Kiedy język obcy staje się na ulicy i w szkole normą
Wystarczy posłuchać rozmów dzieci w szkolnym korytarzu, gdzie francuski coraz częściej jest językiem obcym. Wystarczy zobaczyć, w jakim tempie Republika traci zdolność do reprodukcji własnego kodu kulturowego. Raport OID spisuje to bez emocji, chirurgicznie: wykładniczy wzrost uczniów niefrancuskojęzycznych, których edukacja kosztuje rocznie sto osiemdziesiąt milionów euro. Dziewięć na dziesięć takich dzieci trafia do specjalnych jednostek, często nieefektywnych, obłożonych biurokracją, funkcjonujących jak system równoległy. Jednocześnie ponad 40 procent dzieci poniżej czwartego roku życia to imigranci lub dzieci imigrantów. Ponad jedna piąta uczniów czwartej klasy mówi w domu wyłącznie w języku innym niż francuski. To nie jest "debata ideologiczna". To czysta demografia.
Matematyka nie ma poglądów. I dlatego jest tak bezlitosna. Podobnie jak liczby o wynikach w nauce: potomkowie imigrantów z Azji Południowo-Wschodniej osiągają spektakularne sukcesy, co pokazuje, że imigracja sama w sobie nie jest problemem — problemem jest taki jej model, który nagradza zależność i roszczeniowość, a penalizuje wysiłek i integrację. To nie przypadek, że te same statystyki odsłaniają katastrofalne wyniki wśród imigrantów z Maghrebu i Subsaharyjskiej Afryki, gdzie wskaźniki braku dyplomu dwukrotnie przewyższają wyniki uczniów francuskich. Republika stworzyła system, który nie tyle "wyrównuje szanse", ile zakopuje je w błocie, bo nikt nie ma odwagi powiedzieć tego wprost: są migracje, które przynoszą kapitał kulturowy, i są migracje, które przynoszą kapitał konfliktu.
Szwecja już tę drogę przeszła. Dziś to samo zaczyna dziać się we Francji, choć różnica jest taka, że tutaj wciąż jeszcze udajemy, że problem da się rozwiązać sloganem na konferencji prasowej. Najbardziej przerażający fragment raportu dotyczy nacisków islamistycznych. Wszystko to, o czym nauczyciele mówią półgłosem — obraźliwe słowa "kouffar", "kahba", "gwer", normalizacja przemocy wobec nauczycieli, eksplozja antysemityzmu, odmowa czytania książek, odmowa uczestniczenia w zajęciach, kwestionowanie ewolucji — stało się nową normą w dzielnicach REP. A przypomnijmy, REP obejmuje 21 procent dzieci we Francji, ale aż 61 procent dzieci imigrantów z Afryki Subsaharyjskiej.
Jeżeli ktoś jeszcze wierzy, że szkoła może funkcjonować jak kiedyś, niech posłucha młodych muzułmanów w wieku 18–24 lat: 81 procent z nich deklaruje, że jeśli nauka nie zgadza się z religią, rację ma religia. To nie jest "wyzwanie". To jest frontalne zderzenie. I dlatego dziwią mnie felietony udające, że odkrywają Amerykę. Dziwią mnie okrzyki zaskoczenia, jakby to wszystko nie było widoczne od lat. Jakby trzeba było czekać na raport, żeby móc przyznać, że rzeczywistość istnieje.
Wystarczy spojrzeć na ulicę. Wystarczy wejść do szkoły. Wystarczy zobaczyć, jak bardzo ten kraj zmienił się w ciągu jednej dekady. Nie chodzi o strach przed obcym. Chodzi o strach przed momentem, w którym własny kraj staje się obcy.
Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.