Boże Narodzenie po chrześcijaństwie
Nie mogąc pojąć tajemnicy, robi to, co zwykle robi dobrze działająca wyobraźnia pozbawiona religii: postanawia odtworzyć to przy pomocy nauki i technologii – katalogując, mierząc, rozkładając na części, produkując. Jego elfy pracują w laboratoriach. Prezenty powstają na taśmach produkcyjnych. Eksperyment wydaje się sukcesem aż do Wigilii, kiedy wszystko zamienia się w koszmar. Prezenty straszą dzieci. Sanie zostają zestrzelone z nieba. Wszystko staje się koszmarną karykaturą. W najlepszym razie Jack osiąga kicz – zewnętrzne formy pozbawione treści, forma dla samej formy, symulakra. W najgorszym – coś potwornego, groteskową parodię tego, czego pragnął.
Ta opowieść nie jest tylko sprytna. To wyjątkowo trafna alegoria relacji świata postchrześcijańskiego do resztek chrześcijaństwa: pragnienie owoców, przy jednoczesnym zerwaniu więzi z drzewem, które je wydało. Jesteśmy teraz Halloweenową Krainą – tworzymy coraz bardziej wyszukane formy Bożego Narodzenia, podczas gdy jego istota znika z naszego zasięgu.
Postchrześcijańskie Boże Narodzenie jest, według wszelkich miar, największym wspólnym świętem w historii ludzkości. Żadne inne nie osiągnęło takiego zasięgu. Obchodzone jest – w jakiejś formie – przez klasę średnią niemal każdego kraju na świecie: przez chrześcijan i niechrześcijan, wierzących i ateistów, gorliwych i obojętnych. Nawet fundamentalistyczne państwa muzułmańskie, które niegdyś wysyłały policję religijną, by konfiskowała świąteczne ozdoby, dziś ustępują. Arabia Saudyjska pozwala na dekoracje. Państwa Zatoki stawiają ogromne choinki w przestrzeni publicznej. Sam fakt, że Boże Narodzenie budziło niegdyś niepokój władz islamskich, świadczy przede wszystkim o tym, jak nieodparty stał się jego urok dla światowej burżuazji – a więc i dla jej aspirantów, także w świecie islamu.
To nie jest tajemnicze. Napędzała to amerykańska potęga kulturowa: hollywoodzkie filmy świąteczne, płyty Binga Crosby’ego, reklamy Coca-Coli, wielka machina amerykańskiego handlu – wszystko to stworzyło globalną estetykę, wspólny wizualny i emocjonalny język zglobalizowanego świata. Ekonomiczna rola Bożego Narodzenia – jego nieodzowna funkcja w rocznym cyklu sprzedaży – uczyniła zeń święto samego kapitalizmu. Intensywnie promowane, okazało się skuteczniejsze niż jakakolwiek akcja misyjna w historii. Stało się globalnym sezonem ekonomicznym i kulturowym – gigantycznym mechanizmem generującym popyt i synchronizującym społeczeństwa.
Ale taka estetyczna maszyna działa tylko tak długo, jak długo istnieje kapitał moralny i społeczny, który ją niegdyś zasilał.
Co by zobaczył Jack Skellington?
A jednak rzecz osobliwa – coś, co Jack Skellington rozpoznałby natychmiast. Gdyby człowiek naszych czasów podszedł do Bożego Narodzenia, jakby spotykał je po raz pierwszy, bez wiedzy o jego genezie, znalazłby się dokładnie w sytuacji Jacka: oczarowany, ale całkowicie zdezorientowany. „Co to takiego?”
Zobaczyłby nagłą przemianę codzienności. Światła pojawiają się na domach i drzewach. Muzyka rozbrzmiewa w przestrzeni publicznej. Ludzie przez kilka tygodni stają się nieoczekiwanie hojni. Rodziny się spotykają. Wymieniają prezenty. Zmienia się atmosfera – coś osiada na kulturze, zmienia jej nastrój i fakturę, po czym znika bez śladu. Wszystko wraca do normy. Czar pryska.
Ale dlaczego? Z jakiej okazji? Co właściwie świętujemy?
