Czy politycy byli głusi, czy zagubieni?


Andrzej Koraszewski 2016-04-15


Najłatwiej krytykować z dala od wszelkich centrów decyzyjnych, bez konieczności liczenia się ze sprzecznymi interesami, bez konfrontacji z kłopotliwymi faktami, no i oczywiście bez konieczności dyskutowania z ministrem finansów. W zaciszu domowej biblioteki widzimy sprawy jasno i wiemy, co jest oczywiste. Jeszcze łatwiej krytykować w Internecie, gdzie w cieniu anonimowości możemy puścić wodze wyobraźni i odreagować się na rządzących nami politykach.


„Gazeta Wyborcza” opublikowała niezwykle ciekawy wywiad Grzegorza Sroczyńskiego z Michałem Bonim, pod znamiennym tytułem „Byliśmy głusi”.  Do niedawna bardzo ważny polityk w zespole Donalda Tuska opowiada o swojej osobistej przegranej, która w jego odczuciu jest główną przyczyną przegranej całego zespołu.

 

Czy ma rację? Z pewnością mówi o sprawach ważnych, które silnie wpływały na postawy wyborcze. Chodzi oczywiście przede wszystkim o rynek pracy, o osławione umowy śmieciowe, o jakość polskiego kapitalizmu, jaki wyłonił się z transformacji.

 

Michał Boni ma poczucie osobistej klęski. Mówi nie przebierając w słowach:

Pracodawcy z tym przyszli. Chcieli, żeby im gorset poluzować. Miało być na rok, dwa lata, na przetrwanie kryzysu. A potem już tak zostało.

Wiedzieliście, co się dzieje?

- Szybko. Przy przygotowywaniu raportu "Młodzi 2011" złapałem się za głowę. Wyłoniło się całe to zło.

Zło?

- Ono narastało. Nadużywanie elastycznych form zatrudnienia nie zaczęło się za naszych rządów, tylko wcześniej. Kiedy w 2009 roku w ramach działań antykryzysowych poluzowaliśmy kodeks pracy, ten proces nieco przyspieszył. Powstała armia ludzi, których system przestał widzieć. Kredyt hipoteczny? Nie dostaną, bo umowy elastyczne dla banku nic nie znaczą. Choroba? Nie mogą zachorować, bo nikt im za ten czas nie zapłaci. Wakacje? Nie mają prawa do płatnego urlopu. Dziecko? Bez stabilizacji będą odwlekać tę decyzję w nieskończoność.

Próby zmiany priorytetów natrafiały na zdecydowany opór ministra finansów, premiera, ministrów innych resortów. Donald Tusk chciał modernizować póki są unijne pieniądze. Minister finansów bał się jak ognia dziury w budżecie, Michał Boni przegrywał. Czy tylko walkę o priorytety? Trudno przedstawić racjonalne rozwiązanie sytuacji, które byłoby akceptowalne zarówno dla pracodawców, jak i dla związków, a równocześnie nie pociągałoby za sobą deficytu budżetowego.

 

Sroczyński daje do zrozumienia, że należało przykręcić śrubę. Michał Boni odpowiada:   

Panu tak łatwo mówić, że trzeba było przykręcić śrubę. Mechanicznie. Zakazać umów o dzieło i firmom dowalić kontrole. Etaty przywrócić. Tak się nie da. Nie wiem, czy za 20 lat będziemy w ogóle tego pojęcia używali. Trzeba usiąść i wymyślić, jak przy zmieniającym się świecie zapewnić pracownikom bezpieczeństwo i jednocześnie zachować elastyczność. Flexicurity. Modele duńskie przepatrzeć i coś dla Polski wybrać. Ale to już by był koszt dla budżetu, bo takich systemów nie da się robić za darmo. One są drogie. A u nas przez lata minister finansów nie pozwalał uruchamiać pieniędzy z Funduszu Pracy, który powstaje ze składek.

No właśnie. Świat się zmienia. Umów śmieciowych nie wymyślono w Polsce. Państwo dobrobytu, czy jak kto woli państwo opiekuńcze, to był wspaniały wynalazek jak długo Zachód miał praktycznie monopol na produkcję technicznie skomplikowanych towarów i mógł finansować ciągły wzrost kosztów produkcji wpływami z eksportu. Zabawa się skończyła, kiedy inni nauczyli się produkować równie dobrze i taniej. 

 

Zyski ze sprzedaży topniały, związki zawodowe nadal domagały się podwyżek, zanim ludzie zorientowali się, co ich hukło, setki tysięcy miejsc pracy znikło, a miasta takie jak Detroit zmieniły się w miasta widma. Relacje między pracą i kapitałem wpadły w głęboki kryzys.   

