Rycerze domniemanych oczywistości raz jeszcze
Pisałem w tej książce o emigracyjnej odmianie Konfederacji Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego, świadomie lub podświadomie unikając głębszej analizy tego, co Adam Michnik nazywał „lewicą laicką”. Sam wyrastałem w domu, w którym w świątek i piątek słyszałem, że Piłsudski wysiadł z tramwaju „socjalizm” na przystanku „niepodległość”; że wschodnioeuropejscy socjaliści obiecywali chłopom, iż robotnikom będzie lepiej; że lewica może naprawiać wady kapitalizmu, ale nie może go zastąpić. W domowej bibliotece był Ciołkosz, Abramowski i inni, ale często słyszałem ostrzeżenia przed pięknymi słowami, które zmieniają się w utopię, kiedy proletariat umysłowy łączy się z proletariatem fizycznym i zdobywa władzę, obiecując nowy, wspaniały świat.
Jak wielu innych, byłem lewicowym antykomunistą – najpierw szukającym drogi do socjalizmu z ludzką twarzą, potem socjalizmu pogodzonego z faktem, że oparta na prywatnej własności produkcja jest nieodmiennie bardziej innowacyjna i wydajna, a wreszcie – socjalizmu pogodzonego z demokracją.
Jacek Kuroń i skupiona wokół niego krajowa lewica budzili podziw odwagą występowania z otwartą przyłbicą, równocześnie moje skandynawskie doświadczenia skłaniały do niepokoju. Już wcześniej, przed wyjazdem na emigrację, pracując przez kilka lat jako socjolog w Związku Zawodowym Metalowców, zdawałem sobie sprawę z dylematu, jakim jest żądanie podwyżek niezależnie od zysku. W kapitalistycznym systemie związki zawodowe domagają się sprawiedliwego podziału zysków – przynajmniej tak głosiła teoria – i zdawałem sobie sprawę z dylematu, jakim jest oczekiwanie sprawiedliwszego podziału zysków w sytuacji, w której zamiast zysku jest plan.
W Szwecji byłem świadkiem trudności zrozumienia przez ruch związkowy tego, że w warunkach kryzysu domaganie się podwyżek może prowadzić do przyspieszenia bankructwa i utraty miejsc pracy. Tymczasem to, co w krajach zachodnich było trudne do zrozumienia, w krajach socjalistycznych było niewyobrażalne – samo bankructwo wielkich przedsiębiorstw przemysłowych nie wchodziło w rachubę, a słowo „zysk” praktycznie nie istniało ani w słowniku wolnych związków zawodowych, ani w słowniku lewicy domagającej się socjalizmu i demokracji.
W pierwszych latach „Solidarności” tylko raz, ze Szczecina, dotarł głos jasno stwierdzający, że przemysł musi zacząć zarabiać, dostarczając wsi potrzebnych jej środków produkcji.
Idea socjalizmu pod hasłem „każdemu według potrzeb” ukrywa fatalne w skutkach założenie, że redystrybucja może zastąpić rynkową wartość pracy.
Oczywiście w tamtych czasach strajki robotników wielkiego przemysłu były najważniejszym, jeśli nie jedynym młotem na komunistyczną władzę. Wiązanie robotniczych oczekiwań z zyskiem przedsiębiorstw, w których pracują, wydawało się zbędną komplikacją. W efekcie władze ustępowały, drukując pieniądze (co pozwalało na ustępstwa i chwilowe uspokojenie sytuacji) i reformowały gospodarkę w granicach dozwolonych przez ZSRR i ograniczonych przez trwanie w systemie socjalistycznej gospodarki.
Czy można być socjalistą i zwolennikiem kapitalizmu? Engelsowi doskonale się to udało – i nie tylko jemu. Problem w tym, że tu nie chodzi o przeznaczanie części własnych zysków na propagowanie utopii. Niemarksistowska lewica od zarania poszukiwała drogi do połączenia sprawy poprawy położenia pracowników najemnych ze wzrostem wydajności. Marksizm znakomicie upraszczał rzeczywistość i tym samym okazał się bardziej atrakcyjny, jako bardziej moralny, sprawiedliwy i kuszący.
Po Jacku Kuroniu w narodzie została praktyka i pamięć kuroniówki, a nosicielami marksistowskiego socjalizmu są dziś nie tylko tacy politycy jak Adrian Zandberg czy Włodzimierz Czarzasty, ale i ci, którzy w 1989 roku forsowali prywatyzację i uczciwie szukali drogi do pogodzenia socjalizmu z demokracją.
Lewica ma na swoim koncie wiele wspaniałych osiągnięć. Jej podstawowy cel – wsparcie i wzmocnienie jednostek najbardziej narażonych z powodu ubóstwa, utraty pracy, dyskryminacji płacowej, czy też z powodu płci, rasy lub wyznania – prowadził w świecie zachodnim do zmian cywilizacyjnych. Tak, to głównie lewica wymusiła radykalne podwyżki płac pracowników najemnych, skrócenie dnia pracy, ubezpieczenia chorobowe, eliminację pracy dzieci, płatne urlopy, prawa głosu kobiet. Lewica zwracała uwagę na nierówności płacowe kobiet i mężczyzn, domagała się powszechnej i bezpłatnej oświaty, powszechnej ochrony zdrowia i płac minimalnych.
