Jak Jan Hartman tabuny polskich sympatyków nazizmu uraził


Andrzej Koraszewski 2025-10-06

Najemnik „Głosu Hamasu” Miłosz Wiatrowski-Bujacz (zrzut z Facebooka)
Najemnik „Głosu Hamasu” Miłosz Wiatrowski-Bujacz (zrzut z Facebooka)

Polscy sympatycy nazizmu są oburzeni, jakby co najmniej 30 tysięcy rakiet pojawiło się nad ich głowami. Jakiś Bujacz z „Głosu Hamasu” (występującego pod kryptonimem wiadomości.gazeta.pl) pisze, że żadne szanujące się medium ani żaden szanujący się uniwersytet nie powinien mieć miejsca dla kogoś takiego jak Jan Hartman.


Rozumiem Bujacza i jego braci w wierze. Hartman napisał, że polski endek z KO, niejaki Franek Starczewski, powinien zostać postawiony przed sądem w Izraelu i ukarany za czynną współpracę z nazistowskim Hamasem.


W głowach Bujaczy nie mieści się taka możliwość, żeby jacyś Żydzi sądzili zwierzęcych antysemitów, bo to byłaby straszna niesprawiedliwość. Wyjaśnień dla tej trudności możemy szukać w historii bliższej i dalszej, bo tradycja stara jak świat, a najmłodsze pokolenie innej nie zna, jako że główny rynsztok medialny opanowany jest dziś przez Bujaczy nie tylko w Polsce, ale we wszystkich szanujących się stolicach świata.


Posiada nasz nadwiślański Bujacz autorytety pierwszej klasy – przywołuje śledztwa CNN, Haaretz, New York Timesa – jak ma nie wierzyć, że ci Żydzi to jakaś paskudna nacja, która od rana do nocy zajmuje się torturowaniem bezprawnie zatrzymanych Palestyńczyków? Czy te autorytety pokazały kiedyś niewinnych Palestyńczyków oddających nazistowski salut, albo opowiedziały mu o tym, co jest napisane w Karcie Hamasu? Albo pokazały, jak funkcjonuje Hamasjugend? Albo czy opowiedziały mu o powiązaniach Bractwa Muzułmańskiego z Hitlerem? Nic biednemu Bujaczowi autorytety nie chciały powiedzieć, a sam przecież szukać nie będzie.


Szczerze oburza się Bujacz na Hartmana, że używa takich brzydkich pojęć jak „nazistowska organizacja” pod adresem Hamasu, bo niby skąd ma wiedzieć, że nazwa pod każdym względem adekwatna. Oburza się, że nazywa polskich sympatyków islamskich nazistów „nazistami”, bo skąd ma Bujacz wiedzieć, że nie ma w tym ani grama przesady. W główce Bujacza to wyzwiska, ale głowa Bujacza wypełniona jest łgarstwami i od nazywania rzeczy po imieniu strasznie puchnie – osobliwie w okolicach kory czołowej.


Pisze tedy nasz Bujacz, że jedynym przestępstwem polskich obywateli była próba dostarczenia pomocy humanitarnej. Czy Bujacz naprawdę może tak myśleć? Ależ może – jestem pewien, że wierzy w każde słowo, które przeczytał u swoich autorytetów, a na własne go nie stać, bo ubogi i własnych myśli nie posiada. Proletariusz intelektualny pozbawiony środków umysłowych.


Domaga się Bujacz sądu ludu dziennikarskiego zatrudnionego w głównym rynsztoku medialnym nad Hartmanem, a osobliwie dziwi go, że „Polityka” tylko odcięła się od autora prowadzonego przy niej bloga i zamiast wyrzucić go natychmiast, tylko łzami się zalała, że pisze, co myśli – bo to nie po ich myśli.


Jan Hartman odpowiedział na wrzaski tłumu Bujaczy, przypominając na początku, że właśnie mijają dwa lata od ludobójczej napaści Palestyńczyków na miasta i wsie Izraela. Jak czytamy dalej w jego Oświadczeniu:

„Po raz pierwszy, po dwudziestu latach panowania Hamasu w Gazie i po dwóch latach od napaści Hamasu na Izrael, zarysowała się szansa na to, że Palestyńczycy zostaną uwolnieni spod ucisku krwawego reżimu terrorystów, nastanie pokój i rozpocznie się odbudowa Gazy, a także tworzenie wolnego i praworządnego państwa palestyńskiego. Tą nadzieją żyją dziś Palestyńczycy, a także Izraelczycy, którzy nie mogą się doczekać powrotu więzionych i torturowanych przez Hamas zakładników oraz powrotu żołnierzy.”

