Kto odkryje Bliski Wschód?
Amerykanie wybrali go, ponieważ zapowiadał, że będzie inny niż jego poprzednicy. W wielu sprawach jest inny. Czy jego gra w polityce zagranicznej, a w szczególności w grze o Bliski Wschód, jest rzeczywiście tak radykalnie inna? Jak dotąd oceny są różne. Ciekawie prezentują to dwaj autorzy, których raczej możemy posądzać o to, że są agentami Iranu i „Palestyny”, niż że bronią interesów USA i szeroko pojętego Zachodu.
Robert Malley był zarówno w administracji Obamy, jak i Bidena jednym z głównych macherów od „negocjacji” z Iranem. Biden odebrał mu certyfikaty bezpieczeństwa, skazując go tym samym na smutny los akademickiego nauczyciela, zaś Hussein Agha to brytyjski badacz, który od pół wieku walczy o Palestynę. Obaj panowie wydali niedawno książkę pod tytułem Jutro jest wczoraj. Jej obszerne podsumowanie na łamach Foreign Affairs informuje nas, że cała polityka USA w odniesieniu do Bliskiego Wschodu jest od dziesiątków lat wyłącznie pustosłowiem.
W dowolnym dniu podczas trwającej wojny w Gazie można było spodziewać się, że przedstawiciel administracji Bidena oznajmi coś z poniższej listy: że zawieszenie broni jest tuż-tuż, że Stany Zjednoczone pracują niestrudzenie nad jego osiągnięciem, że troszczą się jednakowo o Izraelczyków i Palestyńczyków, że historyczne porozumienie normalizujące relacje saudyjsko-izraelskie jest na wyciągnięcie ręki — i że wszystko to prowadzi ku nieodwracalnej ścieżce do powstania państwa palestyńskiego.
Autorzy zastanawiają się nad pytaniem: czy amerykańscy decydenci wierzyli w to, co mówili? Jeśli nie — to dlaczego wciąż to powtarzali? A jeśli tak — to jak mogli ignorować tak wiele dowodów, które im przeczyły?
Ich odpowiedź jest rozbrajająca. Radośnie pomijają napaść Hamasu na Izrael, pomijają 30 tysięcy rakiet wystrzelonych na izraelskie miasta i wsie, pomijają sprawę zakładników, dowody na wykorzystywanie szpitali, szkół i meczetów na składy broni i centra operacyjne. Pomijają tunele terroru i używanie ludności cywilnej jako żywych tarcz, żeby dojść do następującego wniosku:
Te kłamstwa służyły jako przykrywka dla polityki, która umożliwiała brutalne ataki Izraela na Gazę, a każdy najmniejszy i krótkotrwały przejaw poprawy sytuacji w palestyńskiej enklawie przedstawiano jako rezultat amerykańskiego humanitaryzmu i determinacji. Brutalność Izraela nasiliła się za rządów Trumpa, ale to wcześniejsze kłamstwa utorowały jej drogę. Pomogły one w normalizacji izraelskich ataków bez rozróżnienia celów, atakowania szpitali, szkół i meczetów, wykorzystywania dostępu do żywności jako broni oraz w dalszym uzależnieniu od amerykańskiej broni. Przygotowały grunt — i nie było już odwrotu.
To dość bezwstydne powtarzanie propagandy Hamasu na łamach najpoważniejszego amerykańskiego periodyku o polityce zagranicznej nie spotyka się ze sprzeciwem redakcji, nie skłania do żadnej kontry, przeciwnie — jesteśmy zapewniani, że mamy do czynienia z ekspertami z najwyższej półki. Ci autorzy stwierdzają dalej:
To oszustwo nie było czymś nowym. Jego korzenie sięgają daleko w przeszłość — jeszcze sprzed wojny w Gazie — i wykraczają poza sam konflikt izraelsko-palestyński. Stało się nawykiem. Przez dekady Stany Zjednoczone fałszowały swoje stanowisko wobec konfliktu, przedstawiając się jako mediator, podczas gdy w rzeczywistości były stroną. Kłamały, tworząc „proces pokojowy”, który bardziej utrwalał status quo, niż je burzył. Kłamały, przedstawiając swoją politykę wobec Bliskiego Wschodu jako promocję demokracji i praw człowieka. Kłamały, ogłaszając sukces tam, gdzie ich wysiłki przynosiły pasmo porażek.
