Czy wojna z Hamasem ma sens?
Obrazy, gdziekolwiek spojrzeć, są szokujące: powszechne zniszczenia, ofiary, masowe wysiedlenia spowodowane wojną Izraela z Hamasem.
Te obrazy – w połączeniu z narastającą falą potępień i reakcji, zwłaszcza ze strony rządów i społeczeństw niegdyś uważanych za sprzyjające Izraelowi – sprawiły, że wielu zaczęło zadawać pytanie: czy to wszystko ma sens?
Czy sami sobie nie szkodzimy, próbując wymierzyć sprawiedliwą zemstę Hamasowi? Czy odnosimy spektakularne zwycięstwa na polu bitwy dzięki aktom niesłychanej odwagi i kunsztu wojskowego, tylko po to, by przegrać wojnę o wiarygodność i prawo do obrony kraju?
Dwa lata po haniebnym ataku Hamasu, który rozpoczął tę wojnę, uwaga świata nadal skupia się właśnie na Hamasie. Po osłabieniu Hezbollahu, odsłonięciu kulis irańskiej polityki, demontażu reżimu Baszara al-Asada w Syrii i kontynuowanych atakach na Huti – znów wracamy do Gazy.
Zaciskamy zęby, gdy miliony krzyczą „wolna Palestyna” lub „od rzeki do morza” i dają upust swojej wewnętrznej nienawiści do Żydów pod wymówką solidarności z Palestyńczykami.
Kręcimy głowami, gdy napuszeni światowi przywódcy całkowicie ignorują związek przyczynowo-skutkowy, tzn. dlaczego Izrael w ogóle atakuje Gazę, a zamiast tego popisują się cnotą, uznając nieistniejące państwo palestyńskie.
Zastanawiamy się, dlaczego tak wiele krajów oskarża nas o głodzenie Palestyńczyków, o czystki etniczne, a nawet – największe z możliwych oskarżeń – ludobójstwo, jednocześnie ignorując działania Izraela mające na celu ochronę cywilów z Gazy, często kosztem bezpieczeństwa naszych własnych żołnierzy.
Jak zapytał retorycznie historyk Richard Landes (twórca określenia „Pallywood”): „Czy cały świat może się mylić?”
Innymi słowy: czy zabrnęliśmy w ciemną, zdawałoby się bezdenną przepaść, próbując zniszczyć to, co niezniszczalne, naprawić to, co niemożliwe do naprawienia?
Czy jednak dostrzegliśmy rzeczywistość, która wymagała właśnie takiej odpowiedzi? Czy zobaczyliśmy w okrucieństwie ataków z 7 października – a co jeszcze bardziej przerażające, w niewyobrażalnym przygotowaniu Hamasu do zniszczenia Izraela: tunelach, broni, uczynieniu całej populacji żywą tarczą – rzeczywistość, na którą odpowiedzieć można tylko równie bezwzględną determinacją?
Walka o narodowy los Izraela
To nasza druga wojna o niepodległość, test naszej determinacji, by projektować i chronić naszą suwerenność. Dzięki niej pokazujemy, że jesteśmy spadkobiercami naszego ojca Abrahama, tymi, którzy żyją „po drugiej stronie” i nie dają się zaliczyć do „innych”.
Narodowość staje się dziś pojęciem zagrożonym – szczególnie w Europie Zachodniej. Pojęcie państwa, które wyznacza i broni swoich granic, swojej integralności, które odpowiada za swoje wartości i politykę – budzi coraz większą pogardę.
Świat nie rozumie, że Izrael już przerobił to, co dziś promuje się jako „ponadnarodowość”. To się nazywa bezpaństwowość. Bardziej niż jakikolwiek inny naród na tej planecie rozumiemy, co się dzieje, gdy nie masz kontroli nad własnym losem narodowym.
Wiemy, jak to jest, gdy przez wieki oddaje się kontrolę nad swoim przeznaczeniem potomkom Ismaela i Ezawa. Widzieliśmy ten film – i nie mamy zamiaru oglądać jego kontynuacji.
Dlatego jesteśmy zdeterminowani, by chronić naszą suwerenność, zdobywaną z trudem i przez pokolenia. Wiemy też, że nasi sąsiedzi to nie Skandynawowie, którzy chcą żyć w zgodzie obok nas. Działania Hamasu trzeba rozumieć jako historyczny dzwonek alarmowy.
Kontynuowanie wojny
Izrael rozumie, że walka z Hamasem nie jest tylko ideologiczna. To również wojna religijna, której nie da się rozwiązać negocjacjami. Ci, którzy twierdzą inaczej – niestety okłamują samych siebie.
Tak jak alianci zakończyli II wojnę światową poprzez pokonanie i transformację Niemiec i Japonii, tak Izrael rozumie, że musi rozmontować i zastąpić obecne przywództwo Gazy – Hamas – innym, politycznym i religijnym, które może nas nie kocha, ale przynajmniej nie snuje fantazji, że uda mu się nas wymordować.
Pokusą jest powiedzieć, że dla uwolnienia pozostałych zakładników Izrael powinien złożyć broń i zgodzić się na zawieszenie broni – na kilka miesięcy, a może na czas nieokreślony. To kuszące, ale byłoby to samobójstwo narodowe. Pozwoliłoby na oczyszczenie tuneli, uzupełnienie arsenału i przygotowanie nowego pokolenia liderów snujących marzenia o zagładzie Izraela.
Nie tylko zdradzilibyśmy ofiarę naszych żołnierzy, ale również położyli podwaliny pod powtórkę z koszmaru 7 października 2023 r.
Ta wojna jest jak wojna o niepodległość, ponieważ stawia pytanie: co jesteśmy gotowi zrobić w imię bycia suwerennym i niezależnym państwem?
Ci, którzy nas potępiają, są winni braku empatii – nie potrafią postawić się na naszym miejscu. My nie możemy sobie pozwolić na ten sam błąd. Nie możemy ignorować rzeczywistości, z którą się mierzymy. W tym sensie pokazujemy światu – czy się to komuś podoba, czy nie – co oznacza być suwerennym państwem gotowym się bronić.
Nie chcieliśmy tej wojny. Nie szukaliśmy sąsiadów o zapędach ludobójczych, mistrzów brutalności w niespotykanej skali. Ale państwa rzadko mają wybór swoich sąsiadów. Muszą grać kartami, które zostały im rozdane.
Wojna z Hamasem to koszmar – ale zignorowanie tego wyzwania doprowadziłoby do jeszcze większego koszmaru.
Link do oryginału: https://www.jpost.com/opinion/article-868879#google_vignette
Jerusalem Post 29 września 2025
Autor jest przewodniczącym rady organizacji Im Tirtzu i członkiem zarządu Funduszu Niepodległości Izraela.