Izrael między prawem a instynktem


Anna Grabowska 2025-11-03


Trylogia o państwie, które zaczęło się bać własnych decyzji.


Nie piszę tego tekstu z pozycji żadnej partii ani ideologii. Potraktujcie mnie jak obserwatorkę. Postaram się przekazać wam informacje w taki sposób, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że stoję po jednej albo po drugiej stronie. W tej trylogii jestem wypośrodkowana - opieram się wyłącznie na faktach, dokumentach i relacjach, które układają się w pewien obraz. Nie oceniam, nie interpretuję, nie sugeruję. Pokazuję to, co można zobaczyć, kiedy patrzy się uważnie.


Część I - Od Rabina do Tomer-Yerushalmi


To pierwsza część trylogii o Izraelu - o państwie, które od śmierci Rabina po dzisiejsze kryzysy instytucjonalne próbuje na nowo określić, czym jest siła prawa, a czym instynkt przetrwania. Wnioski zostawiam wam.


Historia, o której chcę opowiedzieć, jest dobrze znana w Izraelu, ale w Europie, niemal zapomniana. To historia państwa, które od początku łączyło dwa pierwiastki: instynkt przetrwania i pragnienie moralnego porządku. W 1948 roku Izrael powstał z idei bezpieczeństwa i prawa do samoobrony, ale z czasem obok instynktu pojawiła się potrzeba regulacji - tworzenia ram prawnych, które miały sprawić, że nawet w obliczu wojny państwo pozostanie demokratyczne.


Ten balans między instynktem a normą był przez dziesięciolecia widoczny we wszystkim - od sposobu dowodzenia armią po debatę o granicach wolności słowa. Ale jego dramatyczny punkt zwrotny nastąpił 4 listopada 1995 roku.


Tego wieczoru, na placu w Tel Awiwie, ówczesny premier Yitzhak Rabin uczestniczył w wiecu poparcia dla procesu pokojowego z Palestyńczykami. Na scenie panowała atmosfera euforii, śpiewano pieśni o pokoju, wznoszono transparenty z napisem "Tak dla Oslo". Kiedy Rabin schodził po schodach, padły dwa strzały. Został trafiony w plecy. Zmarł kilka minut później w szpitalu Ichilov.


Zabójcą był Yigal Amir - student prawa, religijny ortodoks, przeciwnik porozumień z Oslo. Twierdził, że działał w obronie narodu i zgodnie z halachą, czyli żydowskim prawem religijnym. Zamach nie tylko przerwał życie premiera, ale zachwiał fundamentem społeczeństwa. Po raz pierwszy Żyd zabił Żyda w imię wizji państwa żydowskiego.


Komisja śledcza pod przewodnictwem sędziego Meira Shamgara ustaliła fakty: zaniedbania służb, błędy ochrony, niebezpieczną atmosferę polityczną. Ale skutki zamachu były szersze niż raport. Izrael utracił poczucie wewnętrznej spójności. Zrodził się lęk - nie tylko przed terroryzmem, ale przed samym sobą.


W tym klimacie zaczęła się przemiana instytucjonalna. Na czele Sądu Najwyższego stanął Aharon Barak - prawnik, który uważał, że państwo żydowskie może przetrwać tylko jako państwo prawa. W 1995 roku wprowadził zasadę, która zmieniła izraelską demokrację: "Hakol shafit" - "wszystko podlega decyzji sądów". Według niej każda decyzja administracyjna, wojskowa, rządowa może być przedmiotem kontroli sądowej, jeśli dotyczy praw obywateli lub podstawowych zasad moralnych.


Był to moment przełomowy. Część społeczeństwa uznała to za triumf prawa nad polityką, inni widzieli w tym początek erozji decyzyjności. Sąd Najwyższy, dotąd postrzegany jako arbiter konstytucyjny, zaczął wchodzić w kompetencje władzy wykonawczej i wojskowej.


