Co będzie, jeśli w Gazie znikną flagi Hamasu?
Jak już pisałam setki razy (i nie tylko ja), Gaza nie jest państwem w naszym rozumieniu ani społeczeństwem obywatelskim, które da się uleczyć jedną operacją wojskową czy kilkoma dekretami. To żywa tkanka społeczna utkana z rodów i klanów, które od pokoleń żyją z własnej siły, własnej zemsty i własnej broni. Hamas był tutaj wyłącznie nadbudówką, czyli polityczną peleryną nad tą mozaiką, a nie jedynym źródłem przemocy. Zniknięcie jego sztandaru odsłoni to, co zawsze kryło się pod spodem: setki więzów rodzinnych, własne reguły honoru oraz dziesiątki lokalnych armii gotowych do akcji.
Liczba wpływowych rodzin nie jest numerem w rejestrze, ale rzetelne analizy terenowe mówią o dziesiątkach, a w bardziej precyzyjnym ujęciu – o około trzydziestu do czterdziestu klanach, które dzisiaj posiadają zdolność szybkiego wystawienia własnych, uzbrojonych oddziałów. I to nie są marginalne gangi; to struktury mające na stałe ludzi z bronią, magazyny, pieniądze i ogromną sieć protekcji. Ich hierarchia jest bardzo prosta i brutalna: na samym szczycie stoi głowa rodu – ktoś w rodzaju szejka – którego autorytet wynika z wieku, siły i kontroli nad zasobami; poniżej są kuzyni i bracia, którzy pilnują interesów, punktów kontrolnych i magazynów; niżej młodzi, którym daje się żołd, broń i obowiązek kontrolowania ulic, wejść do szkół, meczetów itd.; na samej podstawie znajdują się cywile, których codzienne życie jest splecione z tą strukturą tak mocno, że zerwanie więzów oznacza natychmiastowe zagrożenie życia. W praktyce każda próba „odejścia” od rodu to zdrada, a zdrada jest tutaj najczęściej karana śmiercią. Kto myśli o wolnym wyborze życia w Gazie, musi mieć dokąd pójść i kogoś, kto go ochroni, a takich miejsc praktycznie nie ma: każde schronienie, każdy magazyn pomocy, każdy punkt ewakuacyjny jest kontrolowany przez kogoś powiązanego z klanami.
To dlatego mówienie o „cywilach” w europejskim znaczeniu jest tu mylące: wielu dorosłych mężczyzn w Gazie ma w ręku broń albo ma do niej prosty dostęp, bo taka jest logika przetrwania w systemie, w którym prawo zastępuje lojalność rodzinna.
Chcę też jasno powiedzieć coś, co często jest źle rozumiane i wykorzystywane przeciwko mnie: kiedy piszę o losie kobiet palestyńskich czy o klanowej strukturze Gazy, nie ma w tym żadnej chęci narzucania „naszych” wartości ani kolonialnego imperium dobrych obyczajów. Nie ma w tym dehumanizacji. Nigdy nie postulowałam, żeby na siłę zmieniać czyjeś życie ani nie wierzę, że Zachód ma prawo robić rewolucje obyczajowe w cudzym kraju. Moim celem jest pokazanie różnicy systemowej – że mamy do czynienia z dwoma zupełnie innymi porządkami społecznymi, które stoją wobec siebie w opozycji. Nie chcę ani nie mogę nawracać nikogo na nasz model; nie posiadam takiej mocy sprawczej ani mandatu. Chcę, by czytelnicy zrozumieli, że gdy ktoś w Europie mówi o „cywilach” w Gazie, często operuje pojęciem, które tam po prostu nie istnieje tak, jak my je zwykliśmy rozumieć.
I jednocześnie – ponawiam – krytykuję tych, zwłaszcza na skrajnej lewicy, którzy idealizują lub bronią systemu, który z naszym nie ma nic wspólnego. Moje teksty wykazują tę różnicę; nie mają na celu narzucenia zmian, dehumanizacji, popierania jakichkolwiek wojen, tylko przejrzyste opisanie realiów oraz konsekwencji, jakie z nich wynikają.