Robert Malley i Hussein Agha niczego nie ukrywają — ich zdaniem ten fundamentalny błąd amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie polega na dostarczaniu broni Izraelowi i pozwalaniu mu na przetrwanie. A jednak, czytając ten elaborat, czytelnik ma wrażenie, że mają wiele racji, pisząc o błędnym podejściu i naiwności.
Zagadką amerykańskiej polityki jest to, że jej architekci wiedzą tak wiele, a rozumieją tak niewiele. Informacja nie jest równoznaczna ze zrozumieniem — może być wręcz jego przeciwieństwem. W 2000 roku wysocy rangą przedstawiciele wywiadu USA, na podstawie tego, co widzieli, słyszeli i — jak sądzili — zrozumieli, zapewniali prezydenta Billa Clintona, że palestyński przywódca Jaser Arafat nie będzie miał wyjścia i zaakceptuje jego propozycje podczas szczytu w Camp David — bo byłby szaleńcem, gdyby tego nie zrobił. Arafat odrzucił je i został okrzyknięty bohaterem przez swój lud. W 2006 roku administracja Busha przeoczyła wyraźne sygnały zapowiadające zwycięstwo Hamasu w wyborach palestyńskich — wyborach, których sama się domagała, a przed którymi ostrzegali palestyńscy urzędnicy.
Autorzy mówią to, co powiedziało już wielu przed nimi — że największym problemem amerykańskiej polityki bliskowschodniej jest powielanie tych samych błędów, uporczywy optymizm, że następnym razem się uda. „Oderwane od rzeczywistości deklaracje stają się bełkotem optymizmu”. Trudno się z tym nie zgodzić, gdyby nie fakt, że proponowane rozwiązanie to odebranie Izraelowi zdolności obronnych.
Znając życiorysy obu tych panów, właściwie trudno się dziwić. A czy powinniśmy się dziwić, że publikuje to Foreign Affairs? Jeśli zgodzimy się, że toczy się wojna religijna z Zachodem, że Palestyńczycy są zaledwie psami wojny, forpocztą, która ma wyważyć bramy oblężonej cywilizacji, że ta cywilizacja jest już głęboko infiltrowana — przez ludzi robiących wszystko, żeby ta wojna islamu z Zachodem nie została jasno zdefiniowana - to nasze zdumienie jest nie na miejscu.
Zawężanie obrazu do „Palestyny” albo tylko do Gazy to sztuczka tak przejrzysta, że każdy nastolatek powinien ją przejrzeć. Robert Malley ma oczywiście doskonałą wiedzę na temat sponsorowania terroru przez Islamską Republikę Iranu, obaj panowie doskonale wiedzą, że dziesiątki miliardów dolarów i euro wpakowane w „Palestynę” nie stworzyły ani państwa, ani palestyńskiej gospodarki, ani ludzkich warunków życia pod butem palestyńskich władców. Właściwie nawet o tym piszą — ale winą za ten stan rzeczy obarczają Izrael, a rozwiązania upatrują w jego rozbrojeniu.
Jak ujął to David Weinberg: jeśli celem sterowanej z zewnątrz i wspieranej przez Zachód palestyńskiej przemocy jest wyłącznie zniszczenie państwa Izrael, a nie ustanowienie niepodległego państwa — to dlaczego jakieś procesy pokojowe miałyby ją przerwać?
Amerykański establishment dyplomatyczny (i to zarówno z lewa, jak i z prawa) wydaje się nie być aż tak naiwny, jak udaje, i z braku odwagi faktycznie uporczywie powtarza swoje błędy. Nie jest prawdą, że nikt w tym establishmencie nie zna konstytucji Iranu, nie jest prawdą, że nikt tam nie zna statusu Bractwa Muzułmańskiego, ani oświadczeń prezydenta Turcji czy działań katarskiego emiratu. Odkrycie Bliskiego Wschodu wymaga tylko głośnego mówienia o tym, o czym doskonale wiemy.
Centra islamskiego fanatyzmu walczą z cywilizacją judeochrześcijańską, arabskie autokracje obawiają się swoich społeczeństw i w „dyplomacji” popierają „Palestynę” (po cichu mając nadzieję na jej klęskę), kraje totalitarne — takie jak Chiny i Rosja — wspierają islamski fanatyzm w przekonaniu, że jest najlepszą bronią przeciw demokracji, a z muzułmańskim fanatyzmem poradzą sobie później.
Czy jest tu zatem cokolwiek do odkrycia? Nie ma. Wszystko, co trzeba odkryć, to że obcy agenci stali się dziś na Zachodzie szanowanymi ekspertami.