Co będzie, jeśli w Gazie znikną flagi Hamasu?


Anna Grabowska 2025-10-21

Ćwiczenia brygad Izz_ad-Din_al-Qassam (Wikipedia)
Ćwiczenia brygad Izz_ad-Din_al-Qassam (Wikipedia)

Kiedy przeglądam artykuły prasowe bądź włączę dowolny program informacyjny w TV (a mam ich cały wachlarz w pięciu językach), a już nade wszystko, kiedy czytam niektóre posty i komentarze na Facebooku, Instagramie czy X – rzuca się w oczy jedno: kompletny brak świadomości, jak naprawdę wygląda życie w Gazie. Zachód, czyli mam na myśli przede wszystkim Europę, wierzy w prostą bajkę: wystarczy usunąć Hamas, rozbroić go, wymienić dowódców i jak za dotknięciem różdżki pojawi się nowy, sielski porządek. Kto tak myśli, nigdy nie był do końca uważny.

Jak już pisałam setki razy (i nie tylko ja), Gaza nie jest państwem w naszym rozumieniu ani społeczeństwem obywatelskim, które da się uleczyć jedną operacją wojskową czy kilkoma dekretami. To żywa tkanka społeczna utkana z rodów i klanów, które od pokoleń żyją z własnej siły, własnej zemsty i własnej broni. Hamas był tutaj wyłącznie nadbudówką, czyli polityczną peleryną nad tą mozaiką, a nie jedynym źródłem przemocy. Zniknięcie jego sztandaru odsłoni to, co zawsze kryło się pod spodem: setki więzów rodzinnych, własne reguły honoru oraz dziesiątki lokalnych armii gotowych do akcji.


Liczba wpływowych rodzin nie jest numerem w rejestrze, ale rzetelne analizy terenowe mówią o dziesiątkach, a w bardziej precyzyjnym ujęciu – o około trzydziestu do czterdziestu klanach, które dzisiaj posiadają zdolność szybkiego wystawienia własnych, uzbrojonych oddziałów. I to nie są marginalne gangi; to struktury mające na stałe ludzi z bronią, magazyny, pieniądze i ogromną sieć protekcji. Ich hierarchia jest bardzo prosta i brutalna: na samym szczycie stoi głowa rodu – ktoś w rodzaju szejka – którego autorytet wynika z wieku, siły i kontroli nad zasobami; poniżej są kuzyni i bracia, którzy pilnują interesów, punktów kontrolnych i magazynów; niżej młodzi, którym daje się żołd, broń i obowiązek kontrolowania ulic, wejść do szkół, meczetów itd.; na samej podstawie znajdują się cywile, których codzienne życie jest splecione z tą strukturą tak mocno, że zerwanie więzów oznacza natychmiastowe zagrożenie życia. W praktyce każda próba „odejścia” od rodu to zdrada, a zdrada jest tutaj najczęściej karana śmiercią. Kto myśli o wolnym wyborze życia w Gazie, musi mieć dokąd pójść i kogoś, kto go ochroni, a takich miejsc praktycznie nie ma: każde schronienie, każdy magazyn pomocy, każdy punkt ewakuacyjny jest kontrolowany przez kogoś powiązanego z klanami.


To dlatego mówienie o „cywilach” w europejskim znaczeniu jest tu mylące: wielu dorosłych mężczyzn w Gazie ma w ręku broń albo ma do niej prosty dostęp, bo taka jest logika przetrwania w systemie, w którym prawo zastępuje lojalność rodzinna.


Chcę też jasno powiedzieć coś, co często jest źle rozumiane i wykorzystywane przeciwko mnie: kiedy piszę o losie kobiet palestyńskich czy o klanowej strukturze Gazy, nie ma w tym żadnej chęci narzucania „naszych” wartości ani kolonialnego imperium dobrych obyczajów. Nie ma w tym dehumanizacji. Nigdy nie postulowałam, żeby na siłę zmieniać czyjeś życie ani nie wierzę, że Zachód ma prawo robić rewolucje obyczajowe w cudzym kraju. Moim celem jest pokazanie różnicy systemowej – że mamy do czynienia z dwoma zupełnie innymi porządkami społecznymi, które stoją wobec siebie w opozycji. Nie chcę ani nie mogę nawracać nikogo na nasz model; nie posiadam takiej mocy sprawczej ani mandatu. Chcę, by czytelnicy zrozumieli, że gdy ktoś w Europie mówi o „cywilach” w Gazie, często operuje pojęciem, które tam po prostu nie istnieje tak, jak my je zwykliśmy rozumieć.