Przez lata Hamas uporządkował tę anarchię i na swój sposób scalił ją, podszył się pod nią i uczynił z klanów własny element większej maszyny polityczno-wojskowej. Kiedy ta maszyna słabnie, broń i lojalności wracają do innych właścicieli. Już teraz obserwujemy, jak niektóre rody, znane od lat z lokalnych wpływów, przejmują magazyny pomocy, zajmują przejścia i wystawiają własne posterunki. Doghmush, Al-Majayda, Abu Shabab – to nie wymyślone nazwy; to realni lokalni przywódcy, którzy mają doświadczenie w organizowaniu struktur zbrojnych i w walce o zyski z przemytu i pomocy. Nowe formacje, które pojawiają się na scenie i nazywają siebie „siłami porządkowymi” czy „Popular Forces”, to wyłącznie inne oblicze tych samych klanów, które próbują uczynić swoje panowanie bardziej trwałym. Mają pieniądze, rekrutów i kontakt z rynkiem broni – a to nie jest trywialna infrastruktura; to prawdziwe zdolności militarne.
Konsekwencje są jasne i zatrważające: unicestwienie jednej organizacji nie oznacza rozbrojenia społeczeństwa. A więc to „bezkrólewie” szybko wypełnią lokalni dowódcy klanów, co w praktyce oznacza jedno: walki o magazyny z żywnością, o przejścia, o kontrolę nad ruchem pomocy i oczywiście o wpływy polityczne. W tym chaosie ideologia schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się prosta logika: kto ma karabin i magazyn, ten decyduje. To sprawia, że kolejne fazy przemocy będą krwawe i rozproszone, bo każda mała „armia rodzinna” chce utrzymać i powiększyć swoje zasoby.
Fatah, którego Zachód chętnie uznaje za umiarkowaną alternatywę, nie jest odporny na tę dynamikę: lokalne struktury Fatahu w Gazie już dawno uległy radykalizacji lub weszły w sojusze z klanami, które korzystają z zaistniałej sytuacji, żeby zwiększyć własne wpływy. Inaczej mówiąc, to nie jest problem jednej partii czy jednej ideologii – to problem systemowy.
I wreszcie – co to znaczy dla nas, dla Europy i dla Izraela?
Po pierwsze: nie mamy moralnego prawa do natychmiastowego przebudowywania czyjegoś systemu społecznego, i to siłą. Próba zastąpienia porządku jednym rozwiązaniem – i to z zewnątrz – kończy się albo rządami małych tyranów, albo niekończącą się wojną domową.
Po drugie, musimy zrozumieć, że wielu ludzi, których chcielibyśmy „uratować”, nie ma gdzie się schronić; opuszczenie klanu to często wyrok śmierci – dla nich i dla ich bliskich.
Po trzecie, realna polityka Zachodu powinna być realistyczna: pomoc humanitarna, programy długofalowe budowy instytucji, wsparcie ekonomiczne, dyplomacja, ale też równocześnie ochrona własnych granic i interesów, bo z Gazy wychodzi teraz nie tylko migracja, ale także przemoc eksportowana w postaci przemytników, zbrojnych frakcji i ekstremizmu, który ma skłonność do eskalacji.
Nie możemy i nie powinniśmy ingerować we wszystkie lokalne vendetty; nie mamy zasobów ani mandatu, by zostawać w każdym pokoju, gdzie ktoś uznał, że honor wymaga krwi. Dlatego my, Zachód, powinniśmy także wspierać Izrael w obronie jego granic – to kwestia bezpieczeństwa regionalnego i naszej własnej ochrony.
Brutalna prawda – czy tego chcemy, czy nie – brzmi tak: można unicestwić Hamas i wiele osób to przyjmie z ulgą, ale zniknięcie jednej flagi nie oznacza, że w domach znikną karabiny, a w głowach – więzy honorowe. Gaza potrzebuje dekad pracy nad instytucjami, zaufaniem i alternatywami ekonomicznymi. Jeśli Zachód tego nie zrozumie, będzie powtarzać ten sam błąd: walczyć z widmem, podczas gdy prawdziwa bestia pozostaje w domach, w rodzinach i w relacjach, które budują kolejne pokolenia bojowników.
Naszym zadaniem nie jest prowadzenie cudzych wojen na zawsze, lecz rozumieć realia, pomagać mądrze i bronić się tam, gdzie trzeba – zamiast żyć w iluzji, że wystarczy wymienić jednego „złego”, by świat stał się mniej niebezpieczny.
Czy myślicie, że mam rację, czy nie?
Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.