Izrael to nie problem Libanu


Hussain Abdul-Hussain 2025-09-29


Liban musi otrząsnąć się ze swojej nieśmiałości i zacząć dbać o własne interesy narodowe, jasno dając do zrozumienia, że ma ważniejsze sprawy na głowie niż problem palestyński.

Dążenie Libanu do realizacji własnych interesów narodowych blokowane jest przez złożony układ aktorów wewnętrznych i regionalnych – na czele z Hezbollahem, ale też niektórymi arabskimi stolicami oraz „kwestią palestyńską”. Liban musi otrząsnąć się ze swojej nieśmiałości i zacząć stanowczo artykułować własne interesy narodowe, jasno wskazując, że ma ważniejsze problemy niż sprawa palestyńska, a jego solidarność z innymi państwami arabskimi kosztowała go zbyt wiele.

Problem rozpoczął się w 1969 roku wraz z podpisaniem Porozumienia Kairskiego, które stanowiło punkt zwrotny w utracie suwerenności Libanu, przyznając Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP) prawo do przeprowadzania ataków na Izrael z terytorium libańskiego. Decyzja ta, podjęta pod silną presją zewnętrzną, ustanowiła groźny precedens, którego konsekwencje Liban odczuwa do dziś.


Odpowiedzią Izraela nie były jedyne problemy, z jakimi przyszło się zmierzyć Libanowi. Uzbrojone palestyńskie milicje działały bez żadnej kontroli, atakując nie tylko Izrael, ale też terroryzując libańskich obywateli, wymuszając pieniądze od lokalnych przedsiębiorców i podważając autorytet władz libańskich.


W 1969 roku Liban uległ presji świata arabskiego i tzw. nastrojom „arabskiej ulicy”, nie potrafiąc oprzeć się Porozumieniu Kairskiemu. Bejrut powinien był zażądać, by państwa arabskie opowiadające się za wyzwoleniem Palestyny same przyjęły palestyńskie milicje i ponosiły konsekwencje ich działań. Zamiast tego Liban skapitulował, pozwalając, by jego terytorium stało się polem bitwy o sprawę, która nie była jego sprawą.


W roku 2025 Liban wciąż nie potrafi zdecydowanie bronić swoich interesów narodowych. O ile może udzielać Palestyńczykom wsparcia moralnego czy ograniczonej pomocy materialnej, o tyle nie powinien poświęcać własnej suwerenności w imię walki o ich niepodległość. Pięćdziesiąt sześć lat po Porozumieniu Kairskim Liban nadal nie potrafi jednoznacznie oświadczyć: Izrael to nie nasz problem – to Hezbollah nim jest.


Na początku września prezydent Libanu Joseph Aoun uczestniczył w wspólnym szczycie Ligi Arabskiej i Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC) w Dosze, zwołanym w celu potępienia izraelskiego ataku na dom schadzek przywódców Hamasu w Katarze. Atak ten, który zabił kilku operacyjnych członków organizacji, ale nie zlikwidował przywódców, został uznany za naruszenie katarskiej suwerenności i wywołał światowe oburzenie. Tymczasem przez ponad pół wieku systematyczne podważanie suwerenności Libanu przez Hezbollah i palestyńskie milicje nigdy nie skłoniło ani Ligi Arabskiej, ani OIC do zwołania jakiegokolwiek szczytu w tej sprawie.


Emir Kataru, szejk Tamim ibn Hamad Al Sani, nie tylko oczekiwał, że Liban uzna katarską suwerenność za ważniejszą od własnej, ale wręcz otwarcie bronił Hezbollahu. Twierdził, że oczekiwanie od Libańskich Sił Zbrojnych (LAF), by rozbroiły prorządową milicję irańską, grozi wybuchem wojny domowej – stanowisko to całkowicie ignoruje prawo Libanu do przywrócenia własnej władzy. W rezultacie Aoun musiał znosić pouczające wykłady o tym, dlaczego Liban nie powinien odzyskać własnej suwerenności, podczas gdy katarskie interesy traktowano jak świętość – co tylko pokazuje podwójne standardy w regionalnej polityce.


Ta sama nieśmiałość kształtuje podejście Libanu do Hezbollahu. Kolejne rządy akceptowały błędny argument tej organizacji, że jej rozbrojenie wymaga ogólnonarodowego konsensusu. Ponieważ społeczność szyicka sprzeciwia się rozbrojeniu, Hezbollah twierdzi, że monopol państwa na posiadanie broni narusza „narodowe porozumienie”. W rzeczywistości własne siły zbrojne Hezbollahu nie mają żadnej legitymacji, naruszają konstytucję Libanu, Porozumienie z Taif oraz wiele rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Samo istnienie tej organizacji podważa „porozumienie narodowe”, na które się powołuje, tworząc państwo w państwie.


Mimo to ani prezydent Aoun, ani premier Nawaf Salam nie konfrontują się z Hezbollahem wprost. Zamiast tego mówią mgliście o tym, że tylko państwo powinno posiadać monopol na broń, nie wspominając milicji z nazwy. Potępiają Izrael, by uchodzić za patriotów i podporządkować się oczekiwaniom bogatych państw Zatoki, rozpaczliwie zabiegając o aprobatę świata arabskiego i islamskiego. Taka postawa odzwierciedla szerszą porażkę – podporządkowywanie interesów narodowych Libanu zewnętrznym naciskom i korzyściom finansowym.


Żadne państwo nie stawia interesów jednej frakcji, jak Hezbollah, ponad dobrem wspólnym. Żadne państwo nie przedkłada nastrojów „arabskiej ulicy” – podsycanych przez katarską Al-Dżazirę – nad własną suwerenność. Żaden kraj nie podporządkowuje się obcym stolicom tylko dlatego, że oferują środki na odbudowę.


Liban musi wyrwać się z tych zewnętrznych zależności i wytyczyć własny kurs. Aby odzyskać suwerenność, powinien zdystansować się od sprawy palestyńskiej i rozważyć wycofanie się z Ligi Arabskiej i OIC. Jego polityką powinno być: Liban najpierw – reszta na końcu. Inne kraje – Palestyńczycy od 77 lat, Syria, Egipt, Jordania czy państwa Zatoki – bez skrupułów dbają o własne interesy. Liban musi wykazać się podobną determinacją i przedłożyć priorytety narodowe nad solidarność regionalną.


Dopóki libańskie przywództwo będzie szukać zewnętrznej aprobaty, zamiast stanowczo artykułować swoje interesy, kraj ten pozostanie uwięziony w nędzy, która trawi go od dziesięcioleci. Liban musi porzucić swoją nieśmiałość, odrzucić cudze dyktaty i wytyczyć drogę do odzyskania szacunku, stabilności i suwerenności, na jaką zasługuje jego naród.


Link do oryginału: https://thisisbeirut.com.lb/articles/1325916/israel-is-not-lebanons-problem

This is Beirut, 26 września 2025


Hussain Abdul-Hussain


Iracko-libański dziennikarz mieszkający w Waszyngtonie. Pracuje jako analityk w instytucie Fundacji Defence of Democrecies. Wcześniej pracował w utworzonej przez amerykański Kongres Arabic TV, przed tym był reporterem w wychodzącej w Bejrucie The Daily Star. Jest absolwentem Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie, gdzie studiował historię Bliskiego Wschodu.