W kolejnych latach (1996-2020) ta tendencja się utrwaliła. Sąd rozpatrywał sprawy dotyczące osadnictwa, blokad humanitarnych, operacji wojskowych, rekrutacji religijnych i finansowania partii. Każda z tych decyzji była dla społeczeństwa sygnałem, że prawo staje się coraz ważniejsze, ale także coraz bardziej oderwane od realiów codzienności.


W tym samym czasie, równolegle do sądów, rosła siła instytucji doradców prawnych w administracji i armii. Każda decyzja dowódcy musiała przejść konsultacje, każde działanie w terenie - akceptację biura prawnego. To miało chronić przed błędami, ale w praktyce spowalniało proces decyzyjny.


W latach 2010–2020 coraz częściej pojawiały się głosy, że system - mimo swojej przejrzystości - staje się zbyt ociężały. Prawnicy, eksperci i urzędnicy zaczęli odgrywać większą rolę niż dowódcy, a procedury coraz częściej zastępowały instynkt.


Kiedy w styczniu 2023 roku rząd Benjamina Netanjahu ogłosił plan reformy sądownictwa, w której zakładano ograniczenie kompetencji Sądu Najwyższego w unieważnianiu decyzji rządu, rozpoczął się jeden z największych kryzysów społecznych w historii kraju. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice. Jedni protestowali w obronie sądów, inni - w imię równowagi władz. Rezerwiści zapowiadali, że nie stawią się na służbę, profesorowie prawa publikowali otwarte listy, a firmy high-tech ostrzegały przed "upadkiem instytucji demokracji".


W tle narastał spór o to, czym w ogóle jest izraelska demokracja: czy jej siła polega na moralnej kontroli prawa nad państwem, czy na zdolności państwa do natychmiastowego działania w obronie obywateli.


Latem 2023 roku konflikt osiągnął punkt kulminacyjny - Sąd Najwyższy odrzucił część projektów rządowych, co doprowadziło do chwilowego paraliżu legislacyjnego. Na ulicach Tel Awiwu doszło do starć między zwolennikami i przeciwnikami reformy. Po raz pierwszy od lat pojawiło się słowo, które w izraelskim kontekście brzmi wyjątkowo mocno: "mechlakot" - podział.


To właśnie w tym klimacie, z narastającym napięciem między władzą, sądami i armią, Izrael wkroczył w jesień 2023 roku. A 7 października miał pokazać, że te napięcia nie pozostają już w sferze instytucji, że wpływają na samo poczucie bezpieczeństwa państwa.

 

Część II - Dymisje, wyciek i kryzys instytucjonalny


Nie piszę tego tekstu z pozycji żadnej partii ani ideologii. Potraktujcie mnie jak obserwatorkę. Postaram się przekazać wam informacje w taki sposób, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że stoję po jednej albo po drugiej stronie. W tej trylogii jestem wypośrodkowana - opieram się wyłącznie na faktach, dokumentach i relacjach, które układają się w pewien obraz.

 

Pierwszy tekst zakończył się na wydarzeniach po 7 października 2023 roku. Dziś przyglądam się temu, jak tamten dzień otworzył nowy rozdział w relacjach między armią, sądami i władzą cywilną - oraz jak fakty zastąpiły legendy.


7 października 2023 roku Hamas przeprowadził zmasowany atak na południowy Izrael. W ciągu kilku godzin zginęło ponad 1200 osób, setki zostały porwane, a przygraniczne miejscowości - zniszczone. Wydarzenia te ujawniły słabości izraelskiego systemu bezpieczeństwa i wywołały lawinę dochodzeń oraz rezygnacji w najwyższych instytucjach państwa.