 

Budując polski kapitalizm politycy w Warszawie słuchali sporów polityków i ekonomistów z krajów, które były już w innej rzeczywistości. Świat zachodni poszukiwał drogi do zatrzymania roszczeniowych postaw i częściowego rozmontowania państwa opiekuńczego. W przedsiębiorstwach ludzie stosunkowo szybko zorientowali się, że związki zawodowe mogą popychać do samobójstwa. Radykalnie zaczęło spadać członkostwo w związkach. Drugi problem okazał się beznadziejny – ograniczenie świadczeń socjalnych było zbyt ryzykowne i ani rządy lewicowe, ani prawicowe nie odważały się na takie kroki.

 

Polscy politycy rozważali swoje strategie w cieniu sporów zachodnich polityków jak wyjść z kryzysu, jaki powstał po utracie monopolu masowej produkcji skomplikowanych technicznie towarów. Zmniejszenie kosztów było kwestią życia lub śmierci. Były to koszty niebywale wyśrubowane. O dzisiejszych problemach Danii chyba najlepiej opowiada list duńskiej nauczycielki:


Zdjęcie z blogu: http://thetruthdivision.com/2016/03/epic-message-denmark-teacher-obliterates/

Zdjęcie z blogu: http://thetruthdivision.com/2016/03/epic-message-denmark-teacher-obliterates/



Jestem nauczycielką w Danii, zarabiam około 61 tysięcy dolarów rocznie. Mamy bezpłatną edukację. Nie musisz płacić za wizytę u lekarza i studenci dostają pieniądze na naukę. To wszystko wygląda pięknie...prawda? Jednakże, cóż, zapomniałam powiedzieć, że nic nigdy nie jest za darmo. Najniższy podatek w Danii wynosi 40 procent.   

 

Płacimy również podatek VAT w wysokości 25 procent, a na dodatek rząd nakłada cła i opłaty. Galon benzyny (nieco poniżej 4 litrów) kosztuje około 10 dolarów. Podatek za samochód to 180 procent jego ceny, co oznacza, że samochód, który możesz kupić za mniej więcej 20 tysięcy dolarów w USA (Honda Accord), kosztuje zawrotną sumę 40 tysięcy dolarów w Danii. 


Duńczycy są najbardziej opodatkowanym narodem na świecie  - średnie opodatkowanie to 80 procent z każdego dolara. Niewielu ma swój samochód lub dom. Każdy, kto zarabia powyżej 80 tysięcy dolarów rocznie płaci podatek dochodowy w wysokości 68 procent. Co oznacza, że ludzie z wyższymi dochodami albo znajdują sposób na uniknięcie podatku, albo opuścili kraj, zabierając swoje przedsiębiorstwa ze sobą.     

 

Liczba samobójstw w okresie ostatnich pięciu dziesięcioleci utrzymuje się na poziomie 20.8 na 100 tysięcy mieszkańców (z szczytem na poziomie 32). Częstotliwość samobójstw w społeczeństwie amerykańskim wynosiła w tym okresie 11.1 i nigdy nie przekroczyła poziomu 12.7. Ponad 11 procent dorosłych Duńczyków – rzekomo najszczęśliwszego społeczeństwa na świecie - bierze środki antydepresyjne. Amerykańskie marzenie kusi każdego. W duńskiej, neokomunistycznej ekonomii nikt niczego nie ma i nikt niczego nie osiągnie.

Ten obraz jest nieprawdopodobnie przejaskrawiony. Czy rzeczywiście aż tak źle dzieje się w państwie duńskim jak przedstawia to ta nauczycielka? Model skandynawski przez kilka dziesięcioleci wydawał się marzeniem każdego socjaldemokraty. Kraje skandynawskie były (i są nadal) słynne z wysokiej jakości swoich produktów, z egalitaryzmu, z dobrych relacji między pracą i kapitałem. W pewnym momencie coś się zaczęło psuć. Diabli wzięli osławioną protestancką etykę pracy, w lawinowym tempie rosły postawy roszczeniowe, państwo miało opiekować się obywatelem od kołyski do grobu, malała ich wspaniała wcześniej innowacyjność oraz zaczęła się masowa ucieczka co bardziej energicznych jednostek. Rosła armia ludzi zajmujących się wtórnym rozdziałem dochodu narodowego.


Poszukiwanie w Danii modelu dla Polski nie musi być złym pomysłem, warto pamiętać o jego wadach i o jego horrendalnych kosztach.

 

W minionym ćwierćwieczu Polska dokonała nieprawdopodobnego skoku cywilizacyjnego.  Żadna to pociecha dla ludzi wchodzących dziś w życie zawodowe. Opowiadanie młodym ludziom, że w tym czasie Polska przeszła od pustych półek do kraju mało różniącego się od innych państw Europy Zachodniej, przypomina mi trochę irytację mojego pokolenia na wrzaski Władysława Gomułki, że on do szkoły w łapciach chodził, a teraz każde dziecko ma porządne buty. 

