2025: Rok, w którym terroryzm islamski został zaakceptowany przez główny nurt


Daniel Greenfield 2025-11-24


Al-Kaida, Hamas i terroryzm islamski stały się politycznie akceptowalne.


Flagi Hamasu i Hezbollahu stały się w roku 2025  stałym elementem krajobrazu kampusów należących do Ligi Bluszczowej. Burmistrzem Nowego Jorku został muzułmański imigrant, który publicznie obejmował się z osobą powiązaną z współsprawcą zamachów bombowych w tym mieście. Wysłannicy prezydenta prowadzili rozmowy z Hamasem, a lider Al-Kaidy, na którego niegdyś wyznaczono 10 milionów dolarów nagrody, odwiedził Biały Dom i spotkał się z prezydentem.


Ta akceptacja terroryzmu islamskiego nie nastąpiła z dnia na dzień. Dziesięć lat temu administracja Obamy wspierała bojówki Al-Kaidy, które ostatecznie przejęły Syrię, oraz po raz pierwszy zmusiła Izrael do negocjacji z Hamasem po porwaniu i zamordowaniu trzech nastolatków.


To, co dekadę temu działo się pod przykrywką zaprzeczenia (rząd udawał, że wspiera Wolną Armię Syrii, rzekomo „demokratyczny” i „świecki” ruch, choć krytycy, tacy jak ja, wskazywali, że to jedynie Al-Kaida w przebraniu, albo że negocjatorzy nie spotykali się bezpośrednio z Hamasem, a grupy antyizraelskie na kampusach popierały BDS, a nie masowe mordy) dziś odbywa się jawnie.


To, jak doszliśmy do tego punktu, było nieuniknione, odkąd amerykańscy przywódcy zareagowali na 11 września, próbując rozróżniać „dobrą” i „złą” islamizację, „umiarkowanych” i „radykałów”, „dobrych” i „złych” terrorystów — w nadziei, że uda się w ten sposób podzielić wroga.


Fałszywe rozróżnienie na „umiarkowanych” i „radykałów”, którego żaden przywódca muzułmański ani ruch islamski nigdy faktycznie nie zaakceptował, nie podzieliło terrorystów — prowadziło do zaakceptowania ich przez  główny nurt. Straciliśmy zdolność wyznaczania granic, a wraz z nią — poczucie tego, kim jesteśmy, kim są oni i co tak naprawdę chcieliśmy osiągnąć, tocząc z nimi walkę. W końcu wszystko sprowadziło się do tego, by tylko znaleźć kogoś, komu moglibyśmy się poddać.


Opportunistyczna polityka realna doprowadziła nas do wniosku, że „umiarkowana” jest każda islamska organizacja terrorystyczna, która potrafi udawać, że nie jest naszym wrogiem, a „radykał” to ta, która nie chce nas okłamywać. Dziś tylko najczyściej ekstremistyczni terroryści z ISIS uznawani są za zagrożenie, podczas gdy przywódca Al-Kaidy, niegdyś sojusznik ISIS, który przejął Syrię, dołączył do naszej koalicji przeciwko ISIS.


Ameryka doszła do punktu, w którym sprzymierza się z „umiarkowaną” Al-Kaidą przeciwko „radykalnej” Al-Kaidzie.


Choć wizyta Al-Dżulaniego w Białym Domu była szczytem upadku, bolesna prawda jest taka, że wcześniej sprzymierzaliśmy się z watażkami Talibów w Afganistanie — pod warunkiem, że akurat nie byli oficjalnie członkami Talibów — i wspieraliśmy bojówki Al-Kaidy w Syrii, dopóki udawały, że nie są Al-Kaidą. To, co w danym momencie wydawało się sprytną grą polityczną, nie zmieniło terrorystów — zmieniło nas, zaniżając definicję terroryzmu niemal do zera.


Z tego samego powodu daliśmy się nabrać na obietnice „pokojowego przekazania władzy” w Afganistanie, a teraz prezydenccy wysłannicy spotykają się z liderami Hamasu, chwaląc ich za „zawieszenie broni”. Zamiast znaleźć prwadziwie umiarkowanych, porzuciliśmy wszelkie standardy.