Pierwsze dymisje nastąpiły wiosną 2024 roku. 22 kwietnia generał Aharon Haliva, szef wywiadu wojskowego (Aman), ogłosił odejście, oświadczając, że jego służba "nie rozpoznała w porę sygnałów ostrzegawczych". W sierpniu 2024 roku rezygnację zapowiedział także Herzi Halevi, szef Sztabu Generalnego IDF, deklarując, że odejdzie po zakończeniu prac komisji badającej przebieg wydarzeń. 15 czerwca 2025 r. ustąpił szef Shin Bet, Ronen Bar, po sporze kompetencyjnym między rządem a Sądem Najwyższym, który wstrzymał jego odwołanie.


Jesienią 2025 roku opinię publiczną wstrząsnęło nagranie z ośrodka Sde Teiman, przedstawiające przemoc wobec zatrzymanego Palestyńczyka. Film został rozpowszechniony bez zgody dowództwa i stał się przedmiotem śledztwa wojskowego.


31 października 2025 r. główna radczyni prawna IDF, generał Yifat Tomer-Yerushalmi, podała się do dymisji. W liście rezygnacyjnym przyznała, że to z jej inicjatywy materiał przekazano mediom, tłumacząc, iż kierowała się "potrzebą przeciwdziałania dezinformacji" i "ochroną wiarygodności armii".


Minister obrony Israel Katz nie przyjął jej wyjaśnień i zapowiedział kontynuację postępowania. W kolejnych dniach stanowiska straciło kilku doradców prawnych oraz oficerów odpowiedzialnych za kontakty z organizacjami międzynarodowymi. W izraelskiej prasie rozgorzała debata o granicach jawności w czasie wojny i o relacji między etyką wojskową a bezpieczeństwem operacyjnym.


W tym samym okresie ujawniono raport rezerwisty Orena Salomona, który wskazywał na błędy w łańcuchu dowodzenia 7 października. Dokument, początkowo odrzucony przez największe stacje telewizyjne, został opublikowany przez Channel 14 i wzbudził duże zainteresowanie opinii publicznej. Część oficerów poparła Salomona, inni zarzucali mu złamanie procedur wojskowych.


A teraz o szacunkach i sporach o liczby. W tym czasie w Izraelu nadal trwały protesty społeczne. Różne źródła podawały odmienne dane o ich skali, co samo w sobie stało się przedmiotem sporu.


Media głównego nurtu, takie jak Ynet, Haaretz czy Times of Israel, szacowały, że łącznie w całym kraju demonstracje przyciągały od 200 do 600 tysięcy osób, z czego 150-200 tysięcy w Tel Awiwie w dni kulminacyjne. Z kolei media konserwatywne, w tym Channel 14 i Israel Hayom, podawały znacznie niższe dane - najczęściej 20-30 tysięcy uczestników w Tel Awiwie i kilkanaście tysięcy w innych miastach.


Warto podkreślić, że w Izraelu nie istnieje jednolita procedura liczenia uczestników demonstracji, a policja zwykle nie publikuje oficjalnych liczb. Wszystkie dane są więc szacunkowe - oparte na obserwacjach mediów, organizatorów lub niezależnych ośrodków badania opinii publicznej.


Nie można więc mówić o "fałszu", raczej o różnych metodach szacowania i różnym rozumieniu terminu "uczestnictwo".


Dla pełnego obrazu można zauważyć, że Israel Hayom w jednym z artykułów z lipca 2023 r. również użył określenia "hundreds of thousands protesters", zaznaczając jednak, że chodziło o łączną liczbę demonstrantów w kilkudziesięciu miastach, a nie jedno zgromadzenie.


Cała sekwencja wydarzeń - od dymisji Halivy po odejście Tomer-Yerushalmi - doprowadziła do szerokiej dyskusji o kondycji izraelskich instytucji. W środowiskach akademickich i wojskowych pojawiły się pytania, czy rozbudowany system kontroli prawnych, wprowadzony po latach doświadczeń z orzecznictwem Sądu Najwyższego, nadal chroni państwo przed błędami, czy też utrudnia szybkie decyzje w sytuacjach zagrożenia.