Te trzy ostatnie sukcesy ujawniły poważne błędy w założeniach. Szkolnictwo publiczne zawiodło. Kilkadziesiąt lat temu brytyjski przemysłowiec wywołał burzę, stwierdzając, że gdyby publiczna oświata była przedsiębiorstwem rynkowym, musiałaby dawno temu zbankrutować. Część klasy średniej i klasa wyższa wysyła swoje dzieci do szkół prywatnych. (Robi to również awangarda proletariatu siedząca na wysokich stołkach.) Przyczyn jest wiele, ale być może najważniejszą z nich było zdjęcie odpowiedzialności za wychowanie i naukę dzieci z rodziców i lokalnych wspólnot oraz przerzucenie jej na państwo. Centralne planowanie nie dostarcza jednak rzetelnych towarów.
Podobnie jak reformy szkolnictwa publicznego nieodmiennie zawodzą, również publiczna opieka zdrowotna wydaje się być odporna na próby jej usprawnienia. Pobożne życzenia nie chcą się spełniać. (Drobny przykład z refundacją leków – jako tzw. senior, mimo że jestem względnie zamożny, dostaję większość leków za darmo, tymczasem wielu ludzi rezygnuje z przepisanych przez lekarza lekarstw, bo ich na to nie stać.)
Podnoszenie płac minimalnych powoduje wzrost bezrobocia i obciążeń socjalnych państwa, co jest udowodnione ponad wszelką wątpliwość przez wielokrotne badania. Sprawa jest prosta – kiedy płace pracowników są wyższe niż zysk wypracowany przez ich wydajność, przedsiębiorca ma wybór: albo automatyzacja, albo bankructwo. Rozwiązaniem (nie zawsze możliwym) jest podnoszenie kwalifikacji.
Lewica lubi myśleć, że cały zysk idzie do kieszeni kapitalisty, a kapitalista myśli wyłącznie, jak oszukać swoich pracowników.
Myśląc o tym, co się stało w Polsce i jak lewicowa antykomunistyczna opozycja najpierw oderwała się od marksistowskich schematów myślenia, forsowała terapię szokową, a potem do niej wróciła pokusa marksistowskiej utopii, mam wrażenie, że sprowadza się to do dwóch wątków: tradycji rodzinnej i jej wsparcia zachodnimi autorytetami.
Wiele zachodnich autorytetów ekonomicznych, instytucji międzynarodowych, ale również religijnych zostało przejętych przez ludzi przepojonych marksistowską ideologią. Podobnie jak – zdaniem Marcina Lutra – chrześcijaństwo zostało porwane przez instytucję papiestwa, tak dziś świeckie instytucje, takie jak ONZ, Światowy Bank, ale również uniwersytety i media głównego nurtu, zostały zdominowane przez ludzi kierujących się marksistowskim rozumowaniem.
Protestantyzm (niezależnie od tego, co myślimy o teologii) częściowo odblokował ruchliwość społeczną, zmniejszając trudność przejścia do gospodarki towarowej i ułatwiając wzrost tej ruchliwości.
Oświecenie, rewolucja przemysłowa i rozwój republikańskiej demokracji pociągnęły za sobą kolejną przebudowę ładu społecznego. W obydwu przypadkach widzieliśmy zmiany, które nie dla wszystkich były korzystne, a fala niezadowolenia i kłopotów z tożsamością pociągnęła za sobą falę antysemityzmu.
Zdumiewające zjawisko – poszukiwania winnego zmian, które dla wielu były niepokojące i niezrozumiałe.
Wskazanie palcem na Żydów było i najłatwiejsze, i apelowało do najszerszych mas z powodu głębokich korzeni i dobrze znanych mechanizmów szybkiego budzenia wirusa nienawiści.
To, co zdumiewa najbardziej, to pełna, niemal stuprocentowa korelacja między pokusą powrotu do marksistowskich schematów myślenia a pokusą antysemityzmu skrytego za bezkrytycznym antysyjonizmem. Czy głównym problemem jest potrzeba przynależności i pokusa grupowego myślenia? Nie ma tu prostych wyjaśnień. Pozostaje widoczny jak na dłoni fakt podporządkowania wizji świata klanowym antagonizmom. Cokolwiek robią ONI, MY musimy widzieć odwrotnie.
Porwane autorytety dostarczają wykoślawionego obrazu rzeczywistości, co utwierdza w przekonaniu, że mamy w ręku wszystkie „dowody” słuszności naszych przekonań. Niepewność, zadawanie pytań – naraża na ostracyzm. Rycerze domniemanych oczywistości mają silne morale – dają głowę za to, że nie ma powodu do jakiegokolwiek wątpienia. Efektem jest jednak utrata tradycyjnych lewicowych wartości, absurdalny sojusz z wrogami demokracji i psu na budę zdające się poczucie moralnej wyższości.
Na zupełnie innym planie obserwuję trudności młodych ludzi z zaakceptowaniem faktu, że są już dorośli, a dojrzałość wymaga przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Rycerze domniemanych oczywistości stanowczo odmawiają samodzielnego myślenia. Namawianie ich do takiej herezji w najlepszym przypadku wywołuje wzruszenie ramion, czasem – pełne oburzenia wrzaski, czasem – skoordynowane akcje zmierzające do uciszenia niebezpiecznego szaleńca.