Na uniwersytetach i w liberalnym środowisku politycznym poparcie dla „pokojowego oporu wobec Izraela” ustąpiło miejsca poparciu dla 7 października i brutalnych mordów na Żydach. Po początkowej, kurtuazyjnej odrazie, głos poparcia dla terrorystów — w tym Zohrana Mamdaniego — zwyciężył poprzez moralny pragmatyzm oparty na kłamstwach o ludobójstwie. Wystarczyło długo oskarżać Izrael o najgorsze zbrodnie, by żadna taktyka — nawet gwałty i palenie dzieci żywcem — nie wydawała się zbyt odrażająca.


Akceptacja terrorystów islamskich następuje wtedy, gdy myślimy o wszystkim innym — stabilizacji regionu, zakończeniu walk, okropnościach wojny, lokalnych konfliktach plemiennych — zamiast skupić się na tym, co właściwie robimy i jakie będą długofalowe skutki normalizacji terroryzmu.


Kiedy OWP i jej wspierani przez Sowietów dżihadyści zaczęli porywać samoloty, świat potępił to, po czym… nagrodził. W 1977 roku Jimmy Carter jako pierwszy prezydent wezwał do utworzenia państwa palestyńskiego. Co zrobiła OWP, by na to zasłużyć? Porywała samoloty.


Co zrobił Hamas i OWP, by tym razem zasłużyć na państwo? Masakrę 7 października.


Co zrobiła frakcja Al-Kaidy, która przejęła Syrię, by zasłużyć na wizyty dyplomatów wysokiego szczebla? Przejęła Syrię.


I dlatego właśnie przegraliśmy „wojnę z terroryzmem” — bo nie walczyliśmy, by wygrać, lecz by się dogadać. U podstaw każdej z tych prób kompromisu leżało założenie, że cele dżihadystów są ograniczone, że zadowolą się częścią Izraela, Afganistanu czy Syrii — i nie będą chcieli więcej.


Wiara w to, że można spełnić żądania terrorystów i nie zachęcić ich do dalszych działań, jest naiwną i błędną iluzją.


Zgadzając się na ich żądania, nie zapewnialiśmy sobie pokoju, lecz dawaliśmy im zaliczkę — palec, który później wymienią na rękę; kraj, który później zamienią na świat. Nie ma umiarkowanego islamskiego dżihadysty, który zadowoli się czymkolwiek mniejszym niż to, co obiecał mu Koran. Mężczyźni gotowi zabijać i umierać za obietnicę raju nie są skłonni do kompromisów.


Nasze kompromisy nie przyniosły pokoju z islamem — zniszczyły naszą zdolność do oporu nawet wobec najgorszych dżihadystów i ich najgorszych zbrodni, bo nauczyliśmy się akceptować zło.


Uniwersytety, które niegdyś gloryfikowały Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny, dziś wieszają flagi Hamasu, a wkrótce powieszą flagi ISIS. Zaprosiliśmy lokalnego lidera Al-Kaidy do Białego Domu i negocjowaliśmy z Hamasem — jak długo jeszcze, zanim zaczniemy bezpośrednio rozmawiać z Al-Kaidą i zapraszać ISIS?


Dziesięć lat temu trudno było znaleźć jawnych zwolenników terroryzmu islamskiego w naszym otoczeniu. Dziś, zwłaszcza na niektórych uniwersytetach i w liberalnych kręgach, są wszędzie. Czy na tym się skończy?


Oczywiście, że nie.


Jeśli z tej sytuacji można wyciągnąć jakąś lekcję, to taką, że to się nie skończy. Radykalne ruchy nie znają hamulców. My też ich nie mamy, gdy raz zaczniemy ich zadowalać. Ta sama kultura polityczna, która znormalizowała każdą dewiację i zło, teraz normalizuje terroryzm islamski. Iluzja „umiarkowanego” i „radykalnego” terrorysty rozpadła się tak bardzo, że prawie nikt już do niej nie wraca.


Al-Kaida, ISIS i Hamas — tak jak nasi radykałowie polityczni — pokazali, że potrafią rozbić mury cywilizowanego porządku przerażającymi czynami i uczynić z nich nową normę.


Cokolwiek stanie się następnym razem, nauczymy się to akceptować — aż do chwili, gdy obudzimy się i zaczniemy wyznaczać granice. Lub obudzimy się i zdamy sobie sprawę, że już nie mamy władzy, by je wyznaczać.


Rok 2025 to rok, w którym terroryzm islamski stał się głównym nurtem. Rok 2026 może być tym, w którym przestaniemy to tolerować.


Link do oryginału: https://jihadwatch.org/2025/11/2025-the-year-islamic-terrorism-went-mainstream

Jihad Watch, 15 listoipada 2025