Reakcje społeczne były zróżnicowane. Jedni uznali dymisję głównej prawniczki IDF za gest odpowiedzialności, inni - za objaw strukturalnego kryzysu. Komentatorzy podkreślali, że film z Sde Teiman stał się symbolem napięcia między potrzebą przejrzystości a koniecznością zachowania tajemnicy operacyjnej.


Izrael znalazł się w punkcie, w którym spór o prawo i decyzyjność przestał być domeną instytucji. Stał się częścią codziennego doświadczenia społeczeństwa, które próbuje pogodzić zasadę kontroli z potrzebą działania.


Część III - Polityka, ton i chłód: Izrael a Polska


Nie piszę tego tekstu z pozycji żadnej partii ani ideologii. Potraktujcie mnie jak obserwatorkę. Nie chcę ani nikogo przekonywać, ani nikogo rozgrzeszać. Piszę z dystansu, ale nie z obojętności. Dystans pozwala widzieć proporcje, których nie widać, gdy emocje krzyczą głośniej niż fakty.


Jesień 2025 roku. Izrael próbuje odzyskać równowagę po serii dymisji, po wycieku z Sde Teiman, po miesiącach sądowych napięć. W mediach cichnie echo przesłuchań, ale świat - a szczególnie Europa - nie milknie. W Warszawie, Paryżu, Berlinie i Brukseli Izrael znów staje się ekranem, na którym każdy może wyświetlić własny moralny film. Bo gdy w Izraelu wciąż analizuje się błędy struktur i łańcuch dowodzenia, w Europie zaczyna się inny proces: powrót do języka emocji. Słowa "prawa człowieka", "proporcjonalność", "prawo międzynarodowe" wracają w nagłówkach jak echo dawnych fraz o "moralności Zachodu". W Polsce, tak jak w innych krajach, ten język pada na grunt starych nawyków, półprawd i niedopowiedzeń.


"Izrael przekroczył wszelkie granice ludzkiej przyzwoitości" - pisał The Guardian.


"Netanjahu uosabia rozkład samej demokracji" - stwierdziło francuskie lewicowe Libération


W maju tego roku - Akta Bibiego. Film, który miał być dokumentem, a stał się narracyjnym mitem. Przytłaczjąca fabuła, w której reżyser zastąpił analizę emocją, a polska publiczność połknęła przynętę bez popicia. "Zobacz, jaki cyniczny morderca" - mówiono o Netanjahu, jakby oglądano thriller, a nie premiera państwa w sytuacji egzystencjalnej.


W Polsce recenzje były niemal jednomyślne: "Bezwzględny", "zimny", "narcystyczny".


Nie filmowano polityka, filmowano demona.


I poszło dalej, już bez hamulców. W mediach społecznościowych Netanjahu został nazwany "faszystą", "Hitlerem XXI wieku", "ludobójcą w garniturze". To już nie była krytyka polityka, to był rytuał oczyszczenia sumień.


Im ostrzejsze epitety, tym większe poczucie moralnej wyższości.


Tymczasem wewnątrz samego Izraela linie podziału biegną równie głęboko.


Znaczna część lewicy - tej intelektualnej, akademickiej, dziennikarskiej - od lat występuje przeciwko Netanjahu. W ich oczach to właśnie on zniszczył wizerunek Izraela w świecie, przekształcając go - jak twierdzą - z państwa prawa w państwo strachu. To on miał zepchnąć Izrael z roli moralnego wzoru do roli "oblężonej twierdzy". Dla tej części elit Netanjahu jest nie tylko przeciwnikiem politycznym, ale winowajcą globalnego odwrócenia sympatii wobec Izraela. To oni uczestniczyli w kampaniach społecznych i demonstracjach przeciwko reformie sądownictwa, to oni budowali jego wizerunek jako "człowieka ciemnej strony Izraela".


Ale prawda jest bardziej złożona i ma dwie strony, jak moneta: w sytuacji egzystencjalnego zagrożenia każdy premier, każdy rząd, musiałby podjąć te same decyzje. Nie ma innej możliwości niż obrona. I właśnie to czyni Izrael państwem tragicznym - bo każda jego reakcja z natury rzeczy zostaje zinterpretowana jako wina.


