDN. ------

(0)
Listy z naszego sadu
Chief editor: Hili
Webmaster:: Andrzej Koraszewski
Collaborators: Jacek Chudziński, Hili, Małgorzata Koraszewska, Andrzej Koraszewski, Henryk Rubinstein
Go to web version