Poza szopkami – dziś głównie wystawianymi na trawnikach przykościelnych i postrzeganymi przez resztę społeczeństwa jako staroświeckie eksponaty – niemal nie istnieje publiczne uznanie tego, co Boże Narodzenie upamiętnia. Samo słowo stało się marką pozbawioną treści. Oznacza: ten zimowy sezon. Tę magię. To uczucie. Postchrześcijański człowiek celebruje Boże Narodzenie tak, jak mógłby celebrować zaćmienie słońca – jako tajemnicze zjawisko kosmiczne, które po prostu się wydarza, odmienia atmosferę i znika, nie wymagając żadnego wyjaśnienia.
Święto bez fundamentu
To było przez pewien czas możliwe. I nie tylko możliwe – to było nawet chwalebne. Postchrześcijańskie Boże Narodzenie, u szczytu swego rozwoju, stanowiło jedno z największych osiągnięć świeckiej nowoczesności: religijne święto przetłumaczone na język czysto społeczny. „Teologiczny śmietnik” został usunięty, ale formy społeczne zachowane – nawet ulepszone, rozbudowane, zintensyfikowane. Święto stało się celebracją rodziny, dobrobytu, hojności, samego amerykańskiego snu. Główne aktywności – zakupy i biesiadowanie – idealnie pasowały do społeczeństwa konsumpcyjnego. Estetyka, uwieczniona w filmach od To wspaniałe życie po Kevina samego w domu, osiągnęła prawdziwe piękno: ciepłe, nostalgiczne, emocjonalnie satysfakcjonujące – coś, co świecka kultura rzadko potrafi stworzyć.
I choć moralna treść nie była już jawnie teologiczna, to wciąż miała rozpoznawalną chrześcijańską strukturę: dzieci jako symbol niewinności. Centralność obowiązków rodzinnych. Przekonanie, że dobre zachowanie – rozumiane jako posłuszeństwo, dobroć i szacunek – zasługuje na nagrodę, a egoizm na węgiel. Zamiana materialnego dostatku w okazję do wdzięczności i dobroczynności. Roczne zawieszenie zwykłego konsumpcjonizmu na rzecz dawania. Jakże to niezwykłe: święto, którego głównym zadaniem jest uszczęśliwienie innych.
Ale – to owoc, który wisi na drzewie, którego korzenie zostały odcięte.
I nagle wszystko się przerzedza
Upadek Bożego Narodzenia ma dwa wymiary: materialny i moralny. Pierwszy to przemiana amerykańskich warunków społeczno-ekonomicznych, które niegdyś czyniły tradycyjne świętowanie możliwym. Drugi – to wyczerpywanie się chrześcijańskiej etyki, która w ostatecznym rozrachunku całkowicie zależy od chrześcijańskiej wiary.
Święto, jakie ukształtowało się w połowie XX wieku, zakładało istnienie określonego porządku społecznego: stabilnych rodzin nuklearnych, osadzonych w jednolitych narodowych wspólnotach, cieszących się wspólnym dobrobytem i wspólną kulturą. Masowa migracja głęboko ten układ zmieniła – i nie chodzi tu o migrantów z klasy średniej, już zhollywoodzowanych i wchłoniętych w świat zachodniego stylu. Chodzi o ludzi z najuboższych regionów globu, dla których Boże Narodzenie jest całkowicie obce.
W mojej dzielnicy – zamieszkanej głównie przez rodziny imigrantów – w czasie świąt mogę policzyć domy z dekoracjami na palcach jednej ręki. Gdy pierwszy raz się tam wprowadziłem, kobieta z jednego z tych domów podziękowała mi za lampki, mówiąc z gorzkim humorem: „Witaj w mniejszości”. To był żart. Ale nie był śmieszny.
I co z prezentami? Kiedyś były wyjątkowym gestem w ramach oszczędnego życia. A dziś, gdy Amazon Prime sprawia, że każdy dzień to potencjalne Boże Narodzenie? Gdy dostawa następnego dnia to norma, a przeciętne gospodarstwo domowe konsumuje dobra szybciej, niż pokolenia wcześniej mogły sobie wyobrazić? Co dziś wzbudza ekscytację, jeśli nie coś osobistego, nieprzewidywalnego, czego algorytm nie potrafi zasugerować?