Tak rodzi się nowy antysemityzm: w białych rękawiczkach, w języku moralności, pod hasłami empatii.


Bernard-Henri Lévy nazwał to "antysemityzmem salonowym - uprzejmym, humanistycznym i tchórzliwym." W Polsce przybiera inną formę: ironię, uśmiech, dystans, coraz częściej nienawiść: "Nie jestem antysemitą, ja tylko nie lubię polityki Izraela." W tej formule mieści się wszystko: stary resentyment i nowoczesna poza moralnej wyższości.


Po 7 października świat zachodni odkrył wygodny azyl - symetrię. Zamiast zrozumienia, zaczęło się ważenie: kto bardziej, kto pierwszy, kto winny. Polskie media, powtarzając frazy z BBC i francuskich tygodników, przyjęły ton chłodnej równowagi: "oczywiście Hamas to terroryści, ale Izrael powinien…". To "ale" stało się przecinkiem, który zmienia sens całego zdania.


Jak napisał Lévy: "To 'ale' jest nowym kostiumem antysemityzmu."


Niestety w Izraelu nikt nie ma czasu na europejskie rozważania o tonie i temperaturze. Tam życie codzienne toczy się pomiędzy alertami, a rozmowa o prawach człowieka nie jest teoretyczna. To nie konferencja, to codzienność.


Polska, z całą swoją wrażliwością historyczną, nadal patrzy na Izrael jak na lustro: trochę z podziwem, trochę z lękiem, trochę z niechęcią a czasem z poczuciem niewygodnej bliskości. Bo ten naród, który przeżył wszystko, czego Polska się bała, nie mieści się w żadnej z istniejących zachodnich ram. Z tej samej nieporęczności rodzi się respekt i niechęć.


W tym właśnie lustrze odbija się jednak coś jeszcze - izraelska emocjonalność, często niezrozumiała dla zewnętrznego obserwatora.


Bo obok Netanjahu, chłodnego stratega, stoją ministrowie tacy jak Itamar Ben Gwir - polityk impulsywny, porywczy, którego język często wykracza poza granice dyplomatycznej poprawności.


Media międzynarodowe uczyniły z niego ikonę izraelskiego "radykalizmu" - symbol polityki odwetu, człowieka, którego cytaty trafiają na czołówki gazet szybciej niż jakiekolwiek dementi.


"To nasz kraj, a nie kraj Hamasu" - mówił w jednym z wywiadów.


"Życie moich dzieci jest ważniejsze niż życie Arabów z Gazy" - dodał w innym, wywołując falę oburzenia na Zachodzie.


"Nie cofniemy się ani o krok. Kto nas atakuje, zapłaci za to dziesięciokrotnie."


W izraelskich mediach jego postać ma jednak więcej odcieni. Dla części społeczeństwa jest głosem frustracji - nie politycznym idolem, lecz uosobieniem gniewu ludzi, którzy od lat czują się pozostawieni poza elitarnym kręgiem Tel Awiwu. Israel Hayom nazywał go "człowiekiem, który mówi głośno to, co inni myślą po cichu";


Haaretz
- "symptomem niepokoju, który zjada izraelską demokrację od środka."


Jedni widzą w nim niebezpiecznego prowokatora, inni - brutalne lustro społeczeństwa, które nie potrafi już mówić językiem zachodniego komfortu.


Nie trzeba go bronić. Wystarczy go umieścić w kontekście. Bo nie jest ani potworem, ani bohaterem. Jest przyczynowym skutkiem. Produktem epoki, w której krzyk słychać lepiej niż argument, a emocja przebiła rację stanu.


Właśnie na tym gruncie rodzi się dziś język dehumanizacji i wykluczenia - nie tylko wobec Izraela, ale i wewnątrz samego Izraela.


