Ułaskawienie czy prawda? Izrael i jego premier w godzinie próby


Anna Grabowska 2025-12-01

Benjamin Netanjahu w sądzie. Źródło: Wikipedia. 
Benjamin Netanjahu w sądzie. Źródło: Wikipedia. 

Francuski czytelnik otwiera dziś Le Monde i widzi tytuł: „Benyamin Netanjahu złożył oficjalną prośbę o ułaskawienie do prezydenta Izraela”. Pierwszy odruch: aha, kolejny odcinek opery mydlanej pod tytułem „demokracja izraelska w stanie permanentnego kryzysu”. Ale kiedy odsiejemy redakcyjne komentarze i zostawimy same fakty, obraz jest dość prosty. Biuro prezydenta Isaaca Herzoga potwierdza: tak, premier – od pięciu lat sądzony za korupcję, oszustwo i nadużycie zaufania publicznego – rzeczywiście złożył oficjalny wniosek o ułaskawienie.

W uzasadnieniu – zarówno w relacji Le Monde, jak i innych mediów – powtarza się ten sam refren: proces „rozrywa kraj od środka”, zmusza szefa rządu do wielogodzinnej obecności w sądzie, utrudnia podejmowanie decyzji w sytuacji wojennej i szkodzi „interesowi narodowemu”. Suche depesze agencyjne brzmią tak samo w Paryżu, Brukseli czy Sydney. Reuters lakonicznie przypomina, że Netanjahu od 2020 roku staje przed sądem w trzech sprawach – znanych jako afery 1000, 2000 i 4000 – obejmujących przyjmowanie kosztownych prezentów (cygara, szampany, biżuteria) od miliarderów oraz podejrzane układy z mediami w zamian za korzystne relacje. Wszystkie zarzuty konsekwentnie odrzuca, nazywając proces „polowaniem na czarownice”, ale jednocześnie właśnie poprosił o coś, co w systemie izraelskiego prawa karnego jest czymś niezwykłym: o ułaskawienie przed wyrokiem.


Nie chodzi tylko o Le Monde, który ma swój wyrobiony filtr i swoje uprzedzenia. RFI, belgijskie 7sur7, kanadyjskie media, marokański portal H24Info – wszyscy powtarzają ten sam, kluczowy komunikat: prośba została złożona, prezydent ją otrzymał, procedura konsultacji z Ministerstwem Sprawiedliwości ruszyła. Dziennikarze podkreślają, że w Izraelu ułaskawienia udziela się zwykle po wyroku, a nie przed. Z kolei media przypominające prorządową optykę eksponują inne elementy: zagrożenie ze strony Iranu, Hezbollahu, sytuację na granicach, konieczność „skupienia się na bezpieczeństwie”, a nie na sądowej buchalterii.


Jest jeszcze jeden, groteskowo symboliczny wątek: Donald Trump, który już wcześniej – publicznie i w liście – wzywał Herzoga, by „po prostu dał Bibiemu ułaskawienie, bo kto by się przejmował cygarami i szampanem”, powtarzając, że to niesprawiedliwe, polityczne postępowanie. I owszem, list dotarł do Jerozolimy, co potwierdził urząd prezydenta. Teraz, po oficjalnym wniosku Netanjahu, wygląda to tak, jakby Biały Dom pisał list polecający dla znajomego polityka z sąsiedztwa.


I w tym momencie wchodzi pytanie, które zadaję sobie jako osoba absolutnie proizraelska, ale nie ślepa: czy to jest obrona państwa, czy już tylko obrona jednego człowieka przed konsekwencjami? I czy można jednocześnie stać murem za bezpieczeństwem Izraela – i domagać się, żeby premier tego państwa stanął normalnie przed sądem, do końca, bez żadnej prezydenckiej poduszki bezpieczeństwa?


Trzeba zacząć od rzeczy oczywistej, którą wielu w Europie udaje, że nagle zapomniało: Izrael jest w realnym, nie metaforycznym zagrożeniu. Strefa Gazy, Judea i Samaria (West Bank), Hezbollah, Iran, projekty korytarzy bezpieczeństwa, drony, rakiety, porwani obywatele, granice, które nigdy nie są naprawdę „ciche”. To nie jest skandynawska demokracja z problemem cen prądu, tylko państwo, które płaci codzienną cenę za samo istnienie. W takich warunkach utrudnianie pracy rządu wielogodzinną obecnością premiera w sądzie naprawdę jest problemem – i udawanie, że to nic nie znaczy, jest intelektualną nieuczciwością.