A uczta? Jak może być wyjątkowa w kulturze, w której to otyłość, a nie głód, jest chorobą ubogich?
I najważniejsze: jaka rodzina się dziś gromadzi? Przy malejących wskaźnikach małżeństw i dzietności, przy ekonomicznej emigracji, przy uczynieniu kolacji rodzinnej polem ideologicznej walki – rodzinne Boże Narodzenie z obrazów Rockwella jest dziś dla wielu logistycznie niemożliwe lub emocjonalnie nie do zniesienia.
A dzieci, które miały być w centrum święta? Jaką niewinność możemy im przypisać w epoce, gdy są wykorzystywane do mediów społecznościowych od niemowlęctwa, kiedy ich polityczna użyteczność jest eksploatowana przez wszystkich, gdy nawet matki niszczą swoje ciała dla lajków, a przecieki zdjęć Epsteina ujawniają skalę wykorzystywania seksualnego nieletnich?
Amerykańska kultura – ta, która wynalazła i wyeksportowała postchrześcijańskie Boże Narodzenie – już od dekad sygnalizuje jego schyłek. Coraz częściej filmy świąteczne porzucały sentymentalizm na rzecz ironii, dekonstrukcji, a wręcz odwrócenia wartości. Boże Narodzenie stało się okazją do celebrowania rozpusty, seksu, pijaństwa, narkotyków, przemocy. Świętem przyjemności własnych. Albo cynicznym widowiskiem. Powstały wersje, w których Święty Mikołaj morduje przestępców, walczy z demonami, z nazistami, z białymi nacjonalistami – albo sam okazuje się demonem. Grinch, niegdyś czarny charakter, staje się sympatyczny – jego irytacja świąteczną radością staje się zrozumiała.
I jeśli jesteśmy ze sobą szczerzy – musimy przyznać: jesteśmy Halloweenową Krainą. Próbujemy wyprodukować święto, którego już nie posiadamy. Odgrywamy coś, co kiedyś działo się samo. Magię próbujemy podtrzymać sztucznie.
Osobiste wyznanie
Powinienem wyznać swoją pozycję – jest na tyle nietypowa, że wymaga wyjaśnienia.
Dorastałem w konserwatywnej rodzinie muzułmańskiej w Egipcie. Boże Narodzenie było zarazem moim świętem i nie moim: należało do lokalnych mniejszości chrześcijańskich, do amerykańskich filmów i globalnej kultury komercyjnej. I kochałem je. Uwielbiałem estetykę Kevina samego w domu, muzykę, to szczególne światło i ciepło, które Hollywood potrafiło uchwycić w świętach. Tęskniłem za czymś, czego nigdy nie miałem – dziwna to kondycja: nostalgii za doświadczeniem, które nigdy nie było moje.
Ale zrozumiałem, że to dziś stan wielu młodych Amerykanów urodzonych tutaj – i być może już nigdy nie będzie inaczej. Oni również tęsknią za Bożym Narodzeniem, którego nigdy nie przeżyli naprawdę, za doświadczeniem, które należy do ich dziadków albo do filmów, a nie do ich własnej pamięci. Globalizacja kultury amerykańskiej sprawiła, że wszyscy – w pewnym sensie – oglądamy dziś Boże Narodzenie z zewnątrz. Podziwiamy pokaz, z którego duch się już wycofał – i pytamy: „Co to takiego?”
„Szklana pułapka” – film o Bożym Narodzeniu
Ostatnio oglądałem Szklaną pułapkę – jeden z moich ulubionych filmów świątecznych (i nie przyjmuję dyskusji, czy się kwalifikuje – tak, to film świąteczny, proszę się dostosować). Tym razem uderzyło mnie, jak głęboko postchrześcijańska jest jego struktura i jak bardzo obecne są w nim niepokoje późno-postchrześcijańskiej Ameryki.
Zwróćmy uwagę na to, co film uznaje za oczywiste. Istnieje dobro i istnieje zło – nie jako „perspektywy” czy „społeczne konstrukty”, lecz jako moralne fakty, które widz ma rozpoznać natychmiast i bez dyskusji. Hans Gruber jest zły. John McClane jest dobry. To niepodważalny grunt całej historii.