Europa lubi moralny chłód, bo pozwala nie brać strony. Ale ten chłód ma cenę - obojętność. A obojętność to stary język nienawiści, tylko z nowym szalikiem. Teraz antysemityzm nie krzyczy, ale cytuje z troską, wstawia linki, apele, zdjęcia, raporty. Używa słów "zaniepokojenie" i "nieproporcjonalna reakcja". Mówi zupełnie jak Europejczyk XXI wieku, ale myśli jak jego dziadek.


Nie muszę dodawać konkluzji. Wystarczy spojrzeć, jak łatwo świat zastąpił analizę moralną kukłą. Jak szybko "humanizm" stał się kodem dla nowej nienawiści.


Bo tu nie chodzi o Netanjahu. Nie chodzi nawet o Izrael. Chodzi o lustro, w którym Europa ponownie zobaczyła siebie.


A lustro, jak wiemy - nie kłamie. Nigdy nie kłamie. Tylko pokazuje.


I jeśli patrzy się naprawdę uważnie, można w nim zobaczyć nie tylko Izrael.


Można zobaczyć nas wszystkich.


Źródła do części I:

https://www.reuters.com/.../israel-marks-28-years-since.../

https://apnews.com/.../israel-rabin-assassination...

https://www.bbc.com/news/world-middle-east-34711005

https://www.haaretz.com/.../0000018b-1eaa-d5b8-a3bf...

https://www.theguardian.com/.../yitzhak-rabin...

https://www.israelhayom.com/.../from-rabin-to-today-the.../

https://www.makorrishon.co.il/.../barak-revolution-analysis/

https://www.c14.co.il/article/1350012

Źródła do części II:


Channel 14 – „פרשת שדה תימן: כך הדלפת הסרטון לערוץ 12 פגעה בחטופים”

https://www.c14.co.il/article/1359036

“הדלפה בגיבוי מלא: כך היועמ״שית בחרה להגן על הפצ״רית” – Channel 14

https://www.c14.co.il/article/1359987

Israel Hayom – „התפתחויות דרמטיות בפרשת הדלפת הסרטון משדה תימן …”

 https://www.israelhayom.co.il/news/defense/article/19127019

Israel Hayom – „לאחר שכ״ץ הודיע על הדחתה: הפצ״רית התפטרה מתפקידה”

https://www.israelhayom.co.il/.../pol.../article/19140279...

Reuters – „Israeli military’s top legal officer quits over leaked abuse video”

https://www.reuters.com/.../israeli-militarys-top-legal.../

https://www.haaretz.com/.../0000019a-40e5-d549-a9db...

https://www.i24news.tv/.../artc-idf-s-top-lawyer-steps...

https://www.i24news.tv/.../artc-idf-s-top-lawyer-steps...

https://www.reuters.com/.../israeli-militarys-top-legal.../

C14.CO.IL

פרשת שדה תימן: כך הדלפת הסרטון לערוץ 12 פגעה בחטופים - ערוץ 14 | C14

 

פרשת שדה תימן: כך הדלפת הסרטון לערוץ 12 פגעה בחטופים - ערוץ 14 | C14

https://www.reuters.com/.../israeli-militarys-top-legal.../

https://www.apnews.com/.../304deb724067c3644a02dcc0590e703a

https://www.haaretz.com/.../0000019a-40e5-d549-a9db...

Źródła do części III:


https://niemanreports.org/netanyahu-vs-the-israeli-media/

https://institute.aljazeera.net/en/ajr/article/3081

https://thejewishindependent.com.au/netanyahus-other-war.../

https://www.haaretz.com/.../0000019a-36f1-d36c-a3bf...

https://www.theguardian.com/.../israel-media-gaza...

https://www.lemonde.fr/.../why-israel-delays-lifting-the...

https://en.wikipedia.org/wiki/Channel_14_%28Israel%29

https://www.jpost.com/israel-news/article-872478


Anna Grabowska
 – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.