Pomysły Demokratycznych Socjalistów Ameryki są niemoralne, niespójne i głupie
Jednym z najbardziej użytecznych narzędzi w ramach Derechologii (neologizm utworzony od hiszpańskiego słowa derecha – A.K.), którą tworzę, jest test falsyfikowalności.
W skrócie polega on na zadaniu prostego, lecz potężnego pytania: czy kluczowe założenia twojego systemu moralnego lub politycznego są weryfikowalnie fałszywe? Jeśli system opiera się na założeniu, które załamuje się pod naporem rzeczywistości empirycznej, cała moralna architektura zbudowana na jego podstawie staje się niestabilna – bez względu na to, jak szlachetne są intencje.
Zastosujmy ten test do Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA).
DSA jest w istocie ruchem marksistowskim, choć stara się go ubrać w bardziej strawne dla wyborców szaty. Nietrudno jednak zauważyć, że duża część retoryki DSA, odziedziczona po marksistowskich ramach ideowych, opiera się na fundamentalnym binarnym podziale, co jasno widać w dokumencie strategicznym z 2016 roku:
„Podstawową relacją społeczną w kapitalizmie jest relacja między pracownikiem a kapitalistą (pracownikiem a pracodawcą), a wyzysk pracowników przez kapitalistów jest głównym źródłem zyskowności w systemie kapitalistycznym”.
Podobnie brzmi fragment oświadczenia z 2024 roku:
„Elity – klasa kapitalistyczna... żyją dzięki wyzyskowi pracy klasy pracującej i czerpią z nas czynsz... Rozwiązaniem jest przejęcie władzy politycznej przez klasę pracującą”.
Te i wiele innych stwierdzeń przedstawiają klasę pracującą jako cnotliwą ofiarę, a klasę kapitalistyczną jako wyzyskujących oprawców. To nie jest tylko opis strukturalny. To roszczenie do moralnej oceny: system traktuje pozycję strukturalną jako cechę definiującą moralność osoby lub grupy.
Tymczasem wystarczy chwila refleksji, by dostrzec, że świat pracy nie jest binarny. Amerykańskie Biuro Statystyki Pracy podaje, że dziesiątki milionów ludzi pracuje jako menedżerowie – ale nie należą do najwyższej kadry zarządzającej. Oznacza to, że są jednocześnie zarządzającymi i pracownikami.
Socjaliści wymyślają dziwaczne i sprzeczne sposoby radzenia sobie z tą rzeczywistością. Czasem traktują ich jako pracowników, czasem jako kapitalistyczne elity, inni tworzą nową kategorię – tzw. „klasy profesjonalno-zarządcze”, a jeszcze inni twierdzą, że taka klasa w ogóle nie istnieje.
Ignorują też – albo próbują tłumaczyć – fakt, że istnieje wiele firm, w których pracownicy są traktowani uczciwie i są zadowoleni. Są menedżerowie, którzy rzeczywiście walczą o swoje zespoły. Są ludzie, którzy zaczynali na hali produkcyjnej, a skończyli w zarządach firm – nie dlatego, że zdradzili swoją klasę, lecz dlatego, że się rozwijali, przewodzili i dostosowywali.
Nie chodzi o to, że nie istnieją realne bariery strukturalne – oczywiście, że istnieją. Ale odmowa uznania przepuszczalności granic klasowych czyni podstawowe założenie binarności klas fałszywym empirycznie i niebezpiecznym moralnie. Próby łatania tej luki przez tworzenie nowych teorii i teoryjek, które mają „tłumaczyć” rzeczywistość, tylko pogłębiają problem – bo to rzeczywistość podważa teorie, a nie odwrotnie.
Fałszywe założenie kompromituje filozofię, która na nim bazuje.
Ale istnieje jeszcze jedno domyślne założenie, na którym opierają się współcześni socjaliści – mianowicie sposób definiowania klasy uciskanej. Być może dzieje się tak dlatego, że zdają sobie sprawę, iż obecna gospodarka nie opiera się już na robotnikach fabrycznych, a fakty z XIX wieku o wyzysku pracowników i okropnych warunkach pracy nie przekładają się na pracowników biurowych ani nawet magazynierów w Walmartach. Dlatego próbują dziś włączyć do „klasy pracującej” mniejszości lub imigrantów – wspierając się przy tym solidną dawką propagandy.
Ale robiąc to, socjaliści ponownie ignorują rzeczywistość. Tyle jest przeszkód na drodze do sukcesu, ile ludzi. Niepełnosprawność, położenie geograficzne, znajomość języka, cechy osobowości – to wszystko są realne wyzwania. Wybierając niektórych ludzi jako „oficjalnie uciskanych”, marginalizują innych i wzmacniają nierówności, które rzekomo chcą zwalczać.
Socjalizm ma na celu zastąpienie przywódców politycznych pracownikami, którzy rzekomo lepiej rozumieją ich zmagania. Spójrzmy więc na nowo wybranego burmistrza Nowego Jorku, Zohrana Mamdaniego. Całe jego doświadczenie jako „pracownika” to kilka lat pracy w charakterze doradcy ds. zapobiegania eksmisjom w Queens, pomagający ubogim właścicielom domów. Nie wiem, czy pracował dla organizacji non-profit, czy agencji rządowej, ale tak czy inaczej – nie ma żadnego doświadczenia pracy dla „opresyjnego kapitalisty”, który wyzyskiwałby go dla zysku.
Jakie więc kwalifikacje posiada, jako socjalista, by rządzić miastem, skoro nie ma żadnego doświadczenia z wyzyskiem pracowniczym? Przecież cały sens socjalizmu polega na tym, by to pracownicy stali się liderami, a nie samozwańczy socjaliści. Wybór osoby spoza klasy pracującej na lidera politycznego przeczy całemu założeniu socjalizmu.
Co gorsza, przyjrzyjmy się jego kampanii. Miał setki pracowników kampanii, którym płacił pensje. Oznacza to, że – według definicji socjalistycznej – Mamdani należał do kapitalistycznej elity, która wyzyskiwała swoich pracowników dla osiągnięcia własnych celów! Można wręcz argumentować, że ma więcej doświadczenia jako lider organizacji niż jako „prawdziwy” pracownik.
Marksizm domaga się rewolucji. DSA musi publicznie modyfikować filozofię, by zmieścić ją w ramach demokracji. Ale nie udało im się stworzyć spójnej alternatywy, więc całość sprowadza się do wybierania nie pracowników, lecz socjalistów, którzy odgrywają rolę uciskanych robotników.
Rezultatem jest niespójny, niemoralny bałagan, który nie potrafi sformułować żadnej pozytywnej wizji.
Wymóg sprawiedliwości jest realny. Ale redukowanie moralnej podmiotowości do klasowego cosplayu rozpada się pod naporem rzeczywistości. System, który odmawia ludziom złożoności, zawsze ich zdradzi – nawet tych, których rzekomo reprezentuje.
Link do oryginału: https://elderofziyon.blogspot.com/2025/11/the-democratic-socialists-of-america.html
Elder of Ziyon, 17 listopada 2025