Dalej: niewinność dzieci. Jeden z wątków pobocznych dotyczy dziennikarza, który wykorzystuje dzieci McClane’ów dla słupków oglądalności – dokładnie tak, jak robimy to dziś na co dzień. Widz ma to uznać za obrzydliwe – i uznaje, bez wysiłku. Dlaczego? Bo podzielamy, choćby niewypowiedzianą, wiarę, że dzieci mają świętość, która nie może być narzędziem. Naruszenie tej niewinności ujawnia potwora, który zasługuje na karę bez współczucia.
Podobna jest dynamika winy między małżonkami. Ani John, ani Holly nie są winni rozpadowi małżeństwa w sensie moralnym. Oboje popełnili błędy. Oboje mają rację. Oboje muszą wybaczyć. To chrześcijańska antropologia moralna w praktyce – przekonanie, że konflikt między przyzwoitymi ludźmi wynika ze wspólnej ludzkiej słabości, a nie z opresji jednej strony nad drugą. Nie ma tu czystych złoczyńców – a więc odkupienie jest możliwe dla każdego.
Bohaterstwo? McClane jest dobry, bo gotów jest cierpieć za innych – poświęcić swoje ciało i bezpieczeństwo dla obcych, którzy nie mają wobec niego żadnych roszczeń. Gruber jest zły, bo gotów jest poświęcić każdego i wszystko dla własnego zysku. Altruizm i egoizm – moralne bieguny całej opowieści.
I wreszcie sama struktura narracyjna – opowieść, która zmierza ku rozwiązaniu: początek w chaosie, środek w walce i cierpieniu, koniec w triumfie dobra i naprawie tego, co zostało złamane. To eschatologia chrześcijańska. Sama czasowość – przekonanie, że czas ma kierunek, że cierpienie ma sens, bo prowadzi do odkupienia – to spuścizna chrześcijańska, tak głęboka, że już jej nie rozpoznajemy.
Bez tego moralnego rusztowania Szklana pułapka nie staje się po prostu „innym” filmem. Staje się niezrozumiała – ciągiem zdarzeń bez znaczenia.
I jeszcze „To wspaniałe życie”
Jest jeszcze jeden świąteczny film, który kocham – być może najważniejszy – To wspaniałe życie. George Bailey, człowiek, który całe życie poświęcał swoje ambicje rodzinie i wspólnocie, dochodzi do załamania. Życzy sobie, by nigdy się nie urodził. Anioł spełnia to życzenie i pokazuje, jak wyglądałby świat bez niego: zimny, twardy, nieszczęśliwy. Okazuje się, że George był narzędziem łaski – środkiem, przez który małe dobro wchodziło w świat, i sam o tym nie wiedział.
Nauczyłem się z czasem stosować ten eksperyment myślowy do wszystkiego. Gdy ludzie debatują nad rolą Ameryki – wyobrażam sobie świat bez niej. Gdy spierają się o istnienie Izraela – wyobrażam sobie Bliski Wschód bez niego.
Ale z chrześcijaństwem nie musimy sobie wyobrażać. Możemy po prostu patrzeć wokół i obserwować rodzącą się rzeczywistość. I wielu z nas – także wielu szlachetnych i mądrych niechrześcijan – patrzy na ten świat i uświadamia sobie, że nam się on nie podoba. Że coś zasadniczego zostało utracone. Że światło gaśnie – a to, co je zastępuje, nie jest „racjonalnym oświeceniem”, jak obiecywano, ale czymś ciemniejszym, zimniejszym, bardziej nieludzkim.
Czy Boże Narodzenie może przetrwać?
Wierzę, że odpowiedzią jest chrześcijaństwo. Ale nie chrześcijaństwo jako kolejna broń w wojnie kulturowej, kolejna tożsamość do odegrania, kolejna uraza do pielęgnowania. Nie chrześcijaństwo jako narzędzie nowej klasy ambitnych intelektualistów głodnych władzy. Nie chrześcijaństwo skupione na ja – moim zbawieniu, mojej tożsamości, mojej krzywdzie, mojej potrzebie uznania.
