Bliski Wschód bez dekoracji
Ahmed Fouad Akhtalib z USA, który nie jest "stroną arabską", ale ma w świecie arabskim kontakty tak głębokie, że przeciętnemu korespondentowi z CNN zakręciłoby się w głowie, publikuje to, czego Zachód słyszeć nie chce: że Hamas wykorzystał zawieszenie broni jako czas remontu generalnego, że nie tylko odbudował struktury, ale stworzył nowe milicje, świeże plutony egzekucyjne, nowe punkty kontroli, nowe łapanki, nowe formy zastraszania. Że zatrudnił kobiece oddziały policyjne, by poszerzyć swoje rządy i wypełnić luki tam, gdzie mężczyzn wykrwawiła wojna. Że w ruinach Gazy odrodziło się kompletne państwo Hamasu: administracja, pobór podatków, dyrekcje szkół, tajne sądy, policja religijna, całe wewnętrzne ministerstwa - wszystko, co miało runąć, wróciło silniejsze. I że robi to bezczelnie, jawnie, przez Facebook, na którym Meta kasuje ich strony, a oni wracają szybciej, niż zdążysz wypić kawę.
W tym czasie ONZ, ten wielki balet moralnej impotencji, nie ma najmniejszego problemu z tym, by "eksperci praw człowieka" publicznie świętowali egzekucje Palestyńczyków przez Hamas, jednocześnie wstrzymując oddech, gdy Palestyńska Autonomia zastrasza i zatrzymuje własnego prawnika Mohannada Karajaha.
Zawsze ten sam schemat: Izrael oskarżyć - błyskawicznie, bez dowodów, ze świętym oburzeniem. Hamas usprawiedliwić - szeptem, półsłówkiem, najlepiej w ogóle nie zauważyć. To nie jest podwójny standard. To jest jedyny standard, obowiązujący, nienaruszalny i świętszy niż wszystkie konwencje razem wzięte. A nad tym wszystkim unosi się Katar, kraj, który oszukuje absolutnie wszystkich: Amerykanów, Europejczyków, Arabów, Izraelczyków, własny naród i własnych sponsorów.
Doha na zewnątrz gra wybawcę, mediatora i filantropa, a pod stołem finansuje Hamas jak maskotkę polityczną; wymusza gesty, które wyglądają ładnie w CNN, ale pilnuje, by rdzeń Hamasu nie ruszył się ani o milimetr. To Katar kupuje dziennikarzy, kupuje ekspertów, kupuje narracje, kupuje ciszę. A Zachód, jak zwykle, patrzy i zachwyca się, jak pięknie grają światła na złotych kopułach Doha Forum.
Po drugiej stronie tej samej sceny stoi Barak Ravid, Izraelczyk, który opisuje mechanikę politycznych katastrof z precyzją chirurga: projekty, "innowacje", konstrukcje polityczne, które miały zapewnić stabilność, a okazywały się gniotami wyprodukowanymi przez ludzi, którzy nigdy nie życzyli Izraelowi dobrze. Projekt GHF - katastrofa. Koncepcja nowego "palestyńskiego przywódcy" - farsowa fantazja. Wszystko, absolutnie wszystko kończyło się osłabieniem Izraela i wzmocnieniem Hamasu.
Ravid widzi to od strony państwowej, Akhtalib od strony podziemnej, ale opowieść jest ta sama: ruchy, które świat chwali, zawsze dziwnym trafem działają w interesie Kataru i Hamasu. A potem pojawia się trzeci front, jeszcze groźniejszy, bo niewidzialny: dezinformacja. Ynetnews ostrzega Kneset przed uśpionymi komórkami wpływu - wyrafinowanymi profilami, które udają izraelskich obywateli, budują zaufanie, zbierają społeczności, a gdy przyjdzie sygnał, zamieniają się w fabryki chaosu. To nie boty, nie proste algorytmy, tylko broń psychologiczna nowej generacji, przygotowana przez zagraniczne podmioty, by rozwalić demokrację od środka jednym kliknięciem. Izrael walczy więc nie tylko z rakietami, nie tylko z terrorystami, ale z perfekcyjną machiną manipulacji, w której Katar dostarcza tlen, Hamas dostarcza strach, ONZ dostarcza moralne alibi, a świat dostarcza naiwność, zawsze świeżą, zawsze gotową do użycia.
A ja mogę o tym pisać swobodnie, bez lęku, bez ryzyka. Mnie nikt nie zlikwiduje. Nade mną nie krąży dron, do drzwi nie zastuka milicja, ani lokalne służby. Ja żyję w świecie, w którym prawda nie kosztuje życia. Akhtalib - nie. On wie więcej, niż może powiedzieć. Milczy nie dlatego, że wątpi, ale dlatego, że jego rozmówcy, ludzie z Hamasu, z Gazy, z Kataru, mówią mu prawdę tylko wtedy, gdy mikrofon jest wyłączony, a drzwi zamknięte. To wiedza, którą wypowiada się szeptem. Wiedza, która nie może zostać opublikowana w całości. Wiedza, która zabija, jeżeli wypowie się ją zbyt głośno. I właśnie dlatego trzeba ją powtarzać: nie w imieniu tych, którzy mówią, ale w imieniu tych, którzy boją się mówić.
Bliski Wschód nie jest sceną, na której prawda wychodzi na konferencjach prasowych. Bliski Wschód to miejsce, gdzie prawda żyje w ciemności. A w ciemności widać lepiej - o ile człowiek nie boi się patrzeć.
Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.