 

Ocena, że politycy zdecydowanie przeholowali z tą niewidzialną ręką rynku jest poprawna. Z drugiej strony oferta centrolewicy okazała się tak słaba, że przestała się liczyć jako konkurent do władzy. Jeśli Boni zastanawia się nad modelem pozwalającym na co najmniej złagodzenie problemu, to z pewnością takiego modelu ludzie w SLD nawet nie próbowali szukać.

 

Ten bunt młodych nie jest jedynym powodem przegranej Platformy Obywatelskiej. Jest jednak realny i to zarówno jako stan faktyczny, jak i w odczuciu młodego pokolenia.


Głos duńskiej nauczycielki ma swój ciekawy odpowiednik w postaci wypowiedzi doktorantki z Wrocławia, a zarazem członkini kierownictwa partii Razem, pani Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” rozpoczynającym się od absurdalnego, by nie powiedzieć chamskiego pytania, czy ucieszyła się, kiedy PIS wygrał, działaczka partii Razem odpowiada:   



Nie. (...) Różnica polega na tym, że PiS miał obietnice wyborcze, a Razem ma program. PiS bardzo dobrze rozpoznał nastroje społeczne. Duża część Polaków była wykluczona, nie mogła zaspokoić swoich podstawowych potrzeb społecznych. PiS, choć to też partia establishmentu, na tych sentymentach zagrał i wygrał.

Na stwierdzenie, że ona i jej koledzy nie wpadają w zachwyt nad III Rzeczpospolitą, że „Można było transformację przeprowadzić inaczej, bez zostawiania potężnej części Polaków za burtą” prowadzący wywiad odpowiadają:

To kompletnie ahistoryczne. Po 27 latach każdy może powiedzieć, że trzeba było zrobić to czy tamto. Diagnozę z PiS macie bardzo podobną - "Polska w ruinie". I tę samą śpiewkę jak Beata Szydło i Andrzej Duda w kampaniach wyborczych: "Nie może tak być, że polski robotnik zarabia mniej niż niemiecki", "nie może być tak, że Polak jest mniej szczęśliwy niż Fin"...

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk mówi o programie swojej partii:

Przed wyborami, kiedy dziennikarze analizowali programy wyborcze partii, okazało się, że program partii Razem jako jeden z dwóch spina się finansowo - pokazaliśmy, ile pieniędzy i skąd wziąć. Za to zresztą liberałowie biją nas po głowach, bo jako jedyni mamy odwagę powiedzieć, że podatki dla najbogatszych trzeba podnieść. Mówimy wprost: aby państwo było naprawdę opiekuńcze, potrzebna jest ostrzejsza progresja, wyższe podatki dla korporacji. Na tym polega sprawiedliwość społeczna, że bogatsi płacą więcej dla wspólnego dobra.

O potrzebie podniesienia podatków mówi również Michał Boni. Dla gospodarczych liberałów to anatema, państwo, które zabiera, żeby rozdać, wchodzi na równię pochyłą. Ale państwo, które pozwala, aby kapitalizm stał się nieludzki, szykuje sobie rewolucję.

 

Boni przywołuje książkę modnego ekonomisty francuskiego Thomasa Piketty, o której pisałem dwa lata temu, a która dziś jest już tłumaczona na polski.  Moja recenzja nosiła tytuł „Polowanie na krezusy”, bo też Piketty w znacznym stopniu koncentruje swoją uwagę na bogactwie i nierównościach, stwierdza, że jeden procent dorosłej ludności, w Europie w 2010 roku dysponował 10 procentami kapitału, a w Stanach Zjednoczonych 20 procentami. Jak pisałem w tej recenzji:

Francuski ekonomista lubi powtarzać, że powróciliśmy do Belle Époque, która wbrew swojej wdzięcznej nazwie, nie dla wszystkich była taka piękna. Historycznie chodzi tu o ostatnie dziesięciolecia XIX wieku i początek XX, ale Piketty ma na myśli nieco dłuższy okres gwałtownej koncentracji kapitału w rękach owego 1 procenta populacji. Są to czasy rozbuchanej rewolucji przemysłowej, wzrastających nierówności i nieprawdopodobnego wyzysku, doskonale opisanego w literaturze pięknej tak francuskiej, jak i brytyjskiej, w literaturze politycznej i zupełnie dobrze udokumentowanego przez historyków gospodarki.