Pisze dalej Jan Hartman, że na tle tych optymistycznych perspektyw sprawa flotylli jest marginalna. Dodaje rzecz niesłychanie ważną, że:

„tym bardziej nie ma żadnego publicznego znaczenia niewielki odprysk potężnej antyizraelskiej kampanii propagandowej, jakim jest trwająca w mediach i w internecie zajadała i niepohamowana w epitetach nagonka na mnie, związana z moim wpisem na Facebooku…”

Istotnie, ta burza w polskim medialnym rynsztoku nie byłaby warta wzruszenia ramionami, gdyby nie fakt, że jest częścią znacznie większego obrazu – stanu mentalności sfor opiniotwórczych.


Pisze Jan Hartman, że za atakami na niego stoi „godny ubolewania stan świadomości społecznej, który trzeba udokumentować” (wytłuszczenie Hartmana).


I tu pojawia się pytanie o to, jak działa umysł, jak przebiegała ewolucja świadomości sfor opiniotwórczych na przestrzeni dziesięcioleci – a więc na długo zanim ten czy inny Bujacz został poczęty? Potrzebna tu jest solidna psychologia ewolucyjna, a nie felietonista.


Być może powinniśmy zacząć analizę dzisiejszego stanu świadomości społecznej w kwestii wojny świata z Żydami od wojny sześciodniowej i rozpoczętej po niej kampanii ówczesnego szefa KGB, Andropowa, wzywającej do walki z syjonizmem, rasizmem i kolonializmem. Kampania ta nabrała impetu po kolejnej militarnej klęsce arabskich klientów Moskwy w 1973 roku. W tym roku minie pięćdziesiąta rocznica owocnej współpracy szefa KGB Andropowa i austriackiego nazisty Kurta Waldheima, by z pomocą masowego mordercy Idi Amina wyprodukować rezolucję ONZ zrównującą syjonizm z rasizmem.


Po dwóch nieudanych próbach zniszczenia Izraela KGB rozpoczęło zwycięską ogólnoświatową kampanię propagandową, która nie tylko przetrwała upadek ZSRR, ale na dobre rozwinęła skrzydła na początku obecnego stulecia. Nie tylko Organizacja Narodów Zjednoczonych została przejęta i podporządkowana tej kampanii, ale nastąpiło wrogie przejęcie takich instytucji jak Amnesty International, Human Rights Watch i dziesiątków innych udających obrońców praw człowieka.


Podczas gdy rosyjski wywiad wypracował wzorce, nie działał na tym polu sam. Paradoksalnie, o ile upadek ZSRR zasadnie wiąże się z klęską w Afganistanie, zwycięstwo nad Armią Czerwoną w Afganistanie tchnęło nowego ducha w ruch islamskiego dżihadu. Radykalny islam obudził się ożywiony nową wiarą, że zwycięstwo nad niewiernymi jest możliwe.


Powstanie Islamskiej Republiki Iranu i szybki wzrost różnych odłamów Bractwa Muzułmańskiego nie tylko zbiega się w czasie z klęską Rosjan w Afganistanie, ale ten związek daje się prześledzić w historii radykalnych ruchów islamskich.


Jednoznacznie nazistowska ideologia tych ruchów była ignorowana nie tylko z powodu niekompetencji i braku zainteresowania tekstami pisanymi po arabsku, w farsi czy po turecku, ale od początku tego stulecia była świadomie blokowana przez dziennikarski establishment – już to z przyczyn ideologicznych, już to dzięki suto finansowanej działalności agenturalnej krajów islamskich dysponujących górami pieniędzy z zysków z ropy naftowej.


Kiedy pytamy o stan świadomości społecznej, warto pamiętać, że Polska nie jest nawet pawiem, że jest wyłącznie papugą, i że „autorytet” CNN, New York Timesa, Le Monde czy Guardiana był całkowicie wystarczający dla naszych sfor opiniotwórczych – i nic tu już nie musiało być wzmacniane ani saudyjskimi, ani katarskimi, ani tureckimi pieniędzmi.