Ale teraz druga strona równania. Jeżeli akceptujemy zasadę, że bezpieczeństwo daje premierowi moralny immunitet na wszystko – od przyjmowania prezentów po dogadywanie się z mediami – to właśnie wtedy rozwalamy to, co w Izraelu jest najcenniejsze: wiarę, że państwo żydowskie nie opiera się na kulcie jednostki, tylko na prawie. Właśnie dlatego, że tyle razy w historii Żydzi byli ofiarami bezprawia, arbitralności i bezkarności, Izrael nie może sobie pozwolić na luksus powiedzenia: „No dobrze, ale tego jednego człowieka rozliczać nie będziemy, bo jest nam wygodny”.


Netanjahu ma dziś związane ręce – to prawda. Każda rozprawa to godziny, których nie poświęca na sztab kryzysowy, na rozmowy z armią, na negocjacje międzynarodowe. Tylko że Netanjahu nie rządzi sam. Izrael nie jest ani monarchią, ani dyktaturą jednego generała. Istnieje gabinet bezpieczeństwa, ministrowie, szef sztabu, MOSAD, sztaby, eksperci, cała machina państwa. Jeśli cały system zawiesza się na tym, że jedna osoba siedzi w ławie oskarżonych – to nie jest problem sądu, to jest problem konstrukcji władzy.


Nie kupuję też narracji, że sam proces automatycznie jest „politycznym polowaniem” tylko dlatego, że oskarżony jest kontrowersyjny i ma wrogów. Oczywiście, że ma wrogów – jak każdy polityk. Oczywiście, że lewica, część mediów, część elit akademickich marzy o jego upadku. Ale to, że ktoś ma politycznych przeciwników, nie jest jeszcze dowodem, że wszystkie zarzuty są zmyślone – bądź odwrotnie.


Od 2019 roku, kiedy ogłoszono akt oskarżenia, szczegóły spraw – prezenty, kontakty z biznesmenami, próby wpływu na linie redakcyjne – są znane opinii publicznej i wielokrotnie analizowane, także przez media dalekie od antyizraelskiego obłędu.


Jeżeli dziś premier twierdzi, że większość dowodów jest „spreparowana”, chętnie usłyszałabym nie tylko to słowo, ale konkret: które, przez kogo, w jaki sposób, na jakim etapie postępowania. „Wszystko jest spiskiem” – to jest język mediów społecznościowych, nie poważnej obrony w procesie karnym. Oczywiście, adwokaci będą podważać każdego świadka, każdy dokument, każdy mail. Od tego są. Ale między podważaniem wiarygodności a rzucaniem ogólnego „to wszystko wymyślone” jest przepaść.


W dodatku dochodzi jeszcze jeden smaczek: jeszcze kilka tygodni temu Netanjahu w izraelskich mediach mówił, że nie przyjmie ułaskawienia, jeśli miałoby to oznaczać przyznanie się do winy i konieczność odejścia z polityki. To było stanowisko spójne: albo pełne uniewinnienie w sądzie, albo nic. Teraz mamy prośbę o łaskę – bez przyznania się, bez rezygnacji, po prostu z argumentem „to w imię jedności narodowej”. Trudno nie zauważyć, że linia się przesunęła.


Nie jestem naiwna. Rozumiem, że władza nie lubi być rozliczana, a premier kraju w stanie permanentnego zagrożenia będzie grał wszystkimi kartami naraz: bezpieczeństwo, jedność, zasługi z przeszłości, osobiste relacje z zagranicznymi liderami. Widzę też, jak chętnie z tej sytuacji korzystają jego przeciwnicy – dla których każda rysa na wizerunku Netanjahu jest okazją, by podważyć nie tylko jego, ale i cały projekt państwa żydowskiego. I właśnie dlatego nie chcę, żeby ta sprawa została zamieciona pod dywan.


Bo wtedy obie strony dostają dokładnie to, czego pragną najbardziej: jedni – bezkarność, drudzy – wygodny mit „Izrael jak każdy skorumpowany bantustan”.


Jestem po stronie Izraela, ale to nie oznacza, że jestem po stronie bezkarności przywódców. Być proizraelskim nie znaczy klaskać każdemu premierowi, który obiecuje bezpieczeństwo, ale jednocześnie traktuje prawo jak przeszkodę, a nie jak fundament. Państwo żydowskie będzie wiarygodne na świecie nie tylko liczbą Iron Dome’ów i precyzyjnych bombardowań, lecz także tym, czy potrafi spokojnie, uparcie doprowadzić do końca proces własnego premiera, jeśli są ku temu poważne podstawy.


Dlatego mówię jasno: uważam, że ten proces powinien zostać doprowadzony do końca. Do ostatniego świadka, ostatniego cross-examination, ostatniego zdania w uzasadnieniu wyroku.