I jednocześnie – ponawiam – krytykuję tych, zwłaszcza na skrajnej lewicy, którzy idealizują lub bronią systemu, który z naszym nie ma nic wspólnego. Moje teksty wykazują tę różnicę; nie mają na celu narzucenia zmian, dehumanizacji, popierania jakichkolwiek wojen, tylko przejrzyste opisanie realiów oraz konsekwencji, jakie z nich wynikają.


Przez lata Hamas uporządkował tę anarchię i na swój sposób scalił ją, podszył się pod nią i uczynił z klanów własny element większej maszyny polityczno-wojskowej. Kiedy ta maszyna słabnie, broń i lojalności wracają do innych właścicieli. Już teraz obserwujemy, jak niektóre rody, znane od lat z lokalnych wpływów, przejmują magazyny pomocy, zajmują przejścia i wystawiają własne posterunki. Doghmush, Al-Majayda, Abu Shabab – to nie wymyślone nazwy; to realni lokalni przywódcy, którzy mają doświadczenie w organizowaniu struktur zbrojnych i w walce o zyski z przemytu i pomocy. Nowe formacje, które pojawiają się na scenie i nazywają siebie „siłami porządkowymi” czy „Popular Forces”, to wyłącznie inne oblicze tych samych klanów, które próbują uczynić swoje panowanie bardziej trwałym. Mają pieniądze, rekrutów i kontakt z rynkiem broni – a to nie jest trywialna infrastruktura; to prawdziwe zdolności militarne.


Konsekwencje są jasne i zatrważające: unicestwienie jednej organizacji nie oznacza rozbrojenia społeczeństwa. A więc to „bezkrólewie” szybko wypełnią lokalni dowódcy klanów, co w praktyce oznacza jedno: walki o magazyny z żywnością, o przejścia, o kontrolę nad ruchem pomocy i oczywiście o wpływy polityczne. W tym chaosie ideologia schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się prosta logika: kto ma karabin i magazyn, ten decyduje. To sprawia, że kolejne fazy przemocy będą krwawe i rozproszone, bo każda mała „armia rodzinna” chce utrzymać i powiększyć swoje zasoby.


Fatah, którego Zachód chętnie uznaje za umiarkowaną alternatywę, nie jest odporny na tę dynamikę: lokalne struktury Fatahu w Gazie już dawno uległy radykalizacji lub weszły w sojusze z klanami, które korzystają z zaistniałej sytuacji, żeby zwiększyć własne wpływy. Inaczej mówiąc, to nie jest problem jednej partii czy jednej ideologii – to problem systemowy.


I wreszcie – co to znaczy dla nas, dla Europy i dla Izraela?


Po pierwsze: nie mamy moralnego prawa do natychmiastowego przebudowywania czyjegoś systemu społecznego, i to siłą. Próba zastąpienia porządku jednym rozwiązaniem – i to z zewnątrz – kończy się albo rządami małych tyranów, albo niekończącą się wojną domową.


Po drugie, musimy zrozumieć, że wielu ludzi, których chcielibyśmy „uratować”, nie ma gdzie się schronić; opuszczenie klanu to często wyrok śmierci – dla nich i dla ich bliskich.


Po trzecie, realna polityka Zachodu powinna być realistyczna: pomoc humanitarna, programy długofalowe budowy instytucji, wsparcie ekonomiczne, dyplomacja, ale też równocześnie ochrona własnych granic i interesów, bo z Gazy wychodzi teraz nie tylko migracja, ale także przemoc eksportowana w postaci przemytników, zbrojnych frakcji i ekstremizmu, który ma skłonność do eskalacji.


Nie możemy i nie powinniśmy ingerować we wszystkie lokalne vendetty; nie mamy zasobów ani mandatu, by zostawać w każdym pokoju, gdzie ktoś uznał, że honor wymaga krwi. Dlatego my, Zachód, powinniśmy także wspierać Izrael w obronie jego granic – to kwestia bezpieczeństwa regionalnego i naszej własnej ochrony.


Brutalna prawda – czy tego chcemy, czy nie – brzmi tak: można unicestwić Hamas i wiele osób to przyjmie z ulgą, ale zniknięcie jednej flagi nie oznacza, że w domach znikną karabiny, a w głowach – więzy honorowe. Gaza potrzebuje dekad pracy nad instytucjami, zaufaniem i alternatywami ekonomicznymi. Jeśli Zachód tego nie zrozumie, będzie powtarzać ten sam błąd: walczyć z widmem, podczas gdy prawdziwa bestia pozostaje w domach, w rodzinach i w relacjach, które budują kolejne pokolenia bojowników.


Naszym zadaniem nie jest prowadzenie cudzych wojen na zawsze, lecz rozumieć realia, pomagać mądrze i bronić się tam, gdzie trzeba – zamiast żyć w iluzji, że wystarczy wymienić jednego „złego”, by świat stał się mniej niebezpieczny.


Czy myślicie, że mam rację, czy nie?


Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.