Piketty pomija, że dzisiejsi „wykluczeni” byliby krezusami w czasach Belle Époque, że problemem jest bezpieczeństwo, poczucie zagrożenia i lekceważenia. Obsesyjna wręcz koncentracja na dochodach najlepiej zarabiających w rzeczywistości pomija autentyczne problemy owych wykluczonych. Wielu wydaje się, że wystarczy zabrać tym, którzy mają dużo, i dać tym, którzy mają mało, a reszta sama się rozwiąże. Doświadczenia z modelem skandynawskim pokazują, że może to być dobre rozumowanie na jednym etapie i fatalne na kolejnym. Źródłem bogactwa narodów jest praca. Jednak nie chodzi tu o byle jaką pracę. Praca niewolnicza daje korzyści niewielu, ale jest źródłem nędzy większości i powodem zacofania państwa. Praca jest źródłem bogactwa, jeśli jego obywatele mają szanse rozwoju, wykorzystania swojego potencjału, tworzenia wartości. Duńska nauczycielka pisze:

Każdy z nas jest tu, na ziemi, by pracować, korzystać ze swoich danych od Boga talentów. To dlatego socjalizm jest tak wstrętny i zły – dary, które mamy, są marnowane przez narastające uzależnienie od skorumpowanych i krzywdzących rządów.

Polska socjalistka z partii Razem odpowiada:

W polityce liczą się skutki. Mieszkam na wsi. Po 1989 r. najpierw znikła szkoła, potem pielęgniarka, która przyjeżdżała na kontrole co jakiś czas, zniknął sklep. Został tylko Kościół. No i dożynki raz do roku. To całe życie społeczne mojej wsi. Jak ktoś chce pojechać do miasta na zakupy, a nie ma samochodu, to jest dramat, bo nie ma lokalnych połączeń. III RP zamknęła ostatni duży zakład pracy i powiedziała: radźcie sobie sami.

Mieszkam w małym miasteczku, obserwuję trwająca transformację w podobnym punkcie, na samym dole, gdzie najwyraźniej widać efekty decyzji politycznych. Samorządowi politycy myślą, gdzie zdobyć pieniądze – pieniądze z budżetu, subwencje, dotacje unijne. Najmniej ważne są podatki. Lokalni przedsiębiorcy unikają zatrudniania pracowników, a jak muszą to zatrudniają na czarno. Często przypominam sobie historię reform w Japonii, gdzie w początkach drugiej połowy XIX wieku podjęto rewolucyjną decyzję dramatycznego obniżenia podatku rolnego. Już po roku odnotowano gigantyczny wzrost wpływów do budżetu. Oszustwo przestało być opłacalne. Kiedy mówimy o wykluczonych w Polsce w roku 2016, to mam wrażenie, że najbardziej poszkodowaną grupą są nie ci na tzw. śmieciowych umowach, a ci, którzy nie mają żadnych umów, ci którzy pracują na czarno. Zafiksowane na „sprawiedliwości” lewicowe myślenie nie zniża się do rzetelnej analizy sytuacji wykluczonych. Takie myślenie trzyma w koleinie stereotypu, że państwo ma dać, a nie stworzyć warunki. Ani Michał Boni, ani  Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z partii Razem, ani żaden z ministrów finansów nie zastanawia się nad możliwością takich zmian systemu podatkowego i ubezpieczeń, aby jedyną szansa przetrwania firmy nie było zatrudnianie na czarno lub na umowach śmieciowych.


Z psychologicznego punktu widzenia można zrozumieć wściekłość pracowników na gigantyczne płace dyrektorów dużych firm i równoczesne twierdzenia, że firmy nie stać na podwyżki, jest to problem realny, ale drugorzędny. Prawdziwym problemem jest myślenie samorządu w kategoriach, gdzie się załapać na jakieś pieniądze, a nie jak stworzyć warunki rozwoju, gdzie dostać bogactwo, a nie to jak pozwolić ludziom je wypracować. Lewicowość jest mentalnością roszczeniową, która autentycznie wykluczonym może wyłącznie szkodzić.


Opowieść, że politycy byli głusi, to ciekawa weekendowa lektura. Krytykując zza biurka mam wrażenie, że wywiady takie jak ten z Michałem Bonim nie stanowią nawet solidnego otwarcia dyskusji o relacjach między pracą, władzą i kapitałem.             


W warunkach zaostrzonej konkurencji z krajami mającymi barbarzyńsko tanią siłę roboczą problem warunków rozwoju firm dużych i małych bez krzywdzenia pracowników jest dla wszystkich partii politycznych, tak z lewa, jak i z prawa, centralnym problemem zarówno ekonomicznym, społecznym jak i politycznym.


P.S. Warto zwrócić uwagę na to, jakiej marki samochód podany został jako przykład samochodu dwa razy droższego w Danii niż w Ameryce.