Jeżeli Netanjahu ma rację i dowody są kruche, naciągane, zmanipulowane – niech to będzie widać czarno na białym w orzeczeniu. Jeśli nie ma racji – niech padnie wyrok skazujący, z pełną świadomością konsekwencji. Osobiście, politycznie, historycznie.


Inaczej wysyłamy przyszłym pokoleniom sygnał: wystarczy być dostatecznie wysoko, mieć dostatecznie wielu przyjaciół na salonach i w Białym Domu, a prawo zawsze się jakoś „dopasuje”.


Wiem, że dla wielu takie stanowisko jest niewygodne. Łatwiej jest powtarzać slogany: „w czasie wojny nie tyka się przywódcy”, albo z drugiej strony: „każdy zarzut wobec Bibiego to dowód, że Izrael jest z gruntu skorumpowany”. Ja nie chcę ani bałwochwalstwa, ani nienawiści. Chcę czegoś znacznie trudniejszego: normalności.


Normalności, w której premier kraju walczącego o przetrwanie może być jednocześnie podziwiany za determinację wobec Iranu – i osądzony za swoje prywatne układy z miliarderami. Normalności, w której państwo potrafi jedną ręką bronić granic, a drugą – prowadzić żmudny, nudny, wieloletni proces, bo tak działa państwo prawa.


Stoję po stronie Izraela. Ale właśnie dlatego stoję też po stronie sprawiedliwości.


Chcę, żeby za dwadzieścia, trzydzieści lat młodzi Izraelczycy nie dorastali w przekonaniu, że jeśli „twoje nazwisko jest odpowiednio ciężkie”, to możesz wziąć, co chcesz, a potem poprosić o łaskę w imię „jedności narodowej”.


Chcę, żeby wiedzieli, że zasługi są zasługami, wojna jest wojną, a prawo jest prawem. I że żadne cygara, żadne szampany i żadne wielkie przemowy o „ciężarze odpowiedzialności za bezpieczeństwo” nie są przepustką do świata bez konsekwencji.


Dlatego – z pełną świadomością, że to nie jest modne ani wygodne – mówię: proces do końca. Bez łaski przed prawdą.


Proszę nie wzywać mnie do ewentualnej dyskusji – to moja przemyślana, prywatna ocena, do której mam prawo jak każdy. To wszystko, co miałam do powiedzenia na ten temat. Miłej niedzieli.


Źródła:

https://www.reuters.com/.../netanyahu-officially-asks.../

https://www.politico.com/.../netanyahu-submits-request...

https://www.theguardian.com/.../benjamin-netanyahu-asks...

https://www.reuters.com/.../trump-says-netanyahus-trial.../

https://www.timesofisrael.com/netanyahu-insists-he-wont.../

 

Od redakcji Listów z naszego sadu


Śledztwo rozpoczęło się dziesięć lat temu, sam  proces trwa od siedmiu lat. W tym czasie nie udowodniono premierowi Netanjahu ani jednego naruszenia prawa. Propozycja ratowania kraju przed ostateczną kompromitacją Sądu Najwyższego przez ułaskawienie bez wyroku padła kilka lat temu ze strony ówczesnego redaktora naczelnego „Jerusalem Post”, a później ostrożnie podchwycił ten pomysł prezydent Herzog.

Przyjęcie teraz tej propozycji przez premiera budzi najwyższe zdumienie. Adwokat premiera w liście do prezydenta pisze:

„Premier zrzeka się prawa do prowadzenia postępowania sądowego w świetle potrzeby doprowadzenia do zjednoczenia narodu. Jeśli postępowanie sądowe zostanie doprowadzone do końca, zakończy się ono całkowitym uniewinnieniem”.

Sam premier Netanjahu w swoim liście do prezydenta stwierdza między innymi:

„Jestem świadomy, że toczący się proces w mojej sprawie zamienił się w punkt intensywnych sporów. Ponoszę szeroką odpowiedzialność publiczną i etyczną, rozumiejąc konsekwencje wszystkich wydarzeń. Z tego powodu, mimo mojego osobistego interesu w prowadzeniu tego procesu i udowodnieniu mojej pełnej niewinności, uważam, że interes publiczny nakazuje inaczej.”

Wiem, że czegoś w tym wszystkim nie wiem. Wtrącanie się prezydenta Trumpa w ten cyrk jest delikatnie mówiąc niesmaczne. Obawiam się, że konsekwencje będą dokładnie odwrotne od zamierzonych. Ułaskawienie od zarzutów otwiera drogę do podtrzymywania zarzutów. To jest kpina z wymiaru sprawiedliwości.