Nowe uroki starej utopii. Marks, Mamdani i marazm
Zrozumienie tego stereotypu wymaga sięgnięcia do doświadczeń Thomasa Sowella, amerykańskiego ekonomisty i filozofa, który dziś, w wieku 95 lat, uważany jest za jednego z najbardziej poważanych autorytetów w USA. Sowell urodził się w biednej rodzinie w Karolinie Północnej. Jest czarny, doskonale wie, co znaczy dyskryminacja. W młodości był marksistą: poglądy zmienił pod wpływem badań nad skutkami wprowadzania coraz wyższych stawek płacy minimalnej, które prowadził jako stosunkowo młody ekonomista. Zauważył, że wprowadzanie tych stawek prowadzi do wzrostu bezrobocia.
Pisałem o tej historii wcześniej, ale teraz, na marginesie wyborów burmistrza Nowego Jorku, przypomniał ją — o trzy pokolenia młodszy od Sowella — inny czarny amerykański intelektualista, Coleman Hughes.
W 1960 roku, jako trzydziestolatek, Sowell odbywał staż w Departamencie Pracy. Zajmował się analizą przemysłu cukrowniczego w Portoryko, gdzie obowiązywała federalna płaca minimalna. Analizując dane, zauważył niepokojącą zależność: za każdym razem, gdy stawka minimalna rosła, bezrobocie również szło w górę. Sowell zaczął podejrzewać, że to sama ustawa odpowiada za utratę miejsc pracy — dokładnie tak, jak przewidywała klasyczna teoria ekonomii.
Jego wnioski z analizy statystyk były przyjmowane gniewnie przez pracowników Departamentu. Przekonywali, że wzrost bezrobocia spowodował huragan. Kiedy zaproponował prosty test w postaci sprawdzenia wysokości plonów trzciny cukrowej po huraganie i w roku poprzednim, wywołało to natychmiastowy opór i niechęć. Sowell uświadomił sobie, że całkowicie niezależna od rynku warstwa urzędników państwowych ma własne interesy, a budżet instytucji uzależniony jest od realizacji odgórnie narzuconych celów.
Dla kogoś, kto zna mechanizmy funkcjonowania gospodarki socjalistycznej, nie jest to specjalnie odkrywcze. W systemie kapitalistycznym odmienna mentalność ludzi, których płace finansowane są z podatków, i ludzi zależnych od zysków firmy, w której pracują, nie była ani porządnie zbadana, ani opisana. Thomas Sowell porzucił marksizm, badając, jak dobre intencje czerwonych lub tylko różowych biurokratów wpływają na rzeczywistą sytuację ludzi znajdujących się na samym dole drabiny dochodów. Płace minimalne pozostały na długo szczególnym obiektem jego zainteresowań, ale przyglądał się również uważnie edukacji i sytuacji w innych dziedzinach, które były pod specjalnym nadzorem państwa i w których wzrost nakładów z funduszy publicznych przynosił nieodmiennie skutki odwrotne od zamierzonych.
Coleman Hughes przywołał badania i wnioski Sowella na marginesie wyborów burmistrza Nowego Jorku. Mamdani rozpoczyna w tym mieście eksperyment socjalistyczny, który — zdaniem Hughesa — musi skończyć się tak, jak takie eksperymenty kończą się wszędzie. Jak pisze:
Wydawałoby się, że to idealny moment na wielką radość marksistów. Nowy Jork wybrał na burmistrza polityka dumnie przyznającego się do socjalizmu.
Ale jeśli historia nas czegoś uczy, to tego, że taka radość może nie potrwać długo. Na całym świecie — od Związku Radzieckiego po Wenezuelę — antidotum na marksizm zawsze stanowiło… doświadczenie marksizmu. Nieprzypadkowo niektórzy z najostrzejszych i najskuteczniejszych krytyków marksizmu byli kiedyś jego wyznawcami.
Hughes zwraca uwagę na fakt, że większość wyborców nigdy nie doświadczyła takiej biedy jak Thomas Sowell w dzieciństwie i młodości. Co więcej, w prawyborach Cuomo otrzymał wśród ludzi o najniższych dochodach więcej głosów niż Mamdani. Ten ostatni trafia bardziej do młodego pokolenia, które nie radzi sobie z kredytami za studia, z dyplomami nic nieznaczącymi dla pracodawców, z poczuciem, że ich sytuacja ekonomiczna — aczkolwiek nie tak dramatyczna jak sytuacja poprzednich pokoleń — jednak jest znacznie gorsza od oczekiwań. Równocześnie gospodarka rynkowa produkuje nie tylko towary, ale i ogromne różnice dochodów, a bogactwo nigdy nie było tak dobrze widoczne jak w czasach telewizji, paparazzi i mediów społecznościowych. Mentalność zwolenników socjalistycznej utopii opiera się z reguły mocniej na zawiści i chęci przejęcia cudzego bogactwa niż na dążeniu do ekonomicznej samodzielności.
Urok socjalizmu leży w młodzieńczym idealizmie i braku doświadczenia z prawdziwym światem — zmiennych, które zazwyczaj odwracają się z wiekiem. Tak więc, choć Nowy Jork przesunął się dziś w lewo, być może miasto dopiero wchodzi na bolesną ścieżkę nauki, którą miliony ludzi na świecie — w tym takie postacie jak Thomas Sowell — mają już za sobą — mówi Coleman Hughes.
Ciekawie to wszystko wygląda z takiego miejsca jak Polska, gdzie jedno pokolenie względnego dobrobytu pozwoliło doskonale zapomnieć, jak wyglądają kolejki po mięso, źle działająca komunikacja miejska i brak papieru toaletowego. Oczywiście cała sprawa burmistrza Nowego Jorku w najmniejszym stopniu nie interesuje mieszkańców mojego miasteczka. „Polskie” reakcje znajduję w mediach, produkowanych przez ludzi, którzy niby powinni coś wiedzieć o gospodarce socjalistycznej, ale wywodzą się z klasy, z której prywatny biznes woli nie korzystać, ponieważ ich mentalność jest uzależniona od subwencji. Nic dziwnego, że w polskich mediach znajduję wyłącznie zachwyty dla socjalizmu nowego burmistrza Nowego Jorku i zero wzmianek na temat jego powiązań z wyznawcami dżihadu, czyli świętej wojny. W Ameryce krytyczne opinie są podzielone: jednych bardziej przeraża socjalizm, innych dżihadyzm. Jak powiadają uczeni w futurologii, czas pokaże, która choroba nowego burmistrza okaże się bardziej dolegliwa dla mieszkańców tego miasta i dla całej Ameryki.