Stan świadomości polskich odbiorców głównego rynsztoka medialnego to tylko popłuczyny tego, co płynie z BBC, Reutera, AP i innych źródeł, na których całkowicie polegają wszyscy nasi Bujacze.


Czy wszyscy zostali zarażeni przez te antysemickie „autorytety”? To jest interesujące – jak stan świadomości społecznej powstawał, jak przenikał do redakcji, na uniwersytety, do parlamentów, artystów i do studenckich mas? I tu, jako goj broniący się przed przemysłem kłamstw, mam pytanie do Jana Hartmana – czy zastanawiał się Pan, jak do Pana świadomości wkradły się zbitki językowe, na które umysł naukowca powinien reagować całą serią dzwonków alarmowych?


W Pana Oświadczeniu znajdujemy następujące zdanie:

„Wrogość wobec Izraela boli mnie i zasmuca, niezależnie od tego, że to państwo i jego rząd uczyniły wiele zła. Jak już nieraz pisałem i mówiłem w wywiadach, żołnierze izraelscy wielokrotnie dopuszczali się zbrodniczych czynów na ludziach niewinnych, a służby policyjne dopuszczały się stosowania tortur.”

Jako dziennikarz BBC obserwowałem jeszcze w końcu ubiegłego stulecia, jak takie „zręczne” zbitki serwuje się milionom odbiorców. Kiedy mówimy, że jakieś państwo wyrządziło wiele nieokreślonego zła, kiedy nie podajemy ani konkretu, ani daty, ani źródła naszej wiedzy – pracujemy na rzecz jakiegoś stanu świadomości społecznej.


Jako młody socjolog badałem tworzenie takich insynuujących zbitek w polskiej prasie w 1968 roku, potem obserwowałem to zjawisko w dziennikarstwie szwedzkim, a potem brytyjskim. Ze zdumieniem zauważyłem, że arcymistrzami tego języka dyskretnie wpuszczanego jadu byli wyjątkowo często lewicowi dziennikarze żydowskiego pochodzenia.


Zgadzam się z Panem w całej rozciągłości, że antysyjonizm jest wściekłym antysemityzmem i nierzadko jest w ścisłym sojuszu z islamonazizmem. Widzimy to jak na dłoni w przypadku takich postaci jak Judith Butler, Chomsky, Ilan Pappé i dziesiątki innych. Jednak wirus „niewinnych” zbitek insynuacyjnych przenika do ludzi łagodnych i dobrych. Dokumentując godny ubolewania stan świadomości społecznej, warto pamiętać, jaka była jego droga ewolucyjna i jak bardzo ważna jest semantyka.


Nasi szlachetni sympatycy nazizmu poczuli się do głębi urażeni Pana wpisem o poznańskim endeku, który jako poseł z ramienia KO pojechał wspierać hamasowski nazizm. Podobnie jak Pan, życzę mu długiej i solidnej rozprawy przed sądem w Izraelu. (Niestety, nie będzie to taka sama sądowa mitręga jak w przypadku procesu premiera Netanjahu.)


W odróżnieniu od Pana nie znalazłem dowodów na izraelskie zbrodnie – ani ze strony izraelskich rządów, ani ze strony dowódców. Z podziwem (jako syn przedwojennego oficera i oficera Armii Krajowej, z którym przegadałem mnóstwo godzin o etyce armii i problemach z jej przestrzeganiem podczas wojny), oglądam zarówno kodeksy etyki IDF, jak i sposób badania każdego podejrzenia naruszenia tej etyki przez poszczególnych żołnierzy.


Te naruszenia oczywiście się zdarzają, bo nie ma takiej możliwości, żeby podczas wojny nie dochodziło do przypadków granicznych lub będących oczywistym przestępstwem. Jednak jeśli sposób prezentowania podejrzeń o zbrodnie, jeśli dokumentacja tego, co krytykujemy, pozbawiona jest konkretu, rygorów logiki, analizy wątpliwości i kontrowersji – staje się namnażaniem przesądów, które chcielibyśmy zwalczać.


Sierot po Andropowie mamy dziś bez liku, do pracy w dziennikarstwie garną się jak muchy do miodu. Przeciwstawiając się ich łgarstwom, jesteśmy zobowiązani do ścisłości, która – jak Pan sam dobrze wie – w naukach społecznych jest towarem niezmiernie rzadkim.