Chrześcijaństwo, które dało nam Boże Narodzenie, nie było takie. Była to wiara, która naprawdę wierzyła w coś. Porządkowała życie według tej wiary. Pojmowała ludzką egzystencję jako skierowaną ku rzeczywistościom przekraczającym jednostkę. Było to chrześcijaństwo wdzięczności, pokory i zapomnienia o sobie – wiara, która mogła zrodzić święto, w którym najważniejsze było nie to, co się dostało, ale co się dało; nie własne szczęście, ale szczęście innych.
Boże Narodzenie, za którym tęsknimy, nie powstało dlatego, że ludzie postanowili być przez miesiąc milsi. Ono było owocem prawdziwej historii i poważnego przekonania: że Bóg przypomniał sobie o człowieku, że zstąpił, by zamieszkać wśród nas, że pojednał nas ze sobą wielkim kosztem – a naszą właściwą odpowiedzią powinna być wdzięczność wyrażana miłością do drugiego.
Jeśli Boże Narodzenie ma przetrwać, musi odzyskać swoje fundamenty. Magia nie może pozostać magią na zawsze. Eksperyment Jacka Skellingtona się nie powiódł, bo próbował wyprodukować skutki bez przyczyny – powierzchnię bez treści. W końcu powierzchnia pęka. Jack nie był złym bohaterem. Jego historia – podobnie jak nasza – to dobrze zamierzona, lecz skazana na porażkę próba odtworzenia Bożego Narodzenia bez zrozumienia jego źródła.
To doskonała metafora tego, jak dziś traktujemy to święto – jako pakiet estetycznych zachwytów oderwanych od chrześcijańskich korzeni.
Boże Narodzenie potrzebuje na nowo swojej opowieści. Potrzebuje swojego "dlaczego". Nie magii znikąd, która nagle na nas spływa, ale świętowania czegoś, co się wydarzyło – czegoś, co, jeśli jest prawdziwe, zmienia wszystko. Czegoś, co – jeśli zostanie uwierzone – może na nowo przynieść światło w ciemniejący świat.
To nie znaczy, że nie powinniśmy cieszyć się świeckimi wygodami świątecznymi. Ja sam to robię – i nadal będę. Ale może nadszedł czas, by przyznać, jak pogańscy się staliśmy – i uświadomić sobie, że nasze pogaństwo może być właśnie drogą do Betlejem.
Możemy spojrzeć na szopkę i uczynić to, co niegdyś zrobili mądrzy poganie: złożyć wszystkie nasze skarby u stóp Króla.
Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.
Wesołych Świąt wszystkim moim Czytelnikom.
Link do oryginału: https://critiqueanddigest.substack.com/p/whats-this
The Abrahamic Metacritique, 22 grudnia 2025
Hussein Aboubakr Mansour
Urodzony w 1989 roku w Kairze i wychowany w antysemickiej muzułmańskiej rodzinie, jako zradykalizowany student chciał się nauczyć języka wroga i dowiedzieć czegoś więcej o Żydach. Zaczął studiować hebrajską literaturę, co go natychmiast naraziło na przykre doświadczenia z egipską policją. Kiedy zamienił swoje poglądy na Żydów i Izrael został wyklęty przez rodzinę, był aresztowany i torturowany. Brał potem udział w „arabskiej wiośnie” i po kolejnym aresztowaniu uciekł za granicę. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych. Wykłada w Kalifornii na wydziale hebraistyki i walczy z obłędem antysemityzmu.
Od Tłumacza:
Czytelnik może zapytać, czy podzielam te sentymenty mojego ulubionego eseisty? Odpowiedź brzmi: nie wiem, nie jestem pewien. Magia świat Bożego Narodzenia do mnie nie przemawia, ale czasem deklaruję się jako głęboko niewierzący judeo-chrześcijanin, który wiele zawdzięcza wcale nie tak rzadkim pięknie wierzącym. A święta i rytuały? Lubię odległy dźwięk dzwonów, półmrok pustego kościoła, ciszę w katedrze. A jednak, oddaję pod rozwagę, bo coś w